/Talent shows to miecz obusieczny

Talent shows to miecz obusieczny

Z Normanem Powerem, muzykiem z Cieszyna, siadamy po czeskiej stronie i rozmawiamy. O karierze, ale również o filmie „Lunatycy”, w którym zadebiutował w roli…sumienia głównego bohatera. Premiera 21 września.

Zastanawiałam się długo, od czego zacząć nasza rozmowę. Może po prostu – zacznijmy od początku. Kiedy uświadomił Pan sobie, że muzyka jest dla Pana czymś ważnym w życiu? Pamięta Pan ten moment?

-Nie przytoczę jednego momentu. Było tak, odkąd pamiętam. Dość szybko zacząłem mówić i od razu zacząłem też śpiewać.

Swoją muzyka reprezentuje Pan gatunki takie, jak Rock`n`Roll (Power Metal, Hard Rock, Progressive Rock), czyli tzw. „mocne brzmienie”. Sprawdza się teoria, że taką muzyką interesuje się przede wszystkim młodzież?

-Nie zgodzę się z tym stwierdzeniem. Szczerze mówiąc, ludzie w każdym wieku interesują się tymi brzmieniami. Rock nie jest młodą muzyka. (Śmiech.) Najstarszy słuchacz, który pojawił się na naszym koncercie Another PinkFloyd, miał ponad 80 lat. Najmłodsza widz miał lat zaledwie 5. Średnia wieku na moich koncertach to około 35 lat

Co trzeba robić, by tym gatunkiem zainteresować słuchacza?

-Chyba nie trzeba robić niczego specjalnego. Muzyka rockowa, kiedy jest dobrze zaprezentowana, staje się muzyką bardzo ambitną. Poprzez melodie zapadające w ucho, interesujące teksty, warsztat muzyczny i złożoność kompozycji broni się sama.

W telewizji aż roi się od wszelkiego rodzaju talentshow. Jest „Voice of Poland”, „Mam talent” i wiele innych. Nigdy nie myślał Pan o tym, by spróbować swoich sił i wybrać się na casting do któregoś z nich?

-Startowałem w X-Factor. Było to w 2011 roku. W tej samej edycji startował Michał Szpak, tam się poznaliśmy.

Nie był to jedyny tego typu program, w którym próbowałem swoich sił. Kiedy jednak dochodziłem dalej, sam rezygnowałem, kiedy zobaczyłem jak wyglada to „od kuchni”. Tak naprawdę talentshow z talentem często ma niewiele wspólnego. Tak, jak cała telewizja, ma to wszystko tylko ładnie wyglądać. Na jednym z castingów jeden z jurorów powiedział mi kiedyś, że jeżeli ktoś naprawdę ma talent, sam powinien dążyć do tego, żeby coś w tym kierunku zrobić. (Stworzyć zespół, pisać własne piosenki…). Prędzej, czy później musi się udać.

Programy tego typu to miecz obusieczny. Można się wybić, ale też bardzo łatwo można zmarnować swój talent.

Przejdźmy jednak do konkretów. Występuje Pan na polskiej i czeskiej scenie muzycznej. Jeśli chodzi o polskie projekty, warto wymienić tu zespół AnotherPinkFloyd, przy którym warto się zatrzymać i porozmawiać o nim przez moment. Powstał w 2009 roku i jest swego rodzaju hołdem dla twórczości legendarnych PinkFloyd. Kto był pomysłodawcą powstania bandu?

-Nie jestem w tym projekcie od początku. Wiem jednak, że zaczęło się od tego, że kilku znajomych, których połączyła miłość do Pink Floydów spotkało się w garażu z instrumentami. To zaowocowało tym, że zaczęli razem grać. Z czasem dla co raz większej publiki…

Coverujecie legendarne piosenki, dbając o wszystkie niuanse i szczegóły. To nie są zwykłe covery, prawda?

-Twórczość zespołu PinkFloyd jest niezwykła. Nasze covery również, ponieważ nie jest to wierna kopia ich twórczości. Gramy, ale nie kopiujemy. Gramy z serca. Tak, jak czujemy. Nie interpretujemy 1:1, przemycamy czasem coś od siebie.

Przy tym projekcie mam przyjemność współpracować z najlepszymi muzykami z Polski.

Który z utworów PinkFloyd jest odbierany najbardziej entuzjastycznie na koncertach?

-Wszystkie. Są utwory znane bardziej i mniej. Oczywiście, ci najwierniejsi fani znają każdy jeden utwór. Na koncerty przychodzą jednak również osoby, które znają tylko kilka piosenek z ich repertuaru. A wszystko po to, by zobaczyć dobre widowisko.

Najbardziej lubiane piosenki to „Comfortably Numb” i „Another Brick In The Wall”.

W której piosence Pan od strony wokalnej czuję się najlepiej?

-Najbardziej przeżywam utwór „Dogs” z płyty „Animals”. To piosenka, która powoduje u mnie ciarki i łzy w oczach przy każdym jej wykonaiu. Nawet na próbach.

Najbliższe koncerty z tym projektem zagracie w Kielcach, Bydgoszczy i Łodzi. Nie myślał Pan o tym, by zagrać też kilka koncertów po czeskiej stronie? Miłośnicy PinkFloyd są przecież wszędzie…

-Byliśmy w Czechach, na jednym z festiwali i zostaliśmy wspaniale przyjęci. Jesteśmy otwarci na cały świat, jednak na ten moment staramy się zadowolić rodzimą polską publiczność, od której dostajemy co raz więcej zapytań kiedy zagramy w ich miejscowości lub okolicach. Mamy również wspaniałych fanów, którzy jeżdżą na nasze koncerty po całej Polsce, nie zważając na odległość.

Właśnie, w Czechach i na Słowacji występuje Pan z zespołem  RUR-group. Jak Wasza muzyka przyjmuje się tam?

-RUR-group to zespół głównie coverowy. Taki Čas Rock Radio LIVE (Śmiech.) to najbardziej znane i lubiane przeboje rockowe, grane na żywo. Ludzie lubią nasze interpretację i wykonania, więc wszędzie tam, gdzie dociera naszą muzyka, zawsze jest dobra zabawa.

Jak tak umiejętnie udaje się Panu godzić występy w tyłu projektach? Czy bywa to czasem trudne logistycznie?

-Zdarza się, że między dwoma koncertami czasami muszę przejechać nawet 1000 kilometrów lub 200 w bardzo krótkim czasie. W zeszłym roku terminarz koncertowy miałem tak napięty, że zatarłem silnik w swoim aucie. (Śmiech.) Czasem nawet nie ma kiedy spać w przeciągu weekendu, ale lubię to. Żyję dla muzyki.

Proszę opowiedzieć o projektach charytatywnych, w których Pan się udziela.

-Od zawsze lubiłem ludziom pomagać. Czuję się do tego stworzony. Muzyka jest dobrym sposobem na pomaganie tym, którzy tej pomocy potrzebują. Wartościowym koncertem można przyciągnąć ludzi, którzy potem wspierają cele charytywne. Jeżeli jest okazja zagrać charytatywnie, zawsze się decyduję.

Ale…muzyka i pomoc charytatywna to nie wszystko. Warto też wspomnieć o  filmie „Lunatycy”, w którym zagrał Pan rolę…sumienia głównego bohatera. Na pewno to bardzo ciekawe doświadczenie. Jak przygotowywał się Pan do roli?

-Nie przygotowywałem się nijak szczególnie. Do projektu trafiłem poprzez jedną z akcji charytatywnych. Całość tej akcji nagrywał scenarzysta i operator filmu „Lunatycy”. Sam stwierdził, że kiedy mnie zobaczył, widział we mnie odtwórce tej roli. Nauczyłem się tekstu. Tyle.

To była Pana pierwsza filmowa przygoda?

-Tak, to mój debiut, jeśli chodzi o film, który trafi na duże ekrany. To spełnienie jednego z moich marzeń. Jak tylko usłyszałem propozycję, zgodziłem się bez wahania.

Premiera już 21 września. Pan widział już film, czy wybiera Pan się na premierę?

-Nie widziałem i mocno się przed tym broniłem. Pokaz przedpremierowy dla całej ekipy odbędzie się 7 września. Cieszę się, że zobaczę go z perspektywy widza.

Przewiduje Pan kontynuację filmowej przygody przy okazji innych projektów?

-Mam nadzieję, że to dopiero początek. Jest nowa propozycja. Mam zamiar przyjąć każde ciekawe wyzwanie.

Proszę na koniec sprecyzować swoje najbliższe plany.

-Najbliższe plany to jesienna trasa koncertowa AnotherPinkFloyd. Planów jest dużo, życie pokaże, co uda się zrealizować.

Rozmawiała Mariola Morcinková