/Kiedy zdradzę wśród nowo poznanych  ludzi, czym się zajmuję – zawsze robi to wrażenie

Kiedy zdradzę wśród nowo poznanych  ludzi, czym się zajmuję – zawsze robi to wrażenie

Izabela Dudziak, studentka III roku PWSFTviT w Łodzi. Całkiem niedawno miał miejsce jej debiut sceniczny. Wraz ze swoimi koleżankami z uczelni wzięła udział w spektaklu łódzkiego „Jaracza” pt. „Czarownice z Salem”, nagrodzonego czterema prestiżowymi Złotymi Maskami.

Zapraszam do zapoznania się z naszą rozmową, gdzie dowiecie się Państwo m.in. jak zaczęła się przygoda Izy z aktorstwem, jak wygląda życie studenta najbardziej rozpoznawalnej uczelni Polsce, a nawet Europie, jakie plany na przyszłość snuje początkująca aktorka.

Karolina Filarczyk

Izabela Dudziak

Bycie artystą, do tego zawodowym, to trudna sztuka. Kiedy w twojej głowie zakiełkowała myśl, że chcesz zostać aktorką?

Dosyć wcześnie. Pomysł podsunięty został mi przez mamę, która wysyłała mnie jako dziecko na konkursy recytatorskie. Z początku niedoceniana, nie miałam wiary we własne możliwości. Pamiętam sytuację jeszcze ze szkoły podstawowej, gdzie podczas przeglądu wierszy ks.Jana Twardowskiego stałam na scenie ramię w ramię z najlepszym uczniem z klasy. To była zacięta rywalizacja, nie lubiliśmy się. Pamiętam jak bolało mnie serce, kiedy deklamował znany wszystkim wiersz „Spieszmy się” kompletnie nie rozumiejąc słów, które wychodziły z jego ust, a ja ze stresu zapomniałam tekstu- i przegrałam.

Stres często mnie paraliżuje tuż przed występem. Brzuch boli niemiłosiernie, oczy nie mogą skupić się na jednym punkcie, czuję jak pot oblewa mi plecy, ale mimo wszystko ciągnie mnie na scenę i nie mogę przestać. Ten moment, kiedy zapomina się o bożym świecie i przeżywa się inne życie, czyjeś życie, ale własnym ciałem jest absolutnie uzależniający. Wszystkie sztuki teatralne kręcą się wokół tematów miłości i śmierci. Czasem wydaje mi się, że jestem skończoną masochistką tykając się tych dwóch tak brutalnych zagadnień.

W Polsce jest kilka uczelni o profilu aktorskim, także w Krakowie, skąd pochodzisz. Co przesądziło o tym, że wybrałaś łódzką „Filmówkę”?

Zdawałam dwukrotnie do wszystkich czterech szkół Państwowych – nigdzie jednak mnie nie chcieli. W moim rodzinnym mieście usłyszałam, że nie mam wyobraźni, kiedy starałam się przedstawić na scenie narzucone mi zadanie „Pantomimą kawę przed zaparzeniem, proszę”, Wrocław uważał mnie za dziewczynę bez temperamentu, a w Warszawie usłyszałam, że „nie wyglądam”. W Łodzi – zarówno za pierwszym, jak i drugim razem znalazłam swoje nazwisko „pod kreską”, czyli na liście rezerwowej. Pamiętam jak zrozpaczona piłam piwo na łódzki Off-ie, kiedy zadzwoniła do mnie koleżanka z wiadomością ” Słuchaj, dostałam się do Krakowa i Łodzi, ale wybieram twoje miasto, a to oznacza, że Ty wskakujesz na moje miejsce w Łodzi”. No i jestem tutaj i uważam, że lepiej stać się nie mogło.

Szkoła przerosła moje najśmielsze oczekiwania. To nie jest właściwie „szkoła”, ale małe miasteczko z różnymi domkami. W jednym ludzie uczą się śpiewać i tańczyć, w innym robią zdjęcia, w kolejnym uczą się jak ubrać w słowa historie, które mają w głowie. Wszyscy razem w jednym miejscu, każdy jest specjalistą w innej dziedzinie, a łączy nas wspólna pasja robienia filmów. „Filmówka”, to nie tylko mieszanka różnych osobowości, ale i kultur. W ciągu dwóch lat udało mi się pracować z Japończykiem, Włochem, Szwedem, Brazylijczykiem i Francuzem.

Uchyl rąbka tajemnicy naszym czytelnikom – jak to jest studiować na wydziale aktorskim? Jak wygląda tok nauczania – macie wykłady, kolokwia?

Wydział aktorski jest tym najbardziej obleganym na uczelni. Na jedno miejsce startuje kilkudziesięciu chętnych. Kiedy zdradzę wśród nowo poznanych  ludzi czym się zajmuję, zawsze robi to wrażenie. Wszyscy wyobrażają sobie naszą szkołę jako Hogwart i coś w tym jest. Mamy zajęcia takie jak Wiersz, Proza, ale i Joga czy Rytmika. Dostajemy bardzo dużo, ale te studia dużo nam też zabierają. Zajęcia odbywają się siedem razy w tygodniu i często zaczynają się wczesnym rankiem, a kończą w środku nocy. Nie ma czegoś takiego jak życie prywatne. „Nie ma Cię, to znaczy że nie żyjesz” często powtarzają nam wykładowcy. Rodzina nie rozumie, przyjaciele zostają tylko najwytrwalsi. Zostajemy włożeni w schemat sztucznej rodziny złożonej z 22 osób. Mamy być dla siebie. Przyznaję, że z początku w to nie wierzyłam, ale intuicję Nasz Tata – prof. Staszczak (w przedstawieniu Pastor Paris) ma niezawodną. Bardzo się od siebie różnimy, ale kochamy się i jesteśmy grupą przyjaciół. Spędzamy ze sobą każdą wolną chwilę, leczymy swoje wątpliwości i depresję, a także często łączymy się w pary.

Jesteś świeżo po premierze „Czarownic z Salem”. Łódzki „Jaracz” wespół z wydziałem aktorskim PWSFTviT, aby uczcić 70-lecie wydziału aktorskiego, podjęli moim zdaniem, świetną inicjatywę – dokonano swoistego wymieszania pokoleń. Reżyser spektaklu, Mariusz Grzegorzek (a jednocześnie rektor łódzkiej uczelni) postawił obok siebie studentów, absolwentów i wykładowców łódzkiej uczelni. Jak ty trafiłaś do tego przedsięwzięcia?

Casting odbył się w szkole. Brały w nim udział dziewczyny z naszego wydziału. Pan Reżyser rozdał krótkie teksty do przeczytania, a następnie zapraszał nas pojedynczo do sali. Szeptałyśmy między sobą na korytarzu. Kiedy któraś wychodziła, cała reszta zbierała się wokół niej i wypytywała. W momencie w którym dowiedziałam się, że będzie to spektakl muzyczny, całkiem zrezygnowałam. Nie umiem śpiewać. Moje szanse były minimalne. No, ale cuda się zdarzają

Kim jest Mary Warren?

Mary Warren jest służącą w domu państwa Proctor. Należy do grupy przyjaciółek,na czele której stoi Abigail Williams. Nawiązuje się romans pomiędzy Proctorem, a Aby. Ta jednak odrzucona, pragnie zemścić się na żonie kochanka. Mary jest tą, na której spoczywają oczy jednej i drugiej strony. Jest pomiędzy młotem, a kowadłem. Z jednej strony świadkiem Proctora, jego jedynym argumentem w sądzie przeciw grupie dziewczyn, jedynym ratunkiem dla ukochanej żony, z drugiej strony Mary boi się i nie chce zdradzać przyjaciółek, zdając sobie sprawę z konsekwencji jakie mogą ponieść. Ludzie myślą o niej jako o małej histeryczce, ale jak się okazuje później, jest bardzo niebezpieczna. Jest taże naiwna, bardzo samotna. Targają nią różne emocje i wiatr szaleje w duszy, więc ulega naciskom. Lubię jej szaleństwo I mimo wszystko, rozumiem jej wybory.

Rano słuchasz wykładu swojego profesora, a wieczorem grasz z nim na jednej scenie? Dzięki „Czarownicom…” masz jakąś tzw. taryfę ulgową podczas zajęć, czy wprost przeciwnie – wykładowcy wymagają od ciebie jeszcze więcej?

Taryfy ulgowej nie ma. Jesteśmy traktowani na równi bez względu na odnoszone sukcesy czy porażki. Choć przyznaję, że z wykładowcami, z którymi wcześniej nie miałam do czynienia wymieniamy się na korytarzu miłymi słowami i ciepłym uściskiem.

Koledzy dają żyć na wydziale, czy nie szczędzą uszczypliwych uwag? Jesteś „tą czarownicą”, czy po prostu Izą z II roku?

Hasło „czarownica” pojawia się wśród znajomych pieszczotliwie. Większość już była na spektaklu. Gratulowali, śmiali się i płakali. Miło jest usłyszeć od Profesora komplement „byłaś niezła”, ale uznanie w oczach kolegów, to rzecz bezcenna.

Debiut masz już za sobą. Co dalej? Jak widzisz siebie za parę lat, z dyplomem jednej z najlepszych szkół filmowych w Europie w ręku?

Och, mam nadzieję pracować w zawodzie, co wcale nie jest takie pewne. Dołożę wszelkich starań, żeby więcej było takich sytuacji jak ta. Pracować z takimi ludźmi, to był zaszczyt i czysta przyjemność. A „nasza piątka” czarownic nie może się rozstać po każdym spektaklu. Zresztą, często to przedłużamy… czasem nawet do rana.

Rozmawiała Karolina Filarczyk