/Jednak zawsze najlepiej wychodził nam kompromis- dziś oglądamy Twój film, jutro mój. Dora pisze…felieton!

Jednak zawsze najlepiej wychodził nam kompromis- dziś oglądamy Twój film, jutro mój. Dora pisze…felieton!

Dorota Węglorz fot. Mariusz Pietrzak

Nikt nie lubi, jak w swoje relacje z partnerem ciężkimi krokami, powoli i skutecznie wchodzi nuda i rutyna. Na domiar złego, dochodzą kłopoty w pracy i codzienna domowa kobieca monotonność, czyli gotowanie, sprzątanie, kawa (zimna lub gdy życie Cię trochę rozpieszcza – to letnia :).

Najbardziej bawi mnie to, gdy cały dzień z Rycerzem planujemy wspólny wieczór, dobrą kolację, wybieramy film, przy czym w tym podpunkcie już dochodzi do pierwszego starcia, BO JA chcę oglądać to, A ON chce to, a nie to, i to. Zazwyczaj po tej rundzie oboje się poddajemy. Każdy idzie obrażony oglądać na swoim laptopie to, co dane z nas chce. Plusy tego są takie, że każde z nas poniekąd ugrało swoje. Nie widzę w tym nic złego.

Gdy siedzimy w jednym pokoju i każde z nas ogląda film, na który miało ochotę, jest to także dla mnie udany wieczór.

Zazwyczaj po osobnych, (a mimo wszystko wspólnych, ponieważ obok siebie) seansach, opowiadamy jedno drugiemu, ile straciło fajnych akcji, nie oglądając danego filmu, tylko ten drugi, na który tak „strasznie”  jedno z nas uparło się.

Jednak zawsze najlepiej wychodził nam kompromis- dziś oglądamy Twój film, jutro mój. I to według mnie jest najlepsze rozwiązanie, no chyba, że dochodzi do kolejnej rodzinnej wojny, który dziś, czyli jego, czy mój 🙂

Mam też świadomość, że tak jak ja, tak samo i  Rycerz, mamy, co któryś wieczór chęć spędzenia go osobno, chociażby tylko po to, by odpocząć od siebie. I te wieczory też uważam za udane. 🙂

Kilka dni temu przeżyłam jedną z najbardziej rozczarowujących chwil w moim życiu 🙁  Przed wieczorną kąpielą stałam sobie, w sumie na luzie na wagę. Nie dowierzam – 10 kg mniej!!! W takiej euforii na golasa (nie ma czasu się ubierać, trzeba dobrą nowinę nieść dalej), dzwonię do Mamci i prawie ze łzami w oczach chwalę się tym cudownym odkryciem, ale przyznaję szczerze, że wcześniej nie zauważyłam tego po sobie, że aż tyle schudłam!  NO ALEEE, nie wszystko od razu wychodzi na zewnątrz. Dumna po kąpieli postanowiłam jeszcze raz nacieszyć wzrok i strzelić fotkę magicznym cyferkom na wadze.  Wchodzę na wagę, a tam… znowu 10 kg na plusie. Durna Dora położyła wcześniej wagę do połowy na dywan, przez co wcześniejszy wynik został zakłamany. Szkoda tylko, że połowę znajomych już obdzwoniłam i zrobiłam z siebie fit mamę, profesorkę doktor  habilitowaną z dziedziny jadłospisu podczas diet, które pozwoliły mi osiągnąć ten sukces. 🙂

Miłego wieczorku!

Fot. Mariusz Pietrzak

Twoja Dora