/Kiedy w domu zamieszka okularnik…

Kiedy w domu zamieszka okularnik…

W niektórych rodzinach nagle przychodzi taki moment, że dziecko musi zacząć nosić okulary. I co dalej? Nic. To żadna tragedia – o ile sami, zaistniałego faktu nie wyolbrzymimy do takiej rangi.

Ważne, aby dziecko w nowej sytuacji nie pozostało same. Mój starszy synek został „okularnikiem” jakiś czas temu. Jako, że jest to wrażliwy chłopiec, trudno było mu się przyzwyczaić do tego, że będzie wyglądał inaczej od rówieśników. Postanowiliśmy jakoś temu zaradzić. Udało się. Teraz nie ma żadnych problemów i kompleksów. Mało tego – inne dzieci z jego środowiska mają pretensje do rodziców, że same nie noszą okularów.

Jak to się zaczęło?

Synek już w przedszkolu wykazywał niechęć do prac manualnych. Szybko się zniechęcał, kiedy trzeba było zrobić wydzierankę, nawlec koralik na sznurek, czy pokolorować mały obrazek. W tegoroczne wakacje, kiedy przygotowaliśmy się do pierwszej klasy, zauważyłam, że nie bardzo chce pisać literki. Myślałam, że to ja robię jakiś błąd, ucząc go pisać, ale później jego niechęć dała mi do myślenia. Finalnym sygnałem do działania był fakt, że oczka Patryka szybko (zwłaszcza po zmroku) swędziały i robiły się czerwone. Do okulisty poszliśmy z powodu ewentualnego zapalenia spojówek, a okazało się, że trzeba było zastosować okulary.

Okulary: wyrok? NIE!

Po gruntownych badaniach, kiedy już wiadomo było jaka jest wada i jakie szkła są potrzebne, trzeba było wybrać oprawki. Męska wyprawa ojca z synem do salonu optycznego. Patryk sam wybrał oprawy ze wskazanej przez nas półki. Przymierzał i przymierzał. Po godzinie było po sprawie. W domu wyjęłam szkła ze swoich starych okularów, żeby syn nauczył się je „obsługiwać”. Pokazaliśmy mu jak je zakładać, nosić, poprawiać na nosku i czyścić. Później poszliśmy na plac zabaw. Tam syn policzył dzieciaki, które też, tak jak on, nosiły okulary – okazało się, ku mojemu zdumieniu, że nie jest ich wcale tak mało. Każdy taki gest upewniał chłopaka w przekonaniu, że szkła korekcyjne, to nic strasznego – trzeba tylko chcieć je nosić.

Pomoc otoczenia

Tu moje wielkie ukłony należą się szkole. Wychowawczyni Patryka, mimo, że w klasie była już dziewczynka, która nosiła okulary, postanowiła zrobić pogadankę, właśnie na temat „okularników”. Wytłumaczyła im po co one są, jak należy się z nimi obchodzić i na koniec uświadomiła dzieciakom, że nie jest to nic złego. Efekt był taki, że syn pierwszego dnia w klasie był gwiazdą. Do tej pory (poza jednym małym incydentem) nie usłyszałam z ust chłopca żadnych niepokojących informacji. Sama widziałam, że dzieciaki traktują go dokładnie tak samo, jak inne. Jest normalnym Patrykiem, który ma bzika na punkcie Star Wars.

Każda nowa sytuacja jest trudna. Trzeba tylko chcieć dziecku pomóc. Ważne jednak, by z tą pomocą się nie narzucać. Ma to wyglądać tak, jakby to maluch sam sobie z problemem radził. Wtedy buduje się w nim poczucie, że jest silny, doroślejszy. Nie narzucajmy swojej woli. Zaakceptujmy to, czego dziecko chce. Wiem, że to nie jest łatwe – oprawy są bardzo drogie -wystarczy jednak powiedzieć dziecku, że może wybrać spośród kilku konkretnych modeli (które nie zmasakrują naszego budżetu domowego). Jeśli w danym sklepie nie będzie nic, co odpowiada naszemu skarbowi – są dziesiątki innych salonów w mieście.

Wierzę, że rodzice staną na wysokości zadania, a dzieciaczki będą dumnymi „nosicielami” szkieł korekcyjnych. Okularnicy łączcie się!

Karolina Filarczyk