„Listy do M 2“  [RECENZJA]

Pamiętam, jak ogromne wrażenie zrobiła na mnie pierwsza część filmu „Listy do M“. Na podstawie tego, z ogromną chęcią, jakiś czas temu sięgnełam po część drugą filmu. Zapowiedzi oraz tzw. „spoilery“ wyglądały bardzo obiecująco, a hasło promujące, o treści „komedia jeszcze bardziej romantyczna“ podsycało moją ciekawość.

„Listy do M 2“ to kontynuacja niekwestionowanego hitu w gwiazdorskiej obsadzie. Na ekranie możemy oglądać tych samych aktorów, którzy pojawili się w części pierwszej, czyli m.in Macieja Stuhra, Romę Gąsiorowską, Julię Wróblewską, czy Agnieszkę Wagner. Pojawiają się też nowe twarze, jak chociażby Magdalena Lamparska, Maciej Zakościelny, czy Marcin Perchuć. Czyli gwiazdy, będące na co dzień twarzami polskich seriali. Nie trzeba ich więc przedstawiać. Dla miłośników seriali to właśnie obsada może być jednym z pierwszych czynników mających wpływ na to, że zechcą obejrzeć film. Tak było w moim przypadku.

To historia rozgrywająca się dokładnie cztery lata później. Bohaterowie filmu po raz kolejny przygotowują Święta. Wątkiem głównym nadal są perypetie ojca-radiowca Mikołaja Koniecznego. (w tej roli Maciej Stuhr), jego syna Kostka (w tej roli Jakub Jankiewicz) oraz „Śnieżynki“ Doris (Roma Gąsiorowska) u której boku radiowiec znalazł szczęście. Mimo upływu czasu, do tej pory Mikołaj nie zdecydował o tym, że oświadczy się wybrance swojego serca, ale w podjęciu tej decyzji, za pomocą sprytnej intrygi chce pomóc mu Kostek. Nowe perypetie spotykają także Małgorzatę (w tej roli Agnieszka Wagner) i Wojtka (Wojciech Malajkat). Po tym, jak adoptowali Tosię, (Julka Wróblewska), muszą stanąć twarzą w twarz z groźną i spadającą jak grom z jasnego nieba chorobą Małgorzaty. Mel (Tomasz Karolak) poznaje swojego kilkuletniego syna i chce udowodnić, że jest dobrym ojcem. Jak zakończy się ta „opowieść wigilijna“?

Gra aktorów na bardzo wysokim poziomie. Subtelna, przyjemna atmosfera żartu, bez przesady i tzw. „przerysowania“. Aktorzy młodego pokolenia Julia Wróblewska, Nikodem Rozbicki, Ania Matysiak i Jakub Jaknkiewicz świetnie sobie poradzili. Jednak, jeśli miałabym wybrać jednego z aktorów młodego pokolenia, który w tym filmie zrobił na mnie największe wrażenie, bez chwili namysłu wybrałabym Jakuba Jankiewicza. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Widziałam Kubę w kilku innych produkcjach na przestrzeni lat i widzę ogromne postępy w jego grze aktorskiej.

Są jednak rzeczy w tym filmie, które nie oceniam jako pozytywne. Wydaje mi się, że w całej produkcji występuje za dużo postaci, co może spowodować u fanów lekkie komplikacje ze zrozumieniem wszystkich wątków i tego, co o kim opowiada. Za to mały minus z mojej strony.

Bardzo pozytywnie jednak oceniam ścieżkę dźwiękową do filmu, za którą tak, jak przy części pierwszej, odpowiedzialny jest najbardziej znany w Polsce zespół wykonujący muzykę gospel, Sound’n’Grace. Jak dla mnie, muzyka wynagradza wszystkie te drobiazgi, które w filmie mi się nie podobały.

 

„Leśmian” – spektakl muzyczny [recenzja]

Ekipa LEŚMIANA sezon teatralny 2017/2018 rozpoczęła od spektakli zagranych w Bieczu i w Gorlicach w ramach XI Gorlickiej Jesieni Muzycznej. Na scenie Teatru Scena w Warszawie pierwszy spektakl tej jesieni odbył się w  sobotę, 21 października.

LEŚMIAN na dwie godziny przenosi widza w inną rzeczywistość. Motywem przewodnim jest twórczość tytułowego poety, a wszystko wzbogacone jest muzyką młodych i niezwykle uzdolnionych kompozytorów – Małgorzaty Promińskiej i Grzegorza Duszaka.

Na scenie zobaczyć można aktorów znanych z takich seriali jak „Na dobre i na złe” (Grzegorz Daukszewicz), „Na Wspólnej” (Aleksandra Radwan), czy „M jak miłość” (Katarzyna Hołtra). Towarzyszy im czworo wokalistów – (Aleksandra Bugucka, Małgorzata Promińska, Grzegorz Duszak, Katarzyna Wilgos na zmianę z Katarzyną Andruszko) oraz siedmioosobowy zespół instrumentalny.

Motywem rozpoznawczym twórczości Bolesława Leśmiana jest przyroda w szerokim tego słowa znaczeniu. Zgłębiając dłużej jego dzieła, można także rozpoznać w nich inne motywy charakterystyczne dla wielu wierszy z jego twórczości. M.in. związane z erotyzmem, starością i śmiercią. Spektakl zaprezentowany przez Teatr Scena pozwala spojrzeć na jego literacką spuściżnę z innej perspektywy, niż tylko „zwykłego” poety, którego dzieła trzeba znać, by pomyślnie zdać maturę.

Warto wsłuchać się w poetycki pejzaż odtwarzany na nowo przez młodych artystów. Obraz pełen wrażliwości, jazzu i wielu innych niespodzianek muzycznych, a nawet – tanecznych. W spektaklu bowiem można zobaczyć również elementy skocznego tańca.

To widowisko trzeba zobaczyć z wielu powodów. Dla świetnej obsady – (w tym miejscu warto wyróżnić brawurową grę aktorską Katarzyny Hołtry i Grzegorza Daukszewicza). Na spektakl warto pójść też dla wspaniałych muzyków, ale i dla własnej przyjemności.

Warto także pamiętać, że rok 2017 jest Rokiem Leśmiana. Można więc śmiało powiedzieć, że to pierwszy pretekst, dlaczego  warto spędzić dwie godziny w Teatrze Scena na Krakowskim Przedmieściu, mamy wręcz go podany na tacy.

LEŚMIAN

On: Grzegorz Daukszewicz

Ona: Aleksandra Radwan/Katarzyna Hołtra

Wokaliści: Aleksandra Bugucka, Małgorzata Promińska, Grzegorz Duszak, Katarzyna Wilgos / Katarzyna Andruszko

Muzyka: Małgorzata Promińska i Grzegorz Duszak

Reżyseria: Małgorzata Kaczmarska

Data premiery: 1,2, 3 kwietnia 2016

Więcej o spektaklu: www.teatrscena.pl (oraz bilety i terminy przedstawień)

fot. Piotr Filipp

(MM)

Spektakl Otchłań – Teatr Jaracza w Łodzi

OTCHŁAŃ Jennifer Haley,  to przejmujący dramat o spustoszeniu duchowym, jakiego dokonuje w nas nowoczesna technologia. Wszyscy o tym wiemy. Jednak zanurzeni w internetowych fantazmatach nie do końca  zdajemy sobie sprawę, jak szybko i nieodwracalnie stajemy się emocjonalnymi wrakami, niezdolnymi do prawdziwych uczuć i relacji.

Mariusz Grzegorzek sięgnął po OTCHŁAŃ, bo, jak mówi: „To prowokacyjny tekst, pełen tajemnicy i niepokoju. Jego akcja rozgrywa się jednocześnie sto lat temu i w odległej przyszłości. Science-fiction i retro. Thriller, romans i sugestywny dramat psychologiczny. Amerykański sentymentalizm i zuchwałe przekraczanie tabu – mieszanka wybuchowa. Co dzieje się naprawdę, a co na niby? To hipnotyczna opowieść o głodzie miłości i cenie, jaką trzeba za jego zaspokojenie zapłacić.”

W OTCHŁANI dramatyczne śledztwo w mrocznej sprawie nie daje łatwych odpowiedzi. Raczej stawia pytania: Czy oskarżeni na pewno są potworami? Czy to, co wirtualne jest lepsze niż realne? Co nam daje czas spędzony w nieprawdziwym świecie? Czy będąc online przez 12 godzin jesteś jeszcze sobą, czy już tylko swoim cieniem?

Przyjdź do Jaracza i przekonaj się sam.

Reżyser (także autor oprawy wizualnej) do współpracy zaprosił wybitną malarkę Magdę Moskwę /kostiumy/ oraz DJ Alexa /muzyka /.

W obsadzie: Marek Nędza, Agnieszka Skrzypczak, Paulina Walendziak (PWSFTv i T), Andrzej Wichrowski oraz Krzysztof Zawadzki (gościnnie, aktor Narodowego Starego Teatru w Krakowie).

Prapremiera polska odbędzie się dnia 6 kwietnia 2018 r. na Scenie Kameralnej Teatru im. Jaracza w Łodzi. 

Zobacz zwiastun  spektaklu:

Profil  spektaklu na FB:

https://www.facebook.com/prapremiera/

Więcej o sztuce i Jennifer Haley :

 http://www.adit.art.pl/autorzy/haley-jennifer-0,

http://www.adit.art.pl/sztuki/konstrukt

Karolina Fialrczyk 

 

Recenzja filmu „Kobiety mafii” w reżyserii Patryka Vegi…

Miłość, seks, dragi, szajki przestępcze, drastyczne sceny, wulgaryzm – wymieniając tych kilka cech większość z Was pewnie od razu skojarzyło to z filmami Patryka Vegi. Prawidłowo. Od kilku lat jest reżyserem, którego połowa naszego kraju kocha, a druga połowa nienawidzi. Jedni go uwielbiają, drudzy plują jadem. On pewnie teraz dziękuje obojgu grupom, ponieważ dzięki Wam śpi na kasie. Przyznam sama, że należę do dwóch wcześniej wspomnianych grup. Raz go kocham, a raz nienawidzę, wszystko należy od tego, czym mnie zaskakuje w kolejnych filmach. Bawi mnie do łez to, że wszyscy kojarzą i porównują jego filmy ze starym, genialnym i nie do podrobienia klasykiem PitBull.

Sama pierwsza część filmu faktycznie  podobny jest do PittBulla (2005r.), bądź  jest chęcią stworzenia czegoś równie dobrego, nie mniej w tym wypadku traktuję to jako totalnie inny obraz.

Na domiar złego w małym odstępie czasu,  bodajże już w przyszłym tygodniu wchodzi do kin w reżyserii Pasikowskiego nowy film pt.  „PitBull: ostatni pies”, z udziałem Doroty Rabczewskiej „Dody”.  Wczorajsza sytuacja w kinie rozbroiła mnie całkiem, ponieważ siedząc w kinie przed seansem usłyszałam parę rozmawiającą w tle „Ciekawe, jak ta Doda zagra”, inna kobieta przede mną siedząca komentowała „To ten z Dodą?”. NIE, to nie TEN z DODĄ. To nawet nie ten reżyser, i nie ten film… Zdziwiło mnie wtedy to, że jesteśmy takimi leniami, iż nie chce się nam nawet sprawdzić wcześniej w domu obsady oraz reżysera filmu, na który idziemy w ciemno, jak na „ten film z Dodą”. O nim też napiszę recenzję, ale to dopiero po jego premierze.

Wiele osób po każdej premierze filmu Patryka Vegi wytyka mu nadmiar tzw. łaciny w dialogach. W „kobietach mafii” w moim mniemaniu wszystko jest dostosowane konkretnie do sytuacji. W świecie ciemnej sfery niestety, ale nie mówi się językiem lekarzy i nauczycieli i nie zwraca się uwagi na to, czy właściwie jest w danym momencie powiedzieć kurde czy kur.… dokończcie dalej sobie sami. W poprzednim filmie Vegi stanęłam po stronie ludzi, którzy zarzucili mu niepoprawne słownictwo i jego przesyt, bo fakt, że wiele zdań było niedopasowanych do np.roli pani ginekolog,  zrobiło to wielką krzywdę, ponieważ reżyser wykreował  w swoim filmie obraz lekarzy jako „chodzących buraków”. Był to zły zabieg.

Tu natomiast wszystko do siebie najzwyczajniej w świecie mi pasowało. I uważam, że jeśli ktoś nie toleruje wulgaryzmów to albo nie powinien się wybierać na ten film albo przełknąć to i nie siać złej famy, czepiając się akurat tego.

Mając na uwadze Vegę, wiedziałam, że film będzie nabuzowany sporą dawką erotyki podpadającej pod dobry film porno – tu Was zaskoczę – w większości sceny erotyczne były zrobione ze smakiem, muzyka dobrana fenomenalnie do podkreślenia, że ot para się kocha a nie … kolokwializm dodajcie sobie sami. Była oczywiście scena z K.  Warnke ze zwiastunu reklamującego film, przyznam szczerze, że była ona śmieszna. Śmieszna w tym znaczeniu, że aktorka grała bardzo „porąbaną” postać kobiety, której mąż wywala forsę na jej zachcianki od A do Z, żyje w świecie kosmetyczek, dragów, alkoholu, dobrego seksu oraz w ogóle nie ma zielonego pojęcia o tym, czym zajmuje się jej mąż i skąd on bierze pieniądze na to wszystko, czym ona się otacza. Rola Warnke wywołała we mnie sfrustrowanie, momentami zniesmaczenie, coś podchodzącego pod nerwicę, i sporą dawkę irytacji – domyślam się, jednak że taki był zamysł reżysera, więc się „nie czepiam”.

W filmie jest dużo mieszanych uczuć,  potem czegoś w rodzaju zaskoczenia (dziwne uczucie, kiedy widzisz, jak człowiek staje się niezłym psychopatą), wywołała u mnie jedna z głównych bohaterek grana przez A. Dygant, była to „Niania”.  „Niania” to kobieta, która opiekowała się synem „Anki” i „Cienia” (Fabijański). Jej więź z dzieckiem przerodziła się w obsesję, którą świetnie Vega przedstawił w swoim filmie. Na początku, widzimy słodką „Nianię”, niezdarnie ubraną i uczesaną, a za godzinę kobietę, która przejmuje produkcję narkotyków, robi z Anki psychicznie chorą alkoholiczkę, po czym wrabia ją w dilerkę, dzięki czemu ta pierwsza idzie siedzieć,  na samym końcu filmu „Niania” zabija Cienia po wizycie z synem, ten ginie, a ona dostaje do dziecka pełne prawa. Porąbane prawda? I o to właśnie w tym filmie chodzi! Uwielbiam wychodzić z kina i mieć w głowie bałagan, a nie zawsze po każdej produkcji filmowej Vegi go mam.

Innymi motywami w filmie, które połączone z tą ciemną strefą Warszawy tworzyło niezłą parę to romanse „Siekiery” (Popławska) i „Żywego”. Żywy należał do grupy „Padrino” (Linda), czyli gangsterskiego Bosa, „Siekiera” natomiast, była żoną „Milimetra” (Oświecimski), który z rolą męża, jeśli chodzi o codzienne życie nie miał nic wspólnego. „Siekiera” i „Żywy” uciekają wbrew wszystkiemu i wszystkim dla uczucia do Hiszpanii i tam wiodą obfite w seks, alkohol i pieniądze szczęśliwe życie (pieniądze były z wcześniejszego napadu na konwój). Sielanka nie trwała długo, ale przedstawienie tej miłości w taki sposób – aktorzy genialnie zagrali role kochanków z prawdziwego zdarzenia – wprawiło mnie po seansie w dziwną nostalgię na zasadzie „ale im było fajnie”. Jestem kobietą, a większość pań na sali pewnie miała podobne odczucie.

Kolejnym wątkiem miłosnym, jest uczucie między Belą (Bołądź), a już wcześniej wspomnianym gangsterem „Cieniem”. Bela pracuje dla ABW i jej zadaniem w tym filmie było rozpracowanie szajki przestępczej handlującej narkotykami. Bołądź w moim odczuciu mogła tę rolę zagrać troszeczkę lepiej albo po prostu jest dla mnie aktorką jednej minuty niczym modelka Anja Rubik (sorki Anka). Czegoś niestety brakowało jej postaci i takie samo odniosłam wrażenie po wcześniejszej produkcji Vegi „Botoksie”.  Gdyby wątek ich uczucia do siebie miałby potencjał, tak jej wieczne otwarte usta, to ten sam wyraz twarzy zniszczył zamierzony efekt. I tu film ma duży minus ode mnie.

Jeśli chodzi o naszego mięśniaka, czyli „Milimetra” to tu, o dziwo, nie zrobił z niego Vega idioty i mnie jako widzowi to dało trochę po przysłowiowych „jajach”, ponieważ wpadłam tu na tym – i ujęłam przy tym Patrykowi ambicji, ponieważ założyłam z góry, że będzie to typowy baran do obijania gęb. Owszem padło kilka wulgaryzmów, pojawiło się kilka głupich scen z nim, ale mimo to, jego rola była inna niż poprzednie. Na plus!

Co do nowej gwiazdeczki show-biznesu, czyli Julii Wieniawy mam kilka zarzutów, bo dziewczyna chciała wypaść dobrze i wypadła, mianowicie genialnie udawała „zawytą”, non stop beczącą i rozpuszczoną młodą dziewczynę, ale w rodzince.pl też z niej duża histeryczka więc raczej się nie popisała, a ujęła filmowi sporo. Niestety czasem dobry wygląd nie współgra z dobrym aktorstwem.

W moich oczach film był dobry. Było dużo rzeczy lepiej i gorzej dopracowanych, były momenty nudne, wesołe i wzbudzające w widzu napięcie, ale mimo wszystko to typowy film Vegi (bez Dody :), który jak reszta jest dobra, ale nie należy do kina wybitnego. Nie mniej jednak myślę, że można się na niego wybrać, żeby nie siedzieć w domu tylko wyjść w tak ładną pogodę, jaką mamy za oknem i to nie na piwko, a na seans do naszego Cieszyńskiego Kina Piast.

 Fot. mat. pras.

Dorota Węglorz

Człowieczy los w Cieszynie – Dora pisze… recenzję

O moim pierwszym od lat wyjściu na spektakl pt. „Człowieczy los” Teatru Rozrywki w Chorzowie, który został wystawiony w dniu 1 marca 2018 r. w Teatrze im. A. Mickiewicza w Cieszynie starałam się wypowiadać neutralnie. Z dwóch przyczyn: nie chciałam prze-faworyzować niewidzianego jeszcze występu, ponieważ nie wyobrażałam sobie osoby zdolnej zaśpiewać utwory Anny German z taką samą pasją, miłością i zaangażowaniem. Po drugie plakat nie zrobił na mnie żadnego wrażenia ani nie wywołał żadnych emocji (stąd może nie było wypełnionej po brzegi widowni w teatrze).

człowieczy los dni teatru w cieszynie 1.03.2018 fot. mariusz pietrzak (1)

Oczekując na ostatni dzwonek miałam ogromną nadzieję, że nie zasnę w połowie lub też nie rozboli mnie głowa od nadmiaru gitary basowej i wokalu, który jak wcześniej wspomniałam nie da się niczym zastąpić. Sala z półmroku przeobraziła się w głęboką czerń, a na scenę delikatnym kobiecym krokiem wpłynęła (naprawdę tak to wyglądało) piękna, wysoka Kobieta w sukni po sam parkiet. Siedziałam jak na przysłowiowych szpilkach, lecz w monecie wyśpiewania pierwszych słów zwrotki moje nogi mimowolnie „zmiękły”. Wiedziałam już, że Alona Szostak bardzo profesjonalnie podeszła do odtworzenia utworów Anny. Ujęło mnie w tym wystąpieniu oddanie w głosie wszelkich nawet drobnych charakterystycznych cech, jakimi German kolorowała każdy z utworów.

Im bardziej zagłębiałam się w koncercie, tym bardziej czułam, jak świat wokół mnie przestaje istnieć, a żyje tylko scena. Otóż ów piosenkarka (Alona Szostak) pomiędzy magicznymi powrotami do utworów German w niesamowity, czuły sposób opowiadała widzom o Niej. Co mi się bardzo spodobało, historia Anny German była przedstawiona chronologicznie, co pod koniec spektaklu budziło napięcie, a każdy kolejny utwór powodował u mnie coraz większe wzruszenie. Bałam się, iż Pani Alona nie wykaże się zbyt masywną wiedzą na temat prywatnego życia legendy. Natomiast nadmiar wiedzy i chęć poznania swojej Idolki była ogromna. Uważam, że Alona po części oddała swoje życie kobiecie o Anielskim Głosie. I to powodowało u mnie zachwyt i coraz większą nadzieje, że koncert dobiegnie końca nad ranem.

Piosenki Anny German były wykonywane w dwóch językach, co też tworzyło pewien rodzaj „przetransportowania” widza do lat 80 ubiegłego wieku. Jedyną rzeczą, która delikatnie wprawiła mnie w zakłopotanie było to, że Alona na wstępie powiedziała, iż będzie śpiewać w dwóch językach, i rosyjskie tytuły będzie tłumaczyła na polski, tak żebyśmy wiedzieli o czym utwór będzie bądź który to, a po czasie zapomniała o tym, a szkoda, bo spodobał mi się ten zabieg, który pozwolił mi jako młodej osobie uświadomić sobie i zrozumieć o czym dany utwór jest.

Dla mnie koncert był jednym z lepszych, na których byłam. Oddanie Alony w stosunku do osoby Anny German może się wydać trochę fanatyczne natomiast, uważam, że utwory Anny były z każdej strony przepełnione miłością i nadzieją, tak też z czystym sumieniem domyślam się, że miały dobry wpływ na jej odtwórczynię.

Człowieczy los” to wart polecenia koncert, który oprócz ukazania pięknego wokalu, opowiada także o życiu Anny German, co pozwala lepiej nam ją poznać. 

Z czystym sumieniem zapraszam do obejrzenia tego spektaklu. 

Fot. Mariusz Pietrzak

Dorota Węglorz

Kiedy gubimy własny kompas… Recenzja prapremiery „Job Interviews”

ob interview prapremiera w czeskim cieszynie fot. karina dziadek (1)

Scena Polska Teatru Cieszyńskiego w Czeskim Cieszynie wystawiła 24 lutego prapremierę współczesnego dramatu Petra Zelenki „Job Interviews”. Sztuka została przetłumaczona przez reżyserkę, scenarzystkę i tłumaczkę Krystynę Krauze, która odpowiada za przekład większości wcześniejszych dramatów tego autora.

Pracy reżysersko-scenograficznej nad „Job Interviews” podjął się tandem artystyczny i prywatnie małżeństwo Katarzyna Deszcz i Andrzej Sadowski. Od lat współpracują ze Sceną Polską Teatru Cieszyńskiego, na której Deszcz wyreżyserowała już sześć przedstawień, ostatnie w 2014 roku, kiedy to sięgnęła po klasykę – „Ich czworo” Gabrieli Zapolskiej. Aktualnie reżyserka zdecydowała się zrealizować w Czeskim Cieszynie pozycję współczesną, ale nie było to jej pierwsze spotkanie na scenie z Zelenką, bowiem w 2012 reżyserowała „Opowieści o zwyczajnym szaleństwie” w Teatrze im. Sewruka w Elblągu.

ob interview prapremiera w czeskim cieszynie fot. karina dziadek (1)

Zelenka osadził akcję „Job Interviews” w agencji castingowej, w której nie ma znaczenia, czy aktor ma talent czy nie, liczy się jedynie, czy uda się go sprzedać. Interesem kieruje dynamiczna Nina po czterdziestce (Małgorzata Pikus). Jeszcze nikt nie wpadł na to, by wymienić ją na bardziej przebojowy, a przede wszystkim niepomarszczony, jędrniejszy i gładszy lepszy model. Jednak do czasu. Koledzy z centrali w Londynie Paul (Grzegorz Widera) i Beata (Joanna Litwin) już kombinują, jak „wygryźć” koleżankę ze stanowiska pracy. Pewnego dnia wszystko nagle się zawala…

Historię Niny do momentu upadku Deszcz zdecydowała się zainscenizować dynamicznie – sceny przewijają się jak w kalejdoskopie, wręcz celowo nakładając się na siebie. Sadowski przeciągnął w poprzek sceny trzy białe połacie materiału, które wyznaczają odrębne miejsca akcji: przestrzeń agencji, biuro Niny, dom jej ojca. Aktorka zmienia wyznaczone pasy, przeskakuje między scenami, jej bohaterka goni życie do utraty tchu, ciągle z telefonem przy uchu, który dzwoni w dzień i w nocy.

ob interview prapremiera w czeskim cieszynie fot. karina dziadek (1)

Druga część przedstawienia jest o wiele bardziej statyczna. Nina znajduje się w przestrzeni przywodzącej na myśl szpital psychiatryczny lub salę terapeutyczną. Podczas zajęć pod okiem terapeuty (Mariusz Osmelak) pacjenci odgrywają z główną bohaterką psychodramy – scenki, z których dowiadujemy się ciągu dalszego jej historii. Reżyserka porzuca tu wcześniejszy realizm na rzecz niedookreślenia, wręcz do pewnego stopnia gmatwa, zamazuje tę teatralną historię. W tym momencie cierpliwość i uwaga widzów zostają wystawione na próbę, bo zastosowany chwyt utrudnia odbiór spektaklu. Czy przełamanie wcześniejszego realizmu było dobrym i zasadnym krokiem? Moim zdaniem tak, bo widzowie gubiąc się w tej opowieści lub zastanawiając się, czy dobrze zrozumieli to, co właśnie zobaczyli czy usłyszeli, mogą po trosze poczuć się jak Nina, której grunt osuwa się pod nogami.

Spektakl „Job Interviews” pod względem aktorskim należał do Małgorzaty Pikus. Przed premierą Katarzyna Deszcz w wywiadzie na blogu „Teatr to my” zaznaczała, że jest to rola stworzona dla niej i rzeczywiście trudno znaleźć mi w zespole Sceny Polskiej aktorkę, która mogłaby to zagrać lepiej. W postaciach, jakie stworzyli nie tylko Pikus, ale i Osmelak (rola ojca), Walentowicz (w roli męża) czy Kaleta (jako asystent), widziałam prawdziwych ludzi. Natomiast problem jest z niektórymi aktorami, którzy grali role drugo- i trzecioplanowe z niemożliwą wręcz do zniesienia manierą i z nienaturalnie ustawionymi głosami. Tymczasem dramat Zelenki w tłumaczeniu Krauze ociera się miejscami o naturalizm językowy, wiele w nim siarczystych przekleństw czy mowy potocznej. Wydaje mi się, że niektórzy aktorzy nie zdołali lub nie znaleźli czasu na dopracowanie swoich postaci, co ostatecznie spowodowało, że byli nieprzekonujący. Między innymi z tego  powodu Małgorzata Pikus w niektórych scenach musiała sama pociągnąć to przedstawienie.

Aktualność napisanej kilka lat temu sztuki „Job Interviews” odnajduję w przekazie, że ilekroć porzucamy pewne fundamenty w życiu jak rodzina, przyjaźń, szczerość, miłość, zaufanie na rzecz gonitwy za pracą, pieniądzem i sławą czeka nas żałosny koniec. Po co nam pieniądze, kiedy jesteśmy chorzy i samotni? To pytanie na pewno nie jest odkrywcze, ale wciąż bardzo aktualne. Właściwie w momencie, gdy coraz więcej z nas gubi kompas moralny, ten przekaz staje się z dnia na dzień coraz mocniej na czasie.

Fot. Karina Dziadek

Małgorzata Bryl-Sikorska / Blog „Teatr to my”

 

„Job Interviews”, Petr Zelenka, reż. Katarzyna Deszcz, premiera: 24 lutego 2018, Scena Polska Teatru Cieszyńskiego.