SCI24.PL w Egipcie

Egipt kojarzy się nam najczęściej z piramidami, pustynią, wspaniałymi plażami i ciepłym morzem. Szeroka oferta turystyczna sprawia, że jest to jeden z najczęściej wybieranych kierunków wakacyjnych. (więcej…)

MARIOLKA PISZE…PAMIĘTNIK (5)

Bardzo długo nie pisałam pamiętnika. Wiedziałam, że zrobiłam przerwę, ale nie zdawałam sobie sprawy, że tak długą. Dopiero co lato się zaczęło, a tu już wakacje się kończą… (więcej…)

MARIOLKA PISZE…PAMIĘTNIK (4)

Lubię swoją pracę. Mogę pracować bez końca, spać po kilka godzin na dobę albo wcale, ale tak, jak każdy potrzebuję czasem urlopu. W drugiej połowie maja wybrałam się na kilka dni do Warszawy. (więcej…)

Kiedy w domu zamieszka okularnik…

W niektórych rodzinach nagle przychodzi taki moment, że dziecko musi zacząć nosić okulary. I co dalej? Nic. To żadna tragedia – o ile sami, zaistniałego faktu nie wyolbrzymimy do takiej rangi.

Ważne, aby dziecko w nowej sytuacji nie pozostało same. Mój starszy synek został „okularnikiem” jakiś czas temu. Jako, że jest to wrażliwy chłopiec, trudno było mu się przyzwyczaić do tego, że będzie wyglądał inaczej od rówieśników. Postanowiliśmy jakoś temu zaradzić. Udało się. Teraz nie ma żadnych problemów i kompleksów. Mało tego – inne dzieci z jego środowiska mają pretensje do rodziców, że same nie noszą okularów.

Jak to się zaczęło?

Synek już w przedszkolu wykazywał niechęć do prac manualnych. Szybko się zniechęcał, kiedy trzeba było zrobić wydzierankę, nawlec koralik na sznurek, czy pokolorować mały obrazek. W tegoroczne wakacje, kiedy przygotowaliśmy się do pierwszej klasy, zauważyłam, że nie bardzo chce pisać literki. Myślałam, że to ja robię jakiś błąd, ucząc go pisać, ale później jego niechęć dała mi do myślenia. Finalnym sygnałem do działania był fakt, że oczka Patryka szybko (zwłaszcza po zmroku) swędziały i robiły się czerwone. Do okulisty poszliśmy z powodu ewentualnego zapalenia spojówek, a okazało się, że trzeba było zastosować okulary.

Okulary: wyrok? NIE!

Po gruntownych badaniach, kiedy już wiadomo było jaka jest wada i jakie szkła są potrzebne, trzeba było wybrać oprawki. Męska wyprawa ojca z synem do salonu optycznego. Patryk sam wybrał oprawy ze wskazanej przez nas półki. Przymierzał i przymierzał. Po godzinie było po sprawie. W domu wyjęłam szkła ze swoich starych okularów, żeby syn nauczył się je „obsługiwać”. Pokazaliśmy mu jak je zakładać, nosić, poprawiać na nosku i czyścić. Później poszliśmy na plac zabaw. Tam syn policzył dzieciaki, które też, tak jak on, nosiły okulary – okazało się, ku mojemu zdumieniu, że nie jest ich wcale tak mało. Każdy taki gest upewniał chłopaka w przekonaniu, że szkła korekcyjne, to nic strasznego – trzeba tylko chcieć je nosić.

Pomoc otoczenia

Tu moje wielkie ukłony należą się szkole. Wychowawczyni Patryka, mimo, że w klasie była już dziewczynka, która nosiła okulary, postanowiła zrobić pogadankę, właśnie na temat „okularników”. Wytłumaczyła im po co one są, jak należy się z nimi obchodzić i na koniec uświadomiła dzieciakom, że nie jest to nic złego. Efekt był taki, że syn pierwszego dnia w klasie był gwiazdą. Do tej pory (poza jednym małym incydentem) nie usłyszałam z ust chłopca żadnych niepokojących informacji. Sama widziałam, że dzieciaki traktują go dokładnie tak samo, jak inne. Jest normalnym Patrykiem, który ma bzika na punkcie Star Wars.

Każda nowa sytuacja jest trudna. Trzeba tylko chcieć dziecku pomóc. Ważne jednak, by z tą pomocą się nie narzucać. Ma to wyglądać tak, jakby to maluch sam sobie z problemem radził. Wtedy buduje się w nim poczucie, że jest silny, doroślejszy. Nie narzucajmy swojej woli. Zaakceptujmy to, czego dziecko chce. Wiem, że to nie jest łatwe – oprawy są bardzo drogie -wystarczy jednak powiedzieć dziecku, że może wybrać spośród kilku konkretnych modeli (które nie zmasakrują naszego budżetu domowego). Jeśli w danym sklepie nie będzie nic, co odpowiada naszemu skarbowi – są dziesiątki innych salonów w mieście.

Wierzę, że rodzice staną na wysokości zadania, a dzieciaczki będą dumnymi „nosicielami” szkieł korekcyjnych. Okularnicy łączcie się!

Karolina Filarczyk

Późne popołudnie i smartfon. Kamil Pietrzak pisze felieton…

Późne popołudnie; posilony późnym obiadem, koncypuję, pod sklepieniem czaszki, jak aktywnie i twórczo oraz możliwie tanio, spożytkować te resztki – okruchy słonecznej pogody, które dzień serwuje nam tuż przed zmierzchem.

Niesiony tą myślą, czy też podmuchem wiatru, który wdarł się do pokoju przez uchylone okno, ubieram jeansy, już ciut starte; narzucam na siebie kurtkę – również ciut startą i jeansową. Łapię smartfona, którego bateria dogorywa, podłączam słuchawki i odpalam skocznego hard rocka. Zamykam drzwi, zbiegam schodami z klatki.

Już na dworze, bez zarysu, choćby mglistego, miejsca w jakie się udam, ruszam przed siebie… nogi już same prowadzą mnie ścieżką, która biegnie wzdłuż potoczka odgradzającego Osiedle Centrum od ulicy Cieszyńskiej. Tuż przy rozwidleniu dróg, przekraczając drewniany mostek, skręcam w lewo.

Idę osiedlem domków jednorodzinnych, sytuowanym na pagórku, przy ulicy Jana Wantuły i Pięknej. Osiedle jest spokojne i niemal wyludnione – jak to zwykle bywa. Mijam ciemnobrązowe płotki, zielone tuje, białe i szorstkie fasady segmentów jednorodzinnych. Wiosenny wicherek, niby zadziorny kompan, targa i rozwiewa gęstą grzywkę, ze słuchawek sączy się; rytmiczne tap tap perkusji; energiczne brummm gitary prowadzącej.

Na horyzoncie malują się tęgie bloki osiedla Manhatan – kiedyś jasnoszare, teraz odświeżone w różnokolorowe trójkątne wzory u podstawy i szczytu elewacji. Prawdziwa gratka dla koneserów Modernizmu i konstrukcji z tzw. „wielkiej płyty”. Jest tu zdecydowanie tłoczniej i gwarniej, przestępuję na drugą stronę ulicy. I odnogą, wiodącą przez ulicę Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, skręcam w lewo, schodząc na brukowany chodniczek tuż przy ulicy Spacerowej. Stamtąd odbijam w prawo po przekątnej w stronę Jelenicy.

Owa Jelenica, u podnóża góry Czantorii, to krajobraz nad wyraz spokojny i przyjemny, jak i atrakcyjna baza turystyczna. Można znaleźć tu: dom wczasowy, ośrodek wypoczynkowy, pokoje do wynajęcia, kempingi, ville… a nawet usługi związane z samochodami – koniec dygresji.

Przechodzę pod wiaduktem, rozglądam się w poszukiwaniu różnorakich kadrów… mam do wyboru: drzewa, gałązki, niebo, żółty mostek. Robię parę przymiarek, jednak znaki drogowe i kable psują kompozycję – szkoda zachodu, idę dalej.

W końcu chodniczek zawija się w prawo, prowadząc lekko pod górkę, aż nagle się urywa i pozostaje mi maszerować dalej poboczem. Mijam zakład produkcji wód mineralnych oraz napojów: Ustronianka Sp. z o.o. Maszeruję cały czas przed siebie, przestępuję potoczek i samotny domek na obrzeżach lasku u podnóża Małej Czantorii. Kroczę ściółką leśną, usłaną mchem, kamieniami, martwymi liśćmi – coś przykuwa moją uwagę…

 

Wkomponowana pośród kawałków kory, brunatnych listków i patyczków, w szarobiałym uśmiechu, szczerzy się do mnie żuchwa – swoiste memento mori natury. Uśmiecham się też, ale w duszy i snuję myśl, że utrwalę informację za pomocą przetwornika w aparacie smartfona – zapiszę te pośmiertne tchnienie zwierzęcia.

 

Słońce opada za horyzont; ostatnie promyki płoną zza gałęzi. Chwytam więc za jeden z wielu martwych listków i przykładam do obiektywu, cedząc przezeń ostatnie okruchy dnia – nim ten zgaśnie we śnie.

Fot. Kamil Pietrzak

(KP) 

 

 

 

Słoiczki vs domowy obiad?!

Dorota Węglorz fot. Mariusz Pietrzak

Uwielbiam gotować Juniorowi. Przyjemność i duma z patrzenia, jak zjada to co mu mama przygotowała jest olbrzymia! Mam to szczęście, że Krasnal nie stroni od jedzenia, to też my z łatwością przyswajamy nowe smaki. Cieszę się, gdy widzę dzieci, które lubią świeże owoce, a nie tonę słodyczy, chociaż też czasami mu je daję, ale oczywiście z określonym umiarem. Nie jestem przeciwniczką słodyczy, dla mnie to normalne, że dzieciaki je lubią, ponieważ SĄ SŁODKIE. O wiele bardziej podobają mi się jednak od słodyczy, tzw. saszetki owocowe. Mam świadomość, że zawierają konserwanty, ale nie sądzę, że jest w nich zawarta dawka groźna dla Juniorowego zdrowia, skoro z założenia jest to produkt skierowany dla dzieci.

Prawdą jest, że te wszystkie sklepowe owoce i warzywa zawierają wszelakie pestycydy. Stąd właśnie nasze ZDROWE warzywa i owoce są takie lśniące, duże i piękne. Mimo to, my je jemy i nasze dzieci też. Oczywiście mamy w Cieszynie targ warzywny, ale nie każdy przed pracą ma czas i głowę jechać tam i obzłocić się w ekologiczne warzywka. Dlatego też, gdy mam jeden dzień z tych zatytułowanych „Urwanie głowy” nie mam wyrzutów sumienia, gdy Junior zje raz na ruski rok słoiczek z Gerbera. Nie jest on na pewno tak bardzo odżywczy, jak to, co JA SAMA przygotuję, ale nie uważam, by miał Juniora otruć 🙂 Traktuje słoiczki jak opcję AWARYJNĄ lub tzw. plan B.

Fot. Mariusz Pietrzak

Dora

Złote rady nie matek. Spotkałyście się z tym?

Dorota Węglorz fot. Mariusz Pietrzak

Złote rady nie matek. Spotkałyście się z tym? Patrzę na to z przymrużeniem oka, bo mam świadomość, że znajome nie chcą dla mnie źle, ale zawsze te ich porady mijają się z rzeczywistością. Dlaczego ktoś próbuje powiedzieć mi, co robię nie tak, jak powinnam albo powinnam?

Ludzie, którzy nie mają dzieci, widzą wszystko, to co my im opowiadamy swoimi oczami. W naszych wizualizacjach na temat danej sytuacji mamy świadomość tego, że nie spałyśmy tyle ile chciałybyśmy, wypiłyśmy kolejną kawę w pośpiechu lub na spokojnie, ale zimniejszą i rzesze innych drobiazgów, których osoby bez bobasów nie znają. Dla nich prostym rozwiązaniem jest wziąć i powiedzieć „A zrób to tak”, „A weź daj go do łóżeczka, popłacze i przestanie”.  Tu pojawiają się właśnie już wcześniej wspomniane luki, a gdy wspomnę komuś o nich, to słyszę „Dorota, bo ty masz za miękkie serce”.  No mam. Bo jestem matką, bo nosiłam Juniora 9 miesięcy pod sercem, rok ponad już go mam obok siebie, kocham Go miłością nieopisaną, więc to chyba normalne, że jestem wrażliwa na każde jego kolejne potknięcie. Nie twierdzę, że ludzie niemający dzieci nie powinni się wypowiadać, po prostu czasem trzeba pewne rady zostawić dla siebie i się nie wychylać, dlatego, ponieważ nie możecie oceniać czegoś stu procentowo, nie będąc rodzicem. Jestem osobą, która zawsze stawiała sprawy jasno, dlatego WuSia wie, że pewnych spraw nie przeskoczy i daje mi się wypłakać, wykrzyczeć bez względnych złotych rad.

Skorzystaliście ze słoneczka kilka dni temu? Nam się udało po drzemce wyruszyć na godzinny spacerek i połobuzować na placu zabaw. Junior się wybiegał z rówieśnikami i po powrocie do domu dosłownie padł z sił, a ja mogłam w spokoju przeczytać nowo dorwaną książkę Maggie O’Farrel „Kiedy odszedłeś”.

W pogodę taką, jaką mamy dziś za oknem nie mam ochoty czytać nic poza dobrym do beczu dramatem 🙂

Nie mogę doczekać się słońca, ciepłego podmuchu powietrza, spacerów popołudniami, grilla mmm… Ten mróz za oknem trwa już za długo. Dziś uznałam, że jeśli nie zacznę dnia z uśmiechem, to koniec dnia będzie się mi przeciągał w czasie niemiłosiernie. A więc kompleks witamin, zielona herbata, potem kawusia, maseczka oczyszczająca na twarz i co? Da się umilić poranek? Da się! Człowiek od razu czuję się lepiej, pełen wigoru i przede wszystkim chęci, by przeżyć dzień z taką pogodą za oknem. Czy dziś odpuścić ćwiczenia? Kuszące… Brzmi ta opcja przepięknie… Nie Dora! Podnieś swoje cztery litery i maszeruj na matę raz, raz, raz! To mi poprawi jeszcze bardziej samopoczucie, satysfakcja nie do opisania, potem obiadek i drzemka z Juniorem 🙂

Wypijcie sok ze świeżo wyciskanych owoców,  dobra dawka naturalnych witamin nikomu jeszcze nie zaszkodziła.

Fot. Mariusz Pietrzak

Zaglądnę do Was jutro, Dora 🙂 

Skąd się bierze u kobiet ta radość z…

Dorota Węglorz fot. Mariusz Pietrzak

Skąd się bierze u kobiet ta radość z zakupów? Czy traktujemy to jak nagrodę? Wynagradzany się? Zakupy u kobiet powodują podniesienie poziomu endorfin, czyli najnormalniej w świecie – zakupy sprawiają nam PRZYJEMNOŚĆ.

Lubimy oglądać, przymierzać, dotykać, interesować się modą, po to, by się PODOBAĆ. Lubicie chodzić do tzw. „Second hand’ów”? Ja mam różnie, ponieważ, gdy idę do nich sama, to po dziesięciu minutach dostaję oczopląsu, nie wiem gdzie zawiesić wzrok, nie wiem w co ręce włożyć i z namalowanym grymasem na twarzy po prostu wychodzę z pustym koszykiem, ale pełnym portfelem 🙂

Natomiast, gdy idę z Mamą Rycerza, wychodzę obładowania po pachy, z siatką większą niż te eko z Intermarche, z bananem na buzi i… pustym portfelem 🙂

Zapytałam się Jej kiedyś, jak ona to robi, że znajduje takie perełki, a ja nie potrafię tam odnaleźć nawet siebie. Odpowiedziała mi – w gruncie rzeczy – bardzo oczywistą rzecz, „Trzeba mieć cierpliwość, wiedzieć, kiedy są dostawy i trzeba tam trochę posiedzieć”. A więc tak, cierpliwości to ja od urodzenia nie posiadam, zapominam o datach dostaw i nie umiem w sklepie odzieżowym wystać dłużej niż 15 minut, bo zaczynam się wszystkim irytować i jest mi w tych sklepikach po prostu za ciepło.

Kiedy byłam w ciąży, kilka razy wybrałam się – z jeszcze nieprawną – Teściową do Cieszyńskiej BIGI. Przesiedziałyśmy w niej… NIEWAŻNE ile czasu, ja oczywiście nic nie znalazłam, bo skupiałam się na kopaniu przez Juniora (szalał w moim brzuszku) i na obolałych stopach i tym, że o wszystko zahaczam sobą. Natomiast moja Kompanka zdążyła nazbierać pełny kosz, dumna ze znalezisk, obładowała mnie nimi, powtarzając „przymierz, przymierz, fajnie, nie? A popatrz – co tu mam”. W tym czasie stałam zauroczona znalezionymi rzeczami, jej zarażającą euforią i nagle dostałam jakiegoś „kopa” (nie, tym razem nie od Juniora) i zaczęłam grzebać jeszcze bardziej dociekliwie w ubraniach i faktycznie znalazłam kilka genialnych perełek, które do teraz są w mojej szafie, oraz znajdują się w rankingu ulubionych rzeczy w pierwszej dziesiątce 🙂

Wypady „na ciuchy” do dzisiaj dają mi dużo fun’u, ale tylko jak idę z Rycerzem albo koleżanką i tylko, kiedy mam minimum godzinę na spokojne przeglądanie wieszaków. Wcale nie czuję się gorsza posiadając kilka ubrań z „ drugiej ręki” – wręcz przeciwnie, cieszę się, że udało mi się kupić coś za śmieszne pieniądze i nadaje się to do codziennego użytku.

Często spotykam się z memami, na których dziewczyny są obrażone, złe na partnera, ponieważ On w ramach przeprosin proponuje Jej jedzenie, a tej, jak za dotknięciem magicznej różdżki, przysłowiowy foch przechodzi. Potem przypomniałam sobie, że ze mną jest tak samo „wiejska z sosem czosnkowym” i BACH, po problemie, odpuszczam Ci Twe WINY. Mówią o nas, o kobietach, jako o skomplikowanej, zagmatwanej płci, a tu rozwiązanie jest takie banalne.

Natomiast przypominam sobie momenty, w których Rycerz miał swego FOCHA i kanapka nie zadziałała :),  więc idąc tym tropem – Babeczki, kto ma momentami gorzej  -MY, czy nasi Rycerze?

Fot. Mariusz Pietrzak

Miłego wieczorku,

Wasza Dora