Diagnoza to coś zupełnie nowego wśród seriali

Fot. TVN/Diagnoza

Przez całe wakacje w Rybniku i pod Warszawą realizowane są zdjęcia do serialu TVNu – „Diagnoza”. Premiera już 5 września. Na planie udało się porozmawiać z Panem Antonim Królikowskim.

Spotykamy się w Rybniku, przy okazji realizowania zdjęć do „Diagnozy”. Uważa Pan, że fakt, iż w chwili obecnej kręcony jest tu serial, będzie miał w przyszłości w pływ na rozpoznawalność miasta? Wiemy przecież, że dobre skojarzenia przyciągają uwagę. (Śmiech.)

-Nie przypominam sobie tytułu jakiegokolwiek serialu lub filmu, który wcześniej powstawałby w Rybniku. Jeśli tak było, może o czymś nie wiem, ale chyba jesteśmy pierwsi. Uważam, że kręcenie dowolnej produkcji jest ważnym wydarzeniem dla danego miejsca. Widzowie mogą zobaczyć  wtedy nowe przestrzenie, a ekipa i aktorzy poznają kolejne fajne miasto. Rybnik jest fajny. Cieszymy się, że tutaj jesteśmy.

Przed rozpoczęciem zdjęć do serialu znał Pan miasto, wiedział, czego się spodziewać, czy można tak powiedzieć, że przyjechał Pan „w nieznane”?

W Rybniku byłem kiedyś prywatnie i  poznałem kilka zakątków tego miasta, m.in piękną starówkę.

Jak sama nazwa wskazuje, to serial medyczny. Choć premiera telewizyjna odbędzie się dopiero 5 września, to przedpremierową projekcja medialna miała miejsce kilka dni temu. Jak pierwsze wrażenia?

-Pierwszy odcinek bardzo mi się podobał. To coś zupełnie nowego wśród polskich seriali. Ciekaw jestem, czy tak, jak mi „Diagnoza” spodoba się również widzom. Mam nadzieję, że tak. To bardzo ciekawa historia.

Pana rola w tym wszystkim, to postać stażysty, Kacpra Kalety. Jak czuję się Pan w tzw.”kitlu”?

-To zupełnie nowe zadanie dla mnie, ale bardzo wdzięczne i ciekawe. Zgłębiając rolę lekarza, musiałem dowiedzieć się w jaki sposób wiarygodnie go grać. Dzięki temu zyskałem sporo nowej wiedzy, której wcześniej nie miałem.

W kilku słowach mógłby opowiedzieć Pan o Kacprze?

-W całej tej historii Kacper jest postacią niewielką.To pracownik szpitala, stażysta, syn pani ordynator. Musi walczyć z łatką, która do niego przylgneła i udowadniać, że jest dobrym lekarzem.

Lekarz to zawód wymagający, rola też. Wiem, że kilku z Waszych aktorów – (m.in Maciek Zakościelny i Michał Czernecki) brało udział w obserwacji zabiegów, czy operacji.Pan również miał okazję podglądać jakieś zabiegi?

-W jednym z warszawskich szpitali mieliśmy możliwość podpatrywania pracy lekarzy. Przyglądaliśmy się operacjom. To ciekawy, ale wymagający zawód.

Nabycia jakich umiejętności wymagała od Pana rola? Czy są jakieś zabiegi, których wykonywania musiał Pan się nauczyć? Który zabieg okazał się Pana ulubionym?

-M.in musiałem nauczyć się technik szycia skóry, co nie jest dla mnie oczywiste, bo szczerze mówiąc, do tej pory nie miałem do czynienia nawet z szyciem ubrań. (Śmiech.) Jednak kilka godzin spędzonych w towarzystwie lekarzy i pielęgniarek, pomogło mi nauczyć się podstawowych ruchów.

Bardzo ciekawi mnie, jak radzi Pan sobie z nazewnictwem medycznym? Pamięta Pan najtrudniejsza do opanowania zbitkę słów?

-Nazewnictwo medyczne jest przestrzenią, w której nie ma miejsca na żadną improwizację. Wymaga ćwiczeń i przygotowań. To nie takie proste. (Śmiech.)

To nie jedyny serial z Pana udziałem planowany na nowy sezon. Kręcona jest tez nowa odsłona Rozlewiska – „Pensjonat nad Rozlewiskiem”.  Są to dla Pana bardzo pracowite wakacje, skupione na dwóch miastach – Rybniku i Ostródzie. Znajdzie Pan chwile na odpoczynek?

-Te wakacje są bardzo pracowite, ale znalazłem czas na odpoczynek.

Na koniec naszej rozmowy chciałabym jednak, by opowiedział Pan coś o najbliższych planach.

-Chcę skończyć to, co zacząłem i na tym się skupiam. Zobaczymy, co będzie dalej.

Rozmawiała Mariola Morcinková

Talent shows to miecz obusieczny

Z Normanem Powerem, muzykiem z Cieszyna, siadamy po czeskiej stronie i rozmawiamy. O karierze, ale również o filmie „Lunatycy”, w którym zadebiutował w roli…sumienia głównego bohatera. Premiera 21 września.

Zastanawiałam się długo, od czego zacząć nasza rozmowę. Może po prostu – zacznijmy od początku. Kiedy uświadomił Pan sobie, że muzyka jest dla Pana czymś ważnym w życiu? Pamięta Pan ten moment?

-Nie przytoczę jednego momentu. Było tak, odkąd pamiętam. Dość szybko zacząłem mówić i od razu zacząłem też śpiewać.

Swoją muzyka reprezentuje Pan gatunki takie, jak Rock`n`Roll (Power Metal, Hard Rock, Progressive Rock), czyli tzw. „mocne brzmienie”. Sprawdza się teoria, że taką muzyką interesuje się przede wszystkim młodzież?

-Nie zgodzę się z tym stwierdzeniem. Szczerze mówiąc, ludzie w każdym wieku interesują się tymi brzmieniami. Rock nie jest młodą muzyka. (Śmiech.) Najstarszy słuchacz, który pojawił się na naszym koncercie Another PinkFloyd, miał ponad 80 lat. Najmłodsza widz miał lat zaledwie 5. Średnia wieku na moich koncertach to około 35 lat

Co trzeba robić, by tym gatunkiem zainteresować słuchacza?

-Chyba nie trzeba robić niczego specjalnego. Muzyka rockowa, kiedy jest dobrze zaprezentowana, staje się muzyką bardzo ambitną. Poprzez melodie zapadające w ucho, interesujące teksty, warsztat muzyczny i złożoność kompozycji broni się sama.

W telewizji aż roi się od wszelkiego rodzaju talentshow. Jest „Voice of Poland”, „Mam talent” i wiele innych. Nigdy nie myślał Pan o tym, by spróbować swoich sił i wybrać się na casting do któregoś z nich?

-Startowałem w X-Factor. Było to w 2011 roku. W tej samej edycji startował Michał Szpak, tam się poznaliśmy.

Nie był to jedyny tego typu program, w którym próbowałem swoich sił. Kiedy jednak dochodziłem dalej, sam rezygnowałem, kiedy zobaczyłem jak wyglada to „od kuchni”. Tak naprawdę talentshow z talentem często ma niewiele wspólnego. Tak, jak cała telewizja, ma to wszystko tylko ładnie wyglądać. Na jednym z castingów jeden z jurorów powiedział mi kiedyś, że jeżeli ktoś naprawdę ma talent, sam powinien dążyć do tego, żeby coś w tym kierunku zrobić. (Stworzyć zespół, pisać własne piosenki…). Prędzej, czy później musi się udać.

Programy tego typu to miecz obusieczny. Można się wybić, ale też bardzo łatwo można zmarnować swój talent.

Przejdźmy jednak do konkretów. Występuje Pan na polskiej i czeskiej scenie muzycznej. Jeśli chodzi o polskie projekty, warto wymienić tu zespół AnotherPinkFloyd, przy którym warto się zatrzymać i porozmawiać o nim przez moment. Powstał w 2009 roku i jest swego rodzaju hołdem dla twórczości legendarnych PinkFloyd. Kto był pomysłodawcą powstania bandu?

-Nie jestem w tym projekcie od początku. Wiem jednak, że zaczęło się od tego, że kilku znajomych, których połączyła miłość do Pink Floydów spotkało się w garażu z instrumentami. To zaowocowało tym, że zaczęli razem grać. Z czasem dla co raz większej publiki…

Coverujecie legendarne piosenki, dbając o wszystkie niuanse i szczegóły. To nie są zwykłe covery, prawda?

-Twórczość zespołu PinkFloyd jest niezwykła. Nasze covery również, ponieważ nie jest to wierna kopia ich twórczości. Gramy, ale nie kopiujemy. Gramy z serca. Tak, jak czujemy. Nie interpretujemy 1:1, przemycamy czasem coś od siebie.

Przy tym projekcie mam przyjemność współpracować z najlepszymi muzykami z Polski.

Który z utworów PinkFloyd jest odbierany najbardziej entuzjastycznie na koncertach?

-Wszystkie. Są utwory znane bardziej i mniej. Oczywiście, ci najwierniejsi fani znają każdy jeden utwór. Na koncerty przychodzą jednak również osoby, które znają tylko kilka piosenek z ich repertuaru. A wszystko po to, by zobaczyć dobre widowisko.

Najbardziej lubiane piosenki to „Comfortably Numb” i „Another Brick In The Wall”.

W której piosence Pan od strony wokalnej czuję się najlepiej?

-Najbardziej przeżywam utwór „Dogs” z płyty „Animals”. To piosenka, która powoduje u mnie ciarki i łzy w oczach przy każdym jej wykonaiu. Nawet na próbach.

Najbliższe koncerty z tym projektem zagracie w Kielcach, Bydgoszczy i Łodzi. Nie myślał Pan o tym, by zagrać też kilka koncertów po czeskiej stronie? Miłośnicy PinkFloyd są przecież wszędzie…

-Byliśmy w Czechach, na jednym z festiwali i zostaliśmy wspaniale przyjęci. Jesteśmy otwarci na cały świat, jednak na ten moment staramy się zadowolić rodzimą polską publiczność, od której dostajemy co raz więcej zapytań kiedy zagramy w ich miejscowości lub okolicach. Mamy również wspaniałych fanów, którzy jeżdżą na nasze koncerty po całej Polsce, nie zważając na odległość.

Właśnie, w Czechach i na Słowacji występuje Pan z zespołem  RUR-group. Jak Wasza muzyka przyjmuje się tam?

-RUR-group to zespół głównie coverowy. Taki Čas Rock Radio LIVE (Śmiech.) to najbardziej znane i lubiane przeboje rockowe, grane na żywo. Ludzie lubią nasze interpretację i wykonania, więc wszędzie tam, gdzie dociera naszą muzyka, zawsze jest dobra zabawa.

Jak tak umiejętnie udaje się Panu godzić występy w tyłu projektach? Czy bywa to czasem trudne logistycznie?

-Zdarza się, że między dwoma koncertami czasami muszę przejechać nawet 1000 kilometrów lub 200 w bardzo krótkim czasie. W zeszłym roku terminarz koncertowy miałem tak napięty, że zatarłem silnik w swoim aucie. (Śmiech.) Czasem nawet nie ma kiedy spać w przeciągu weekendu, ale lubię to. Żyję dla muzyki.

Proszę opowiedzieć o projektach charytatywnych, w których Pan się udziela.

-Od zawsze lubiłem ludziom pomagać. Czuję się do tego stworzony. Muzyka jest dobrym sposobem na pomaganie tym, którzy tej pomocy potrzebują. Wartościowym koncertem można przyciągnąć ludzi, którzy potem wspierają cele charytywne. Jeżeli jest okazja zagrać charytatywnie, zawsze się decyduję.

Ale…muzyka i pomoc charytatywna to nie wszystko. Warto też wspomnieć o  filmie „Lunatycy”, w którym zagrał Pan rolę…sumienia głównego bohatera. Na pewno to bardzo ciekawe doświadczenie. Jak przygotowywał się Pan do roli?

-Nie przygotowywałem się nijak szczególnie. Do projektu trafiłem poprzez jedną z akcji charytatywnych. Całość tej akcji nagrywał scenarzysta i operator filmu „Lunatycy”. Sam stwierdził, że kiedy mnie zobaczył, widział we mnie odtwórce tej roli. Nauczyłem się tekstu. Tyle.

To była Pana pierwsza filmowa przygoda?

-Tak, to mój debiut, jeśli chodzi o film, który trafi na duże ekrany. To spełnienie jednego z moich marzeń. Jak tylko usłyszałem propozycję, zgodziłem się bez wahania.

Premiera już 21 września. Pan widział już film, czy wybiera Pan się na premierę?

-Nie widziałem i mocno się przed tym broniłem. Pokaz przedpremierowy dla całej ekipy odbędzie się 7 września. Cieszę się, że zobaczę go z perspektywy widza.

Przewiduje Pan kontynuację filmowej przygody przy okazji innych projektów?

-Mam nadzieję, że to dopiero początek. Jest nowa propozycja. Mam zamiar przyjąć każde ciekawe wyzwanie.

Proszę na koniec sprecyzować swoje najbliższe plany.

-Najbliższe plany to jesienna trasa koncertowa AnotherPinkFloyd. Planów jest dużo, życie pokaże, co uda się zrealizować.

Rozmawiała Mariola Morcinková

Kasia Zielińska to piękna i utalentowana aktorka

Fot. mat.pras.

Kasia Zielińska to piękna i utalentowana aktorka tzw. młodego pokolenia. Doskonale odnajduje się przed kamerą, jak i na deskach teatralnych. Publiczność pokochała ją m.in. dzięki programowi „Kocham Cię Polsko” i licznym rolom serialowym.

Wszystkie, kiedy byłyśmy małymi dziewczynkami, chciałyśmy śpiewać, występować na scenie itp. Ja sama, nie raz zostałam przyłapana przez mamę, kiedy śpiewałam do dezodorantu w łazience. Kiedy mała Kasia ze Starego Sącza postanowiła, że zawojuje świat swoim talentem?

Gdy miałam kilka lat nagrywaliśmy z tatą na magnetofon jak recytowałam wiersze albo udawałam, że prowadzę audycję. Bardzo lubiłam się uczyć na pamięć wszystkich książek, czy to z wierszami czy dłuższymi opowiadaniami. Od małego był mi bliski ten artystyczny świat. Zaczęło się niewinnie od domowych występów na dywanie, a skończyło na teatralnych deskach.

Skończyła Pani krakowską PWST. Przygotowując się do naszej rozmowy, starałam się sobie przypomnieć w jakim programie zobaczyłam Panią po raz pierwszy i od razu na myśl przyszedł mi cykl programów „Spotkanie z Balladą”. Fenomenalne show pełne świetnych gagów, śmiechu i muzyki. Jak Pani wspomina początki swojej kariery? Czy wspomniane „Spotkania… ” jakoś przyczyniły się do jej rozwoju?

W „Spotkaniach z Balladą” występowałam będąc jeszcze w szkole teatralnej. Były to moje pierwsze kroki w telewizji, pierwsze spotkania z wielkimi aktorami. To był świetny czas, wspaniałe doświadczenie, które nauczyło mnie tego, że trzeba być pracowitym, dzielnym, jak najlepiej wykorzystywać każdą chwilę i szansę. „Spotkania…” na pewno przyczyniły się do rozwoju mojej kariery, dzięki nim zostałam zauważona w kabaretowym świecie. Potem również pojawiły się propozycje współpracy z Grupą MoCarta i Włodzimierzem Korczem.

Jest Pani artystką wszechstronną. Śpiewa Pani, gra w teatrze, ponadto występuje Pani w filmach i serialach. W której dziedzinie czuje się Pani najlepiej?

Każdą pracę traktuję jako wyzwanie, któremu trzeba poświęcić czas i energię, czy jest to teatr, serial, czy też film. Cieszę się, że nie muszę wybierać i mogę z planu filmowego biec prosto do teatru, w którym wita Cię wspaniała Pani garderobiana, zapach teatralnej sceny, spotykasz się codziennie z inną publicznością i innymi reakcjami. Piękne w tym zawodzie jest to, że możesz wcielać się w przeróżne role, czy to na teatralnej scenie, czy w serialu albo filmie – być kimś, kim na co dzień nie jesteś, inaczej się zachować, myśleć, po prostu zaszaleć, co w życiu czasem zwyczajnie nie wypada.

Publiczność wprost za Panią przepada. Kolorowe magazyny śledzą każdy Pani krok, a kamery widzą każdy „paproch” na Pani ubraniu. Nie ma Pani czasem dość tego szumu wokół Pani osoby?

Jeśli chcę podzielić się czymś z ludźmi, robię to na swoich portalach społecznościowych, na których też sama wyznaczam granicę co pokazuję, a co zachowuję dla siebie. Jeśli potrzebuję spokoju, to po prostu pakuję walizkę i wyjeżdżam, bo uwielbiam podróże – zarówno te dalekie, jak i bliskie.

Jak do tej pory większość przedsięwzięć, w których brała Pani udział, odnosiło spore sukcesy. Co jeśli ta passa się skończy? Ma Pani jakiś plan awaryjny na swoje życie zawodowe?

Uważam, że zawsze trzeba mieć plan B, ale jestem optymistką, więc nie lubię zakładać tych czarnych scenariuszy. Jeśli coś ma nadejść, to i tak nadejdzie. Mam nadzieję, że będę pracować w swoim zawodzie jeszcze długi czas, bo nie ma chyba nic lepszego, niż możliwość robienia tego, co kochamy.

Grafik ma Pani bardzo napięty – teatr, plan serialu i inne… Trzeba jednak czasem odetchnąć. Jak Pani ładuje swoje „akumulatory”?

Podróżuję! Czasem są to dalekie podróże, ale czasem po prostu wsiadam na rower i robimy z moim synkiem na wycieczkę po w Warszawie. Na pewno nie jestem typem leniucha kanapowego. Jeśli pogoda nie sprzyja rowerowym wycieczkom, to wybieram się na basen, a zimą obowiązkowo na narty.

Proszę zdradzić naszym czytelnikom, nad czym Pani teraz pracuje. Gdzie w najbliższym czasie będzie można Panią oglądać i posłuchać.

Aktualnie gram w Teatrze Kwadrat („Ślub doskonały”), Teatrze Komedia („Konserwator”, „Napad na bank”) oraz w Teatrze Capitol („Zdobyć, utrzymać, porzucić”, „Rozstania i powroty”, „Dajcie mi tenora”). Pracuję również nad moją kolejną, trzecią sztuką. Tym razem o Nowym Jorku w czasach jazzu i prohibicji.

Wiadomo nie od dziś, że branża artystyczna, to niełatwy „kawałek chleba”. Zabłysnąć wśród ogromnej liczby artystów jest ogromnie trudno. Co poradziłaby Pani wszystkim młodym ludziom, którzy są dopiero na początku swoich karier?

Żeby byli bardzo wytrwali, nie poddawali się po pierwszych porażkach, wierzyli w swoje marzenia i sumiennie pracowali, by je spełnić. Nawet jeśli czasem jest trudno, nie można się poddawać, odpuszczać, bo sukces może być już naprawdę blisko:)

Rozmawiała Karolina Filarczyk

 

 

 

Muzyka była dla mnie ważna od kołyski

fot.Agnieszka Czapi Trzepizur

Zapraszam do lektury niniejszego wywiadu, z którego dowiedzie się Państwo m.in., jak potoczyło się dalej jej życie, czym się zajmuje i nad czym pracuje obecnie. Jagoda Stach, absolwentka Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie na Wydziale Aktorskim o specjalizacji wokalno – estradowej oraz Państwowej Szkoły Muzycznej II st. im. K. Szymanowskiego w Warszawie, w klasie klarnetu. W telewizji zadebiutowała jako pięciolatka, występem w programie „Mini Lista Przebojów”. Jako nastolatka pojawiała się regularnie w serialu Klan, do którego powróciła po latach.

Karolina Filarczyk: Już jako dziecko dotknęłaś świata, który jest niedostępny dla większości z nas. Czyj to był pomysł, aby 5 letnia dziewczynka wystąpiła w telewizji? Pamiętasz jeszcze jak to się wszystko zaczęło?

Jagoda Stach: Tak, oczywiście. To wyszło bardzo naturalnie. Moja siostra Hania, starsza ode mnie o dwa lata, napisała list do telewizji, z prośbą o wystąpienie w programie 5-10-15, w tak zwanej „Szkolnej liście przebojów”. Od maleńkości uwielbiałyśmy się przebierać za Tinę Turner i udawać, że śpiewamy dla wielkiej publiczności. Zaproszono ją na casting, a ja pojechałam tam na „przyczepkę”. Ostatnio odkryłam wśród swoich kaset VHS właśnie to nagranie, z tego castingu. Mega wzruszające.

Rówieśnicy bardzo ci dokuczali ze względu na ówczesną popularność?

W ogóle nie. Nie przypominam sobie żadnych przykrych sytuacji. Bardzo dobrze wspominam tamten czas.

Po latach zdecydowałaś się na szkołę aktorską – jesteś absolwentką Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie. Dziś swoją karierę zawodową dzielisz pomiędzy m.in. śpiewaniem, występami w teatrze, a czasem w serialach, ponadto użyczasz swojego głosu w różnych projektach związanych z dubbingiem. Spektrum obowiązków jest imponujące. W której dziedzinie jednak czujesz się najlepiej?

To się zmienia. Muzyka była dla mnie ważna od kołyski. Z uwagi na talenty rodziców, trudno było uciec od śpiewania czy grania na instrumentach. Nie wyobrażam sobie życia bez muzyki. Jednak nie bez powodu wybieraliśmy takich artystów, jak wspomniana Tina, czy Michael Jackson, którzy na swoich koncertach „odgrywali” swoje numery. To było coś więcej, niż samo śpiewanie. To były mini kreacje. Tina zresztą sama mówiła, że na scenie trzeba być po części aktorem. Później miałam to szczęście, że znalazłam się na planie filmowym i absolutnie wpadłam jak ta śliwka w kompot. Z kolei jako nastolatka, trafiłam do spektaklu „Bilard Petersburski”, na podstawie tekstów Fiodora Dostojewskiego, w którym grał Krzysztof Majchrzak. To była lekcja warta co najmniej jednego roku studiów. Nigdy nie zapomnę tej atmosfery podczas prób, czy później w trakcie spektakli. Tego skupienia, tej burzy myśli, tych dyskusji z reżyserką Agnieszką Lipiec – Wróblewską. Wiedziałam, że na tę planetę muszę jeszcze kiedyś wrócić. Ale faktem jest, że w tym zawodzie, to nie my, często, decydujemy. To nie jest tak, że chcę zagrać w filmie i to się dzieje. Czasem patrzysz w kalendarz, a tam pusto. Dlatego szanuję każdą pracę. A kiedy mam wybór – kieruję się intuicją, która zazwyczaj mnie nie zawodzi.

Chętnie angażujesz się w przedsięwzięciach adresowanych do dzieci głównie („SMERFY live on stage!”). Nasi milusińscy, to najbardziej wymagająca publiczność na świecie – jak przygotowujesz się, by wypaść jak najlepiej?

Tak samo, jak do innych spektakli – rzetelnie. (śmiech) Prawdę mówiąc, nie widzę różnicy w samych przygotowaniach. Pod względem technicznym – staram się być zawsze w formie (dieta, sen, ćwiczenia), zwłaszcza przy takich projektach, jak „Smerfy. Live on stage”. Ponad 30 przedstawień w cztery tygodnie, bez komfortu posiadania dublerki. A dzieci? Są cudownymi odbiorcami. Owszem – wymagającymi, ale także bardzo wdzięcznymi. Jeśli im się podobało, nie omieszkają Ci tego powiedzieć, po spektaklu – podejść, przytulić, co w świecie dorosłych jest nie do pomyślenia…

Nie jesteś jedyną artystką w rodzinie. Twoja siostra – Hania Stach, jest wokalistką, z całkiem niezłym dorobkiem artystycznym. No właśnie… Hania… nie masz za złe dziennikarzom, że was wciąż łączą…, że jesteś „siostrą tej Hani Stach”?

Po pierwsze niczego takiego nie odczuwam, może dlatego, że ostatnie projekty, w których biorę udział, nie są tak medialne, jak projekty Hani. Po drugie, nie widzę w tym nic złego, że rodzeństwo uprawia podobne zawody i w związku z tym jest do siebie porównywane. Wydaje mi się to bardzo naturalne. A ponadto, my z Hanią, mimo wszystko działamy w różnych stylistykach. Kiedy ona startowała na festiwalu w Opolu, ja jechałam na konkurs piosenki aktorskiej we Wrocławiu…

Skoro Hania została już „wywołana do odpowiedzi”… Jak już wcześniej wspomniałam, aktorstwo, to nie jest jedyna dziedzina, w której jesteś bardzo dobra. Moim skromnym zdaniem, warunki wokalne masz na tym samym, jak nie wyższym poziomie, co siostra. Nie myślałaś nigdy by dalszą swoją karierę poprowadzić właśnie w tym kierunku?

Bardzo dziękuję za komplement. Owszem, myślałam, niejednokrotnie. Ale najwyraźniej czegoś mi brakuje. Odwagi? Repertuaru? Pomysłu na siebie? A może mój wrodzony perfekcjonizm blokuje mi pole do popisu.. Z pewnością coś jest na rzeczy, ale w sumie, nie mam poczucia przegranej. Sądzę, że ten temat jest jeszcze przede mną. A póki co, cieszę się za każdym razem, gdy mogę pośpiewać w teatrze, czy jako muzyk sesyjny. Uwielbiam projekt Hani „Whitney Houston symfonicznie”, w którym śpiewam w chórkach. Hania jest niedoścignionym autorytetem, a atmosfera na koncertach jest fantastyczna. Nic, tylko się cieszyć.

Powiedz naszym czytelnikom, nad czym teraz pracujesz, gdzie będzie można cię zobaczyć, usłyszeć?

Obecnie pracuję nad nowym spektaklem dla dzieci, którego premiera przewidziana jest na 17 września tego roku. Będzie to słynny „Pan Tenorek” w wykonaniu Jacka Wójcickiego, w Teatrze Kamienica, w Warszawie. Serdecznie zapraszam wszystkich młodych widzów, będzie bardzo muzycznie, tanecznie i radośnie. Już w czerwcu natomiast wystąpię na dwóch koncertach – pierwszy – to wspomniany wyżej projekt „Whitney Houston symfonicznie”, który zagramy w kaliskiej filharmonii – 2. dnia miesiąca. Absolutny hit, który polecam wszystkim miłośnikom dobrej muzyki. Drugi zaś, to zbiorowy koncert, z okazji jubileuszu upadku komuny pt. „Wyłącz system”. Zagramy go, oczywiście, 4. czerwca i będą to piosenki o szeroko pojętej wolności. Zapraszam na niego równie gorąco. Oprócz mnie na scenie pojawią się tacy wokaliści jak Monika Urlik, Mateusz Krautwurst, Kasia Dereń czy, uwaga, Hania Stach.(śmiech) Dodam jeszcze, że można mnie zobaczyć w repertuarze Teatru Capitol i Teatru Palladium w Warszawie.

Rozmawiała Karolina Filarczyk

 

 

 

 

Teraz energię czerpię z widowni

Miałam przyjemność na kilka godzin przed koncertem organizowanym w Cieszynie w ramach trasy „Lato z radiem“, rozmawiać z Urszulą. O płycie „Biała droga“, ale także najbardziej charakterystycznych piosenkach wokalistki i przygotowywanym nowym materiale.

Na początek naszej rozmowy wybrałam temat Pani albumu „Biała droga“ , od którego wydania w 2016 roku minęło 20 lat. Dlaczego ta płyta była dla Pani szczególna?

-Była to w pełni moja autorska płyta, po moim powrocie do Stanów. Był to powrót z nową energią. W tej płycie zawarłam wszystkie moje życiowe doświadczenia. Chciałam na tej płycie pokazać, że wyjazd do Stanów był czymś, co pozwoliło mi się zmienić i otworzyć. Chyba żadna moja płyta nie sprzedała się tak dobrze, jak „Biała droga“.

Czy sentyment do piosenek, które się na niej znajdywały te 20 lat temu, ożył w Pani w pewnym stopniu, kiedy pojawiła się na rynku w nowej, zremasterowanej odsłonie?

-Sentyment zawsze żyje. Tak się składa, że na tej płycie jest bardzo dużo przebojów, które przez cały czas, od momentu powstania płyty gramy podczas koncertów. Żaden koncert nie może obejść się bez piosenki „Konik na biegunach“, czy „Na sen“.

Gdyby miała Pani wskazać jeden utwór z „Białej drogi“, w szczególności dla siebie ważny, to na który mogłoby paść?

-Trudno mi powiedzieć, ale chyba „Mój blues“.

Z jednej z rozmów dowiedziałam się, że były też na tej płycie piosenki, które ciążyły Pani w pewien sposób. To prawda? Które to utwory?

-Nie wiem, nic mi o tym nie wiadomo. (Śmiech.)

Czy wśród 12tu albumów studyjnych, które Pani wydała to właśnie „Biała droga“ jest tym najistotniejszym?

-Tak, ale ważna jest dla mnie również pierwsza płyta, którą wydałam z Budką Suflera. Wtedy w świadomości ludzi zaczęłam istnieć jako wokalistka. Miałam łatwiejszy start, ponieważ pracowałam z zespołem, który ludzie już kochali.

Czyli to, że pierwsza płyta jest najważniejsza, sprawdza się również u Pani?

-Tak. Nie wiem, czy sprawdza się ta teoria u wszystkich, ale u mnie na pewno.

Zmieńmy jednak temat. Podczas kiedy oglądam Pani występy na transmitowanych w TV koncertach lub zapisy z koncertów na YT, za każdym razem jestem pod ogromnym wrażeniem Pani energii, którą emanuje Pani podczas swoich występów. Skąd Pani tę energię czerpie?

-Kiedyś energię czerpałam z młodości, teraz czerpię ją z widowni. (Śmiech.) Emanowanie energią nie jest proste przy dużych upałach. Skupiam się na tym, by dobrze wykonać swoje piosenki, bo po to ludzie przychodzą na koncerty, by posłuchać muzyki. Chcę dobrze zaśpiewać , a ludzie niech tańczą. (Śmiech.) To moja misja.

Czuje się Pani lepiej na koncertach dla małej, czy większej publiczności? Może jest tak, że ilość odbiorców nie ma dla Pani znaczenia?

-Ilość odbiorców nie ma dla mnie znaczenia. Bardzo fajną trasę koncertową zagraliśmy w ramach 20-lecia wydania płyty „Biała droga“. Były to koncerty w klubach dla młodzieży. Grało się świetnie, ale równie ciekawie gra się z kwartetem smyczkowym w miejscach bardziej eleganckich. Każdy koncert jest inny, ale każdy jest fajny.

Ostatnio jedna z wokalistek powiedziała mi, że nie ma dwóch takich samych koncertów. Czy zgodzi się Pani z tym stwierdzeniem?

-Nie ma. Nie mylą nam się koncerty. (Śmiech.) Na każdy koncert przychodzą inni ludzie, każdy jest z inną energią i w innym miejscu.

Właśnie.  Sezon koncertowy dopiero się rozpoczął, więc to może trudne pytanie, ale czy zagrała Pani w  tym roku koncert, który z jakiś względów szczególnie zapadł Pani w pamięć?

-Nie myślałam o tym w ten sposób. Zazwyczaj ten ostatni koncert najintensywniej wspominam.

Idąc za ciosem, kolejne trudne pytanie. Zastanawiała się Pani, ile mniej więcej kilometrów udaje się Pani pokonać w czasie jednego sezonu w drodze na koncerty?

-Wydaje mi się, że tygodniowo pokonujemy dystans do 1-2 tysięcy kilometrów, ale dokładnie nie jestem w stanie policzyć.

Wczoraj zagrała Pani we Włoszczowej, dzisiaj spotykamy się w Cieszynie. Co przygotowała Pani na dzisiejszy koncert? Czy repertuar koncertowy jest zazwyczaj taki sam, czy zmienia Pani czasami niektóre pozycje?

-Zmieniam czasami utwory, które gram, ale to bardzo trudne, ponieważ tak wiele jest piosenek, które ludzie chcą usłyszeć.

Jest taka jedna piosenka, bez której Pani nie wyobraża sobie występu? Dla mnie to „Rysa na szkle“ lub „Dziś już wiem“ oraz oczywiście „Konik na biegunach“.

-Zgadzam się z wybranymi piosenkami. „Konika na biegunach“ wybrali słuchacze, ja mogłabym się bez niego obejść. (Śmiech.)

Lato jest dla Pani bardzo pracowite. Już 9 lipca pojawi się Pani w Kołobrzegu w ramach koncertu „Przebojowe lato Radia ZET i POLSATU. Czy na tę okoliczność szykuje Pani  coś specjalnego?

-Nie wiem jeszcze, co zagramy, ale myślę że na pewno pojawią się dwa utwory. „Konik…“ na pewno się załapie. (Śmiech.)

Proszę na koniec sprecyzować resztę najbliższych planów.

-Cały czas myślimy o nowym singlu, by zaznaczyć się w świadomości słuchaczy stacji radiowych, ale poprzeczka po wielu moich przebojach jest wysoko postawiona. Radiowcy oczekują czegoś w klimacie „Rysy na szkle“, czy „Niebo dla Ciebie“, a przecież czasy się zmieniły :))))

Chciałabym, by późnym latem piosenka trafiła do rozgłośni. Myślimy też o płycie. Takie życie. Granie i myślenie o tym, co można nagrać. (Śmiech.)

Rozmawiała Mariola Morcinková

Energię czerpię z publiczności

Fot. mat.pras.

Piosenkarka, której nie trzeba przedstawiać. Jej piosenki na koncertach już od pierwszych nut porywają do znakomitej zabawy. My jednak nie rozmawiałyśmy tylko o tym, ale także o najnowszym singlu i zamiłowaniu Eweliny do…kickboxingu.

Zastanawiałam się, jak rozpocząć naszą rozmowę. Postanowiłam, że zapytam o to, skąd bierze Pani energię, która towarzyszy Pani w koncertach? Jest niesamowita!

-Energię czerpię przede wszystkim z publiczności. Kiedy widzę ludzi, którzy chętnie ze mną śpiewają i dobrze się bawią, jest to dla mnie niezwykła przyjemność. Nawet, gdybym była bardzo zmęczona, ta siła zawsze się znajdzie.

Zauważam, że u aktorów sprawdza się teoria, że nie ma dwóch takich samych spektakli. Czy ta teoria sprawdza się również odnośnie koncertów? W czym dzisiejszy koncert był dla Pani wyjątkowy?

-Każdy koncert jest wyjątkowy, ale każdy, mimo tego, że gra się te same utwory, jest inny. Nawet kontakt z publicznością nie jest ten sam. Dzisiaj było dość kameralnie, miałam odczucie, że jestem blisko z ludźmi. To było świetne!

Lubi Pani bardziej grać koncerty dla mniejszej, czy większej?

-Nie ma to dla mnie znaczenia. Lubię grać dla dużej publiczności, ale też dla kilku osób.

Który z utworów granych na koncertach w chwili obecnej spotyka się z największym aplauzem wśród fanów?

-Według mnie takim utworem jest „W stronę słońca“. Mam wrażenie, że publiczność wariuje od pierwszych dźwięków. (Śmiech.)

W którym utworze to Pani czuje się najlepiej od strony wokalnej?

-Trudne pytanie. Każda piosenka jest inna. To moje utwory, więc czuję się dobrze we wszystkich.

„W sercu miasta“ to tytuł Pani najnowszego singla. Oglądając teledysk na YT, mam nieodparte wrażenie, że całość musiała być bardzo trudna do zrealizowania. Czy się nie mylę?

-Miałam bardzo proste zadanie – stanąć przed kamerą i się powygłupiać. (Śmiech.) Nie ukrywam jednak, że taniec był dla mnie wyzwaniem, bo dawno nie tańczyłam.

Co było dla Pani inspiracją do realizacji obrazu do piosenki w ten sposób?

-Inspiracją było dla mnie oświetlone miasto nocą. Podczas pisania tej piosenki miałam przed oczami oświetlony Nowy Jork.

Z jakimi pierwszymi opiniami na temat teledysku się Pani spotkała?

-Z tego, co widzę, klip się wszystkim podoba i bardzo się z tego powodu cieszę. (Śmiech.)

Czy można to nazwać klipem z przesłaniem? Co chciała przekazać Pani fanom poprzez obraz?

-W piosence chciałam przekazać, że każda para ma trudne chwile, ale każdy problem można rozwiązać. Piosenka jest chwilą zapomnienia, dwójka ludzi rusza w miasto i zapomina o wszystkim, co złe.

Piosenkę można traktować jako zapowiedź Pani płyty?

-Tak. Jest to zapowiedź mojej płyty, którą mam nadzieję, że uda mi się wydać jesienią. Na ten moment zbieram materiał.

W jakim będzie klimacie?

-Jeszcze nie wiem, pewnie dla mnie samej też będzie to niespodzianką.

Czy latem jest jeszcze szansa na nowy singiel?

-Jeśli uda mi się coś fajnego napisać, wtedy będzie szansa.

Czas wolny poświęca Pani na taniec, który pokochała Pani podczas jednej z edycji „TzG“, którą Pani wygrała. Ma Pani okazję do regularnych treningów?

-Nie tańczę już. Lekcje tańca zastąpiłam lekcjami kickboxingu.

To bardziej Panią teraz interesuje?

-W tym momencie tak.

Utrzymuje Pani kontakt z uczestnikami „TzG“?

-Z Tomkiem Barańskim udało mi się zobaczyć kilka dni temu. Myślę, że to taka przyjaźń, która przetrwa długo.

Czy muzyka i kickboxing to czynniki, bez których nie wyobraża Pani sobie życia w tym momencie?

-Tak. Bez muzyki nie wyobrażam sobie życia, a kickboxing stał się moją drugą pasją.

Co spowodowało, że zainteresowała się Pani kickboxingiem?

-Wszystko zaczęło się od mojego klipu „Zrób to“, do którego musiałam nauczyć się walczyć. (Śmiech.) Zapisałam się na zajęcia i…tak mi zostało. (Śmiech.)

Rozmawiała Mariola Morcinková

 

 

 

LUNATYP „Czujemy naszą muzykę“

LUNATYP, to zespół z Cieszyna. W kwietniu wydali swoją debiutancką EPkę „Czarownicą chcę być“ , a we Wrocławiu nagrali pierwszy teledysk. Na moje pytania odpowiedzieli założyciele zespołu LUNATYP – Dagmara Dorda i Michał Kasztura.

Odpowiadają: Dagmara Dorda i Michał Kasztura

Zespół Lunatyp tworzycie w 5-cio osobowym składzie. Pierwsze pytanie, które mi się jednak nasuwa, dotyczy nazwy zespołu. Skąd się wzięła? Dlaczego akurat Lunatyp?

Michał Kasztura: To pytanie zadali nam dzisiaj również nasi znajomi. (Śmiech.)

Dagmara Dorda: Stworzyliśmy neologizm od słowa Luna (księżyc, przyp.red.), gdyż jest nam ono bliskie.

MK: Nasza muzyka pasuje do wieczornych klimatów – akustyczne granie, połączone z lekką nostalgią. Jednym z powodów wybrania takiej nazwy jest to, że nie jesteśmy rannymi ptaszkami, wolimy życie nocne. (Śmiech.)

Wasza muzyka oscyluje między takimi gatunkami jak jazz, pop, soul, czy poezja śpiewana. Czy któryś z tych gatunków przeważa w Waszej twórczości?

DD: Próba zaszufladkowania naszej muzyki w jakikolwiek gatunek jest trudna. Nie ma jednego nurtu, który przeważa w naszych kompozycjach. Najlepiej posłuchać naszej muzyki. (śmiech)

Wykonujecie także wspominaną już wcześniej poezję śpiewaną. Na Waszej debiutanckiej EPce znajduje się sześć waszych autorskich kompozycji. Zostały napisane one do tekstów Danuty Niwińskiej. Jaki jest w chwili obecnej odbiór poezji śpiewanej wśród słuchaczy? Ludzi ciągnnie też do klimatów nowoczesnych, rockowych i popowych…

MK: Oczywiście. Nas jednak ciągnie w tą drugą stronę. (Śmiech.) Poezja śpiewana nie jest najbardziej popularnym gatunkiem, jednak nam zależy aby być spójnym z samym sobą.

DD: Robimy to, co czujemy, co podpowiadają nam nasze emocje i w naszych utworach jesteśmy autentyczni. Ludzie to czują i doceniają, dzięki temu mamy swoją grupę odbiorców, do których trafia nasza muzyka.

Premiera EPki miała miejsce w kwietniu. Z jakimi opiniami na temat płyty spotkaliście się do tej pory?

DD: Do tej pory spotkaliśmy się z bardzo pozytywnym odbiorem naszej płyty. Usłyszeliśmy wiele ciepłych słów, otrzymaliśmy sporo gratulacji, poprostu ludziom podoba się nasza płyta. Osobiście dla mnie potwierdzeniem tych przychylnych opinii jest fakt, że przybywa nam fanów na portalach społecznościowych coraz więcej mamy zapytań o zagranie koncertu a nasze płyty się sprzedają.

MK: Nasi bliscy, znajomi oraz osoby zupełnie nam obce mówią nam wpsrot, że nagraliśmy dobry materiał. Myślę, że jest duże zapotrzebowanie na taką muzykę. Zespołów grających w podobnej stylizacji do naszej jest mało, a ludzie potrzebują wyciszenia. Życie nie składa się przecież z samej imprezy. (śmiech)

DD: Przy naszej muzyce trzeba się na chwilę zatrzymać. Myślę, że to dlatego ludzie lubią słuchać naszej płyty. Dajemy im chwilę wytchnienia co jest bezcenne w dzisiejszym zabieganym świecie.

Jesteśmy w Domu Narodowym, gdzie za kilka chwil zagracie. Jak Wasze samopoczucie przed koncertem?

MK: Jest świetnie, wszystko idzie po naszej myśli. Na próbie, którą właśnie skończyliśmy, nastrój był słyszalny w muzyce. Cały zespoł jest w dobrej formie, dziś będzie rewelacyjnie.

DD: Mam takie same odczucia. Pamiętajmy też Cieszyn to nasze rodzinne miasto, jesteśmy u siebie co zawsze dodatkowo napędza. Do tego koncert jest też świetna okazją to stworzenia odpowiedniego klimatu. Zagrania utworu trochę inaczej niż zostały nagrane one w studio. Dla nas jest to przestrzeń aby zaskoczyć słuchacza. Zawsze dbamy aby nasze koncerty zapadały uczestnikom w pamięci i aby chcieli na nie wracać.

To dla Was wyjątkowe wydarzenie z dwu powodów. Po pierwsze – to Wasz drugi koncert w pełnym składzie. Jak długo przygotowywaliście się do dzisiejszego występu?

MK:Cieżko stwierdzić ile przygotowywaliśmy się do dzisiejszego występu. Dla nas jest to nieustająca praca, systematyczne próby, ciągłe ćwiczenia aby zagrać jak najlepiej. Dzisiejszy koncert jest efektem naszej pracy, którą rozpoczeliśmy dwa lata temu wiec może nawet dwa lata.(śmiech)

Po drugie – podczas występu w DN w Cieszynie zaprezentujecie swój debiutancki teledysk do „Czarownicy“ – tytułowego kawałka z płyty. Teledysk realizowaliście we Wrocławiu. Dlaczego akurat tam?

MK: Moi znajomi z Wrocławia zaproponowali nam nagranie teledysku. W tym przypadku dobór miasta był prozaiczny. Poprostu tam mają studio.

Opowiedzcie o teledysku od kulis. Jak długo trwały prace nad nim? Mówi się, że pierwszy teledysk dla zespołu jest najważniejszy. Czy tak jest również w Waszym przypadku?

MK: Pracę nad teledyskiem trwały ponad dwa miesiące. To cieżka praca pomio tego, że samo kręcenie zdjęć zamkneliśmy w jeden dzień.

DD: Cały pomysł tworzył się w połączeniu z ekipą VIREO MEDIA. Oni mieli plan na to, jak klip ma wyglądać jednak dobranie odpowiednich kostiumów, rekwizytów, uzgodnienie scenariusza, wybór make-up oraz organizacja całego przedsięwzięcia trwała około miesiąc. Tak jak mówił Michał praca przy teledysku to ciężka praca. Po nagraniach czekalismy kolejny miesiąc na montaż z VireoMedia.

MK: Ten teledysk jest dla nas ważny i jest bardzo cennym doświadczeniem. Wszystko odbyło się w przyjaznej amosferze, bardzo profesjonalnie a czy będzie dla nas najważniejszy to już czas pokaże.

Jaki przekaz w klipie chcieliście zawrzeć? Można powiedzieć, że to „obraz z przesłaniem“?

DD: Może trochę (Śmiech.) Interpretację zostawiamy widzom i słuchaczom.

Czy przy realizacji następnego teledysku jest szansa, że nagracie go w Cieszynie?

MK: Dlaczego nie (Śmiech.) Na ten moment jest to pieśnią przyszłości, ponieważ nie myślimy jeszcze o kolejnym teledysku. Jednak Cieszyn jest dla nas ważnym miastem, lubimy tu być, więc na pewno weźmiemy nasze miesto pod uwagę.

DD: Cieszyn napawa nas inspiracją. To miasto, w którym nasze drogi się zeszły.

Właśnie, jakie są Wasze najbliższe plany, jeśli chodzi o zespół? Będziecie skupiać się na promocji EPki, czy planujecie nagrywanie nowego materiału?

DD: Jedno i drugie. (Śmiech.)

Jak wyglądają Wasze plany koncertowe? Macie zaplanowane już jakieś koncerty na sezon letni, czy wszystkie daty pojawiać będą się na bieżąco?

MK: Kilka koncertów mamy zaplanowanych, ale są wolne terminy. Zapraszamy do lajkowania naszego fanpage‘a. Z niego dowiecie się gdzie można nas w najbliższym czasie usłyszeć. Również przez facebooka można zamówić naszą płytę oraz zarezerwować nasz zespół na koncert. Zapraszamy do współpracy.

Banalne, ale trudne pytanie na koniec. Wyobrażacie sobie swoje życie bez muzyki?

DD: Oczywiście, że nie. Lunatyp to klimat, który czujemy. Mamy potrzebę dalszego rozwoju w tym kierunku więc życie bez podkładu muzycznego nie wchodzi w grę.

MK: Robimy swoje. Tym czasem cieszymy się, że realizację EPki doprowadziliśmy do końca, a teraz pracujemy nad tym, by jak najwięcej osób dowiedziało się o niej.

Fot.moji.studio

Rozmawiała Mariola Morcinková

Anna Gzyra „Podróż marzeń jest jeszcze przede mną“

Anna Gzyra, aktorka, miłośniczka zdrowego stylu życia, biegania i podróży. Do Jastrzębia – Zdroju przyjechała ze spektaklem „MayDay2“, o którym także rozmawiamy. To moja druga rozmowa z nią.

Pani Aniu, spotykamy się przed spektaklem „MayDay 2“ w Jastrzębiu – Zdroju. Jak opisałaby Pani swoją postać?

-To kobieta – wulkan. Ma w sobie całą masę dobrej energii. Do wielu rzeczy podchodzi z dystansem, lubi dobrze się bawić i jest zadowolona, kiedy dużo się dzieje.

Wasz spektakl odnosi ogromny sukces. Co Pani zdaniem sprawia, że widownia za każdym razem wypełniona jest po brzegi?

-Wiele rzeczy składa się na ten sukces. Obsada, ale także świetny scenariusz. I tekst MayDay 2, który jest wspaniały. To świetna farsa.

Prawdą jest, że spektakle komediowe cieszą się największym powodzeniem i zainteresowaniem wśród widzów?

-W dzisiejszych czasach to dość częste. Ludzie chcą oderwać się od rzeczywistości, od codziennych problemów. A śmiech jest najlepszym lekarstwem.

W jakich jednak rolach Pani najlepiej się czuje? Komediowych, czy dramatycznych?

-Role komediowe, wbrew pozorom, wcale nie są prostsze do zagrania. Jeśli chodzi o role dramatyczne, trudnością może być dla aktora to, że nie jest łatwo z nich „wyjść“. Uważam więc, że najlepszy jest złoty środek.

Uważa Pani, że częścią składową wiarygodnego odgrywania swojej postaci jest jej polubienie oraz zaakceptowanie wszystkich jej zachowań? Lubi Pani wszystkie swoje postaci?

-Nie wiem, czy lubię wszystkie swoje postaci, ale na pewno próbuję je zrozumieć. To podstawa, by wiarygodnie postać kreować i być przekaźnikiem dla widza.

Jedną z postaci, w którą się Pani wciela, jest Tola w serialu „Pierwsza miłość“. To postać „z rysą“. Czy taką rolę można polubić?

-Tak. To rola, która jest potrzebna naszemu serialowi, ale przecież tacy ludzie też istnieją. Oczywiście, w „PM“ są role, które odgrywa się na pewno przyjemniej, ale od strony aktorskiej moja postać jest bardzo interesująca.

To ewidentnie czarny charakter. Czy ta rola jest dla Pani wyzwaniem?

-Oczywiście. Miałam dużo trudnych scen, które były bardzo ciekawym doświadczeniem.

Właśnie kilka dni temu został wyemitowany 2. 500 odcinek serialu. W czym, Pani zdaniem tkwi jego sukces, że jest tak lubiany przez widzów?

-To życiowy serial, z dynamicznymi wątkami.

Czy częścią składową tego sukcesu można nazwać m.in to, że toczy się u Was wiele zaskakujących wątków i trzymających w napięciu relacji?

-Dokładnie tak.

Może Pani ma ulubiony wątek w „PM“? Zdarza się Pani oglądać serial?

-Oglądam serial, ale skupiam się wtedy przede wszystkim na swoim wątku.

Jeśli chodzi o oglądanie siebie na ekranie, lubi Pani oceniać efekty swojej pracy? Patrzy Pani wtedy na swoją postać łaskawym, czy raczej krytycznym okiem?

-Zdecydowanie patrzę na siebie krytycznym okiem. Szukam, co można byłoby zrobić lepiej i zawsze coś znajduję.

Rozmawiamy o spektaklu i serialu „Pierwsza miłość“, ale warto też moim zdaniem porozmawiać o Pani pasjach. Jest Pani osobą bardzo wysportowaną, bardzo często Pani biega. Co daje Pani aktywność fizyczna? Czy bieganie jest dla Pani także sposobem na relaks?

-Bieganie jest dla mnie sposobem na relaks i chwilą tylko dla siebie. Jestem ambasadorką cyklu biegów City Trail. Moi trenerzy, Piotr i Justyna, na bieżąco układają mi plan treningowy, którego muszę się trzymać. Za każdym razem muszę się mocno spocić. To bieganie nakierowane na wysiłek, ale uwielbiam to!

W roku 2016 wzięła Pani udział w sportowej akcji charytatywnej „Bieg po Nowe Życie“ w Wiśle. Czy uczestniczy Pani również w innych sportowych imprezach charytatywnych?

-Oczywiście. Ostatnio wspierałam akcję w ramach Światowego Dnia Walki z Nadciśnieniem Płucnym. Jeśli tylko mogę wspierać jakąś charytatywną inicjatywę, zawsze to robię. W momencie gdy aktywność dobroczynna połączona jest ze sportem – wtedy jest to idealne połączenie dla mne.

Jakie sporty, oprócz biegania Pani jeszcze uprawia?

-Pływam i tańczę.

Warto wspomnieć też o Pani drugiej pasji – podróżach. Jakie miejsce zachwyciło Panią ostatnio?

-Właśnie wróciłam z majówki, którą spędziłam w Hiszpanii. Było wspaniale, podróżowaliśmy z naszymi przyjaciółmi, wynajęliśmy sobie domek nad brzegiem morza. Było bardzo przyjemnie i relaksująco.

Czy ma Pani coś takiego, co można określić mianem podróży marzeń?

-Podróż marzeń jest jeszcze przede mną. Jest mnóstwo miejsc, do których chciałabym pojechać. Na pewno chciałabym odwiedzić Hawaje i Chiny, choć są to zupełnie różne destynacje.

Fot. BlogStar

Rozmawiała Mariola Morcinková