[AUDIO] Ireneusz Czop: „Czasem mam wrażenie, że cały…

Ireneusz Czop, urodzony w 1968 roku, rodowity płocczanin. Od wielu lat związany z Łodzią, gdzie najpierw studiował, a teraz wykłada na wydziale aktorskim “łódzkiej filmówki” (PWSTTViF)​,​ jednej z najlepszych uczelni artystycznych​na​​świecie​.​

Fenomenalny, wielokrotnie nagradzany m.in “Złotą Maską” aktor teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi. Jego aktualnie grane spektakle tj. “Czarownice z Salem”, czy “Lew na ulicy” cieszą się ogromnym powodzeniem.

Doskonale odnajduje się zarówno na planie filmowym, jak i serialowym. Ogólnopolską sławę przyniosły mu role w filmach “Pokłosie”, czy “Jack Strong”. Przez widzów lubiany także dzięki kreacjom w serialach “Komisarz​Alex”,​​ czy “Na ​​dobre​​ i​​ na ​​złe”​.

Aktualnie pracuje nad kilkoma projektami, których efekty będzie można zobaczyć​ już​ ​w ​​2018​​ roku​.

Fani autorami pytań do aktora

To już drugi wywiad dla portalu SCI24.pl. Tym razem jednak autorami wszystkich pytań byli Internauci, które mogli przesyłać za pośrednictwem oficjalnego profilu na Facebook aktora.(https://www.facebook.com/IreneuszCzop.ofc/)

Spośród niemal pięćdziesięciu pytań wybraliśmy te naszym zdaniem najlepsze, najbardziej aktualne.

Jaki jest efekt naszej rozmowy? Zapraszamy do zapoznania się z naszym materiałem.

Rozmawia: Karolina Filarczyk

Marta Bryła: „Serial pozwala widzowi wczuć się w…

Na moje pytania odpowiada Marta Bryła, odtwórczyni głównej roli w serialu „Korona Królów”.

Rola królowej Anny w serialu „Korona Królów” przyniosła Ci ogromną popularność. Kiedy odczułaś pierwsze jej symptomy?

Stwierdzenie, że rola przyniosła mi ogromną popularność to może trochę za dużo powiedziane, ale owszem, zdarzyło się, że ktoś do mnie podszedł, pogratulował roli, czy poprosił o zdjęcie. Jest to bardzo miłe i budujące, choć czasami bywa krępujące.

W nawiązaniu do roli królowej zapytam Cię o marzenia z dzieciństwa. Czy tak, jak wiele dziewczynek, myślałaś o tym, by zostać kiedyś księżniczką lub królową? Marzenia się spełniają. (Śmiech.)

W dzieciństwie nie myślałam tylko o tym, by zostać księżniczką, ale też ukochaną Kena, Kopciuszkiem, Wróżką Chrzestna ze Shreka. Później pojawiły się poważniejsze zawody, takie jak policjantka, czy lekarka. Opcji było wiele. Zawsze miałam bujną wyobraźnię i tysiąc pomysłów na siebie.

Taka rola to także stroje z epoki. Jak czujesz się w sukniach z tamtego okresu? Wspominałaś kiedyś w jednej z rozmów, że ich noszenie bywa męczące, a po całym dniu kręgosłup mocno to odczuwa… Przyzwyczaiłaś się już?

Przyzwyczaiłam się, a nawet bardzo to polubiłam. Stroje z epoki pozwalają mi mocniej wczuć się w rolę i epokę. W końcu, nie codzienie nosi się takie kreacje. Nie wiem też, czy jeszcze kiedyś będzie mi dane grać w takich sukniach, dlatego cieszę się, że mam tę możliwość i doceniam to, co w chwili obecnej daje mi los.

Czy w ramach przygotowania do roli zgłębiałaś losy Aldony Anny? Na czym najbardziej się skupiałaś?

Czytałam dużo o średniowieczu i życiu Anny m.in. w zapiskach Jana Długosza, czy Rodowodzie Piastów Kazimierza Jasińskiego. Wiele dały mi również próby z reżyserem Wojtkiem Pacyną, na których wspólnie szukaliśmy cech, zachowań, i upodobań Aldony. Na próbach czytanych, kiedy już mieliśmy przed sobą odcinki i konkretne sceny mogłam skupić się na sytuacjach z jej życia i zastanowić nad tym, co ją motywowało do działania, dlaczego zachowała się tak, a nie inaczej. Potem doszły konsultacje z języka litewskiego, jazdy konne, tańce średniowieczne i strzelanie z łuku.

Co łączy Cię z Twoją postacią, a co jest taką cechą, którą to Ty jej podarowałaś?

Upór w dążeniu do celu to nasza wspólna cecha. Podobnie jak Anna zawsze mam swoje zdanie i nie boję się go wypowiedzieć. Udało mi się dodać Annie więcej empatii i wyrozumiałości w relacjach z Królową Jadwigą i Kazimierzem.

Serial ma liczne grono fanów wśród młodzieży. Uważasz, że może pełnić funkcję edukacyjną a jednocześnie udowodnić, że historia może być ciekawa?

Tworzymy telenowelę o czasach panowania Kazimierza Wielkiego, więc z założenia nie będzie to czysto podręcznikowa wiedza, ale przede wszystkim relacje, konflikty, walki i takie emocje, które pozwalają widzowi wczuć się w przedstawianą historię, zapamiętać wydarzenia, a przy tym poznać życie ludzi zarówno na dworze jak i poza nim.

Czy Ty również dzięki serialowi zaczęłaś bardziej interesować się historią? Który okres wywarł na Ciebie największe wrażenie? Dlaczego?

Na pewno zgłębiłam wiedzę o Średniowieczu, o życiu Kazimierza, Anny, Jadwigi i Łokietka, także o losach Olgierda, który był ojcem Jagiełły, pierwszego panującego władcy dynastii Jagiellonów. Najwięcej emocji wywiera na mnie II Wojna Światowa oraz 1944 rok, czyli Powstanie Warszawskie. Chciałabym mieć możliwość zagrać postać z pokolenia Kolumbów, kiedy to młodzi ludzie, dopiero co wchodzący w dorosłość muszą zmierzyć się z tragicznymi wydarzeniami i tą ciężką próbą, na którą wystawił ich los.

Oprócz „Korony Królów” grasz także w „Na dobre i na złe”. Czy nie trudno czasem pogodzić pracy na dwóch planach?

Na szczęście dzięki pomocy obu produkcji możemy z agentką dopasować wszystkie terminy tak, żeby nic ze sobą nie kolidowało. Uwielbiam oba plany zdjęciowe i cieszę się, że mam możliwość podróży między epokami (Śmiech.)

Wcielanie się w którą z tych postaci jest dla Ciebie większym wyzwaniem aktorskim?

Każda rola jest wyzwaniem i w każdą postać trzeba włożyć ogrom pracy i serca. Najwięcej dzieję się na planie serialu „Korona Królów”, ze względu na to, że gram tu główną rolę i do tego Królowej Polski. Ciężkie, epokowe suknie, sceny w języku litewskim, jazda konna, strzelanie z łuku, czy średniowieczne tańce to ciągłe wyzwania, z którymi dane jest mi się mierzyć. Za to w serialu „Na dobre i na złe” dzięki postaci rozwijanej w kierunku radiologii mam możliwość zapoznawania się z terminologią medyczną.

Jaka jest Twoja rola marzeń? Wielu aktorom marzy się iście czarny charakter do zagrania…

Oprócz wspomnianej postaci z okresu wojennego, chciałabym zagrać dla odmiany jakąś komediową postać. Zwariowaną, spontaniczną. Wulkan energii to zdecydowanie coś dla mnie.

Fot. Julita Pasikowska

Rozmawiała Mariola Morcinková

Dla SCI24.pl Ksenia Śliwa – Olza Music Show

Laureatką pierwszego miejsca trzeciej edycji wokalnego konkursu transgranicznego Olza Music Show w Czeskim Cieszynie została Ksenia Śliwa.

Tuż po odebraniu nagrody z rąk organizatorów, znalazła chwilę by podzielić się pierwszymi wrażeniami i udzielić krótkiego wywiadu specjalnie dla naszego portalu.

Poniżej do posłuchania piosenka „Wyśniłam sen”, która dla laureatki okazała się szczęśliwym utworem.

fot. Mariusz Pietrzak

(MM)

Michał Olszański: „Bliższe jest mi radio”

Z dziennikarzem radiowym i telewizyjnym, Panem Michałem Olszańskim rozmawiałam przed 12. Biegiem po Nowe Życie w Wiśle. O radio, telewizji oraz książce „Godzina prawdy”.

Jest Pan jednym z prowadzących program „Pytanie na śniadanie”, ale także dziennikarzem radiowy, od lat związanym z Trójką. Co jest Panu bliższe na ten moment – radio, czy telewizja?

Bliższe jest mi zdecydowanie radio. Zawsze to powtarzam, ponieważ czuję się przede wszystkim dziennikarzem radiowym. Takie były moje początki dziennikarstwa. Nie jestem z wykształcenia dziennikarzem, jestem po resocjalizacji, przez wiele lat pracowałem z młodzieżą. Później doszło do dużych zmian w moim życiu. Zaczęło się to od Radia Kolor, a później trafiłem do Radiowej Trójki. Telewizja to rodzaj atrakcyjnego dodatku. Poprzez „Magazyn Ekspresu Reporterów” i „Pytanie na śniadanie” jestem z telewizją związany od wielu lat. Mam nadzieję, że jeszcze trochę to potrwa.

Czym różni się dziennikarstwo radiowe od telewizyjnego?

Radio jest bardziej intymne. Daje poczucie bliższego kontaktu. Kiedy jestem na antenie mam świadomość, że moje słowa skierowane są do konkretnego odbiorcy. Telewizja to obraz, gest i mimika. Tu więcej rzeczy dziennikarz musi zaproponować, by program był atrakcyjny dla widza. Ja nie muszę się już z nikim ścigać, bo moje atuty polegają na doświadczeniu. Intymność, bliskość przekazu i magia radia to te rzeczy, które bardzo mi się podobają.

W Trójce prowadzi Pan cykl audycji „Godzina prawdy”. Proszę powiedzieć, skąd pomysł na taki tytuł? Moim zdaniem związany jest on ze szczerością, która jest nieodzownym elementem tego cyklu…

Tak. Zabawne jest, że ludzie bardzo często mówią, że program to „Godzina szczerości”. Mylą ten tytuł. Powstał on po konsultacjach z ówczesną dyrektor Trójki, Magdą Jethon. Kiedy starałem się o to, by mieć własną audycję, Magda zgodziła się. Zastanawialiśmy się nad tytułem. Z mojej strony pojawił się tytuł „Audiobiografia” na zasadzie biografii radiowej. Okazało się, że tytuł już gdzieś funkcjonuje, dlatego nazwaliśmy program „Godzina prawdy”.

Według jakiego klucza wybiera Pan gości do swojej audycji?

Musi być człowiek i jego historia. Nie robię publicystyki. Mnie interesuje klasyczna human story, czyli opowieść człowieka, który dokonał wyboru w swoim życiu, podjął decyzje i wyciąga wnioski. Siedzący tutaj Krzysztof Głąbowicz był gościem mojej audycji. Była to niezwykle interesująca rozmowa o jego wyborach i o tym, co zmieniło się w jego życiu w związku z niepełnosprawnością. Podstawowy klucz – dobra ludzka historia.

Audycje są bardzo życiowe, powiedziałabym – blisko ludzi. To moim zdaniem największa siła „Godziny prawdy”. A co dla Pana jest największą siłą w życiu? Emanuje Pan pozytywną energią…

Moją siłą jest to, że lubię ludzi i świat. Siłę czerpię z poukładanego życia. Nie ma we mnie zawiści. Siłą audycji według mnie jest to, że staram się w jakiś sposób dotrzeć do prawdziwej opowieści człowieka. Gość jest najważniejszy. Jest to dla mnie niezwykle istotne. Pamiętam o tym.

„Godzina prawdy” to nie tylko nazwa Pana programu dla Trójki, ale także książka, którą wydał Pan 17 sierpnia 2015 roku. Co było dla Pana najważniejsze podczas powstania tej książki?

Zabawna historia. Nie miałem wcale ochoty na wydanie książki, ale przekonał mnie do tego Marek Przybylik, który powiedział, że może wyjść z tego wartościowa sprawa. Oczywiście nic z tego nie wyszło finansowo, ale mam kilka egzemplarzy i rozdaję je wtedy, kiedy chcę kogoś nagrodzić. Mimo wszystko sprawiła mi dużo frajdy, składa się z 21 rozmów.

Która z rozmów z książki była dla Pana najważniejsza? Dlaczego?

Jest tam rozmowa z moim ojcem. Myślę, że bardzo dobra i ważna, a dodatkowo pokazuje moje korzenie. Usłyszałem kiedyś, że przyjdzie taki czas, że to ktoś ze mną zrobi „Godzinę prawdy”. (Śmiech.)

Czy jest szansa na kolejny tytuł w Pana dorobku?

Nie, ale rozmowy z chociażby ostatnich dwóch lat byłyby materiałem na książkę.

Gdyby nastąpiła taka konieczność, z czego byłoby Panu łatwiej zrezygnować, z pracy w radio, czy telewizji?

W TVP nie mogę stracić etatu, bo pracuję na umowie o dzieło.

Spotykamy się przy okazji 12. BPNZ w Wiśle. Jak dowiedział się Pan o całej inicjatywie?

Polecił mnie Krzysztof Głąbowicz. Dostałem propozycję, by włączyć się w prowadzenie imrezy. Pierwsza odbyła się na Agrykoli w Warszawie. Krzysztof ma w sobie niesamowitą energię, razem pracujemy od wielu lat, m.in w Krakowie oraz przy okazji Biegu po Nowe Życie. Kiedy on mówi, że warto w coś wejść, ja mu ufam.

Moim zdaniem udział osób publicznych w całym wydarzeniu bardzo pomaga w budowaniu świadomości, jak ważna jest transplantacja i transplantologia…

Najlepszym tego przykładem jest Przemek Saleta. Warto zwrócić uwagę na to, ile dobrych rzeczy wydarzyło się od momentu, w którym zdecydował się na bycie dawcą. To świetna sprawa. Przy okazji gali inaugurującej 12. Bieg po Nowe Życie profesor Andrzej Chmura mówił, że w chwili obecnej przeszczepów jest mniej, ale bądźmy dobrej myśli. Takie imprezy, które organizuje Arek Pilarz fantastycznie temu sprzyjają. Jego pomysł, by mieć przy sobie plastikowe karteczki z oświadczeniem woli jest świetny.

W jaki sposób przygotowywał się Pan do dzisiejszego startu? Bierze Pan udział w biegu, czy tylko jest prowadzącym?

Na samym końcu zakładam swoją koszulkę, biorę kijki i idę, bo sprawia mi to ogromną radość. Przygotowywałem się przede wszystkim mentalnie. Damy radę.

Rozmawiała Mariola Morcinková

 

Radio Zet w Istebnej: Wywiad z Marzeną Chełminiak

Marzena Chełminiak, prowadząca programu „Życie jak Marzenie” odkrywa Beskidzką Piątkę. Najpierw pojawiła się w Wiśle, a miniony weekend spędziła w Istebnej. Sobotnia i niedzielna audycja jej programu nadawana była ze Złotego Gronia.

Dziennikarka opowiedziała naszej redakcji o swojej audycji i jej największej sile. Wytłumaczyła, jaka jest różnica między Kwaśnicą, a Kapuśnicą oraz opowiedziała o miejscu, które z Beskidzkiej Piątki zrobiło na niej największe wrażenie do tej pory.

Dziękujemy Pani Marzenie Chełminiak za rozmowę. Uczymy się od najlepszych.

(MM)

[WYWIAD] „Posiadamy wspólny cel i wizję, każdy zna…

Całkiem niedawno publiczność cieszyńskiego Browaru miała przyjemność posłuchać zespołu Transgresja u siebie. Chłopaki grają mocną muzykę, która doskonale odzwierciedla ich energię i styl.

Mimo, że kapela jest młoda stażem, to ich kariera nabiera dużego rozpędu, chłopaki grają u boku sław gatunku na scenach w niemal całej Polsce. Są laureatami m.in. nagrody głównej łódzkiego New York Festiwal, gdzie zdobyli serca zarówno publiki, jak i jury festiwalu.

Zapraszamy do zapoznania się z naszym wywiadem. Dowiecie się z niego m.in. jak zaczęła się historia Transgresji, jak widzą siebie w najbliższej przyszłości i gdzie będzie można ich zobaczyć i posłuchać w najbliższym czacie.

Karolina Filarczyk

TRANSGRESJA

 Witamy zwycięzców New York Festiwal 2017/ 2018! Jak wrażenia po festiwalu?

Paweł Gładysz: Jesteśmy pod ogromnym wrażeniem atmosfery i organizacji festiwalu. Zaczynając od świetnego klimatu miejsca, przez wyjątkowe zespoły, a kończąc na merytorycznym jury.

Pochwalcie się, co przyniosła Wam wygrana w tym festiwalu.

Marcin Bula: Przede wszystkim to ogromne poczucie satysfakcji, że efekty naszej ciężkiej pracy zostały docenione przez jury. Uważamy, że poziom, zwłaszcza w finale, był bardzo wysoki, a walka zacięta. Wystarczy spojrzeć na dokonania kapel z samego podium. Na nas osobiście zrobiła wrażenie kapela Mexyk. Podsumowując: wygrana przyniosła nam ogromną radość z tego, że kolejny raz nasza twórczość budzi zainteresowanie.

SCI24.PL to młody portal, dlatego jesteśmy żądni wiedzy. Chcemy wiedzieć wszystko! Powiedzcie naszym czytelnikom, jak powstała TRANSGRESJA?

Paweł Gładysz: Wszystko zaczęło się w 2015 roku, kiedy ja i Komin (giatara) postanowili stworzyć zespół, w którym mogli by w pełni wyrazić siebie. Do składu szybko dołączył perkusista Bulion, a jakiś czas później, dzięki niemu, do Transgresji zawitał basista Mund. W zasadzie od początku między nami wytworzyła się między nami silna więź porozumienia, wspólna wizja i dlatego już po kilku miesiącach zaczęliśmy grać pierwsze koncerty. Wciąż jednak szukaliśmy czegoś – jakiejś dodatkowej warstwy – co dopełniłoby nasze brzmienie. Chcieliśmy przełamać kolejną -tym razem własną – granicę, dlatego pojawił się pomysł na elektronikę, która nada świeżego powiewu kompozycjom. Na portalu wykop.pl znaleźliśmy nagrania Wąskiego, a rozmawiając z nim okazało się, że mieszkamy na tym samym osiedlu!  Dopasowaliśmy się idealnie i od tego czasu, w piątkę, koncentrujemy się, by jak najlepiej robić to co kochamy.

Co oznacza wasza nazwa? 

Mateusz Kołodziejczyk: Najprościej ujmując, termin transgresja oznacza przekroczenie barier, kanonów i utartych schematów. Transgresją jest dla nas muzyka, gdzie każdy z nas postanawia przekroczyć bezpieczny próg i uzewnętrznić się na tyle by było to autentyczne i szokujące: od warstwy muzycznej – łącząc różne gatunki, po teksty, które poruszają trudne i niewygodne tematy.



Miałam przyjemność oglądać Was podczas New York Festiwal. Nie ukrywam, że wasz “look” trudno jest wymazać z pamięci. (śmiech) Chwilami miałam wrażenie, że nie ma na scenie was, tylko jakieś zombie. A potem, kiedy makeup spadał, to tak, jakby kawałki ciała odrywały się od szkieletu … To było zamierzone, czy wyszło przez przypadek? Kto wpadł na pomysł takiej stylizacji? 

Tomasz Wącirz: Pomysł narodził się podczas sesji zdjęciowej, podczas której próbowaliśmy różnych koncepcji stylizacji. Jedną z nich były zdjęcia przy użyciu lamp UV i farb fluorescencyjnych. Efekt był na tyle niepokojący i wpasowujący się w atmosferę naszej muzyki, że postanowiliśmy go wykorzystać na scenie. Podczas koncertu, gdy niesie nas energia, farba fragmentami odpada co powoduje, że wizerunek nie jest nudny i przyciąga tworząc efekt „powolnego rozkładu”.

Muzyka, którą gracie, nie jest lekka, łatwa i przyjemna. Zapewne zdajecie sobie sprawę, że komercyjne radia nie zagrają waszych piosenek. Jaki jest zatem plan na promocję?

Rajmund Borek: Zdajemy sobie sprawę że nasz muzyka niekoniecznie będzie chętnie grana w rozgłośniach, gdzie puszczany jest pop. Ale rock i alternatywa broni się w naszym kraju i jest parę rozgłośni radiowych, które promują taką muzykę.

Właśnie… muzyka, którą gracie… Pytanie, którego nie lubię, ale zadaję, bo wypada… 🙂 Jaką muzykę prezentuje TRANSGRESJA?

Rajmund Borek: Nasza muzyka jest wypadkową wielu gatunków dlatego nazywamy to alternatywnym rockiem/metalem. Jest w jakimś sensie konglomeratem wszystkiego na czym się wychowaliśmy i czego obecnie słuchamy, przemielonym przez naszą wrażliwość i nasze wnętrze.

A czego słuchacie prywatnie?

Paweł Gładysz: Każdy z nas mógłby wymienić masę różnych, skrajnie gatunkowo zespołów. Słuchamy wszystkiego tego, co osobiście uważamy za dobre: Puscifer, A Perfect Circle, Muse, Prodigy, Hed (Pe), In flames, Slipknot, Igorrr, Tool, NIN… moglibyśmy tak wymieniać w nieskończoność.

Już wiadomo, kiedy ukaże się wasz debiutancki krążek?

Tomasz Wącirz: Wstępnie planujemy wydać nasz pierwszy album jesienią. Obecnie ciężko nad nim pracujemy, żeby był wyjątkowy i godny zapamiętania.

Będzie to całkiem nowy materiał, czy materiał z EPki plus jakieś nowości

Mateusz Kołodziejczyk: Pracujemy nad materiałem nieustannie, więc mamy już w zanadrzu dużo totalnie nowego i świeżego materiału. Na tym etapie jednak jest za wcześnie, by wyrokować, co znajdzie się na płycie.

Kto u was pisze teksty, a kto muzykę?

Paweł Gładysz: Teksty piszę sam czerpiąc inspiracje z życiowych doświadczeń. Teksty zawsze są nacechowane silnym ładunkiem emocjonalnym, by dobrze korespondowały z warstwą muzyczną. Jeżeli chodzi o muzykę, zarysy i szkielety przynosi często Komin z mocnym zaangażowaniem Munda, po czym wszystko łączy się na próba, gdzie każdy dokłada swoją cześć.

Gdyby ktoś dwa lata temu powiedział wam, że niedługo będziecie mieli swój album, uwierzylibyście mu?

Marcin Bula: Tworząc Transgresje zawsze traktowaliśmy to jako maraton, długą i ciężką pracę by dotrzeć do odbiorców, ale trudno ukryć, że pewne plany i zamierzenia snuje się już od początku. Dwa lata temu zastanawialiśmy się nad albumem studyjnym, ale chcieliśmy by był poprzedzony Epką, dzięki której ludzie by mogli nas poznać.

A co, w przypadku, kiedy z muzyką wam się nie uda… macie jakiś PLAN B?

Rajmund Borek: Zawsze będziemy związani z muzyką – mamy to już we krwi. Na razie żaden z nas nie utrzymuje się z grania, każdy jest aktywny zawodowo.



Paweł, na twoich barkach spoczywa nie lada odpowiedzialność… Musisz wyglądać, śpiewać i do tego jeszcze opędzać się od fanek. Jak sobie dajesz radę? (śmiech)

Paweł Gładysz: Bycie twarzą zespołu jest ogromną odpowiedzialnością, ale chłopaki mają do mnie ogromne zaufanie tak samo jak i ja do nich. Posiadamy wspólny cel i wizję, każdy zna swoje miejsce i czujemy się w tym dobrze. Gdyby mnie to przerastało nie byłbym frontmanem. Co do fanek i fanów – zawsze odnoszę się z życzliwością, ale cenie sobie też życie rodzinne, na które i tak mam bardzo mało czasu.

Jesteście muzykami z wykształcenia, czy bardziej z zamiłowania?

Rajmund Borek: Jesteśmy zdecydowanie muzykami z zamiłowania. Jedyną osobą w zespole która posiada wykształcenie muzyczne jest Wąski, nasz klawiszowiec.

TRANSGRESJA, to jest wasz pierwszy zespół? Czy każdy z was ma na sumieniu jakieś inne kapele?

Tomasz Wącirz: Każdy z nas już wcześniej grał w różnych undergroundowych projektach, więc tworząc Transgresje wiedzieliśmy wszyscy czego chcemy.

To, że macie w planach wydać album, już wiemy, a jakie są wasze bardziej bieżące wyzwania? Koncerty, intensywne prace w studiu, czy może od razu idziecie na całość i będziecie robić sesję dla “Pani Domu”? (śmiech)

Tomasz Wącirz: Pisma „kolorowe” oczywiście są na naszej liście zadań, ale obecnie skupiamy się na robieniu materiału na album. W międzyczasie nie chcemy naszych fanów zaniedbywać, więc szykuje się po drodze sporo koncertów.

Jakiś czas temu odwiedziliście nasze rejony. Graliście koncert w Cieszynie. Wrócicie jeszcze do nas?

Rajmund Borek: Koncert w Browarze Cieszyńskim był FENOMENALNY. Publika, która tam była dokładnie wiedziała co trzeba robić pod sceną. Po wydaniu płyty Browar Cieszyński na pewno znajdzie się na naszej liście miejsc do odwiedzenia.

Gdzie będzie można was posłuchać i pooglądać w najbliższym czasie?

Paweł Gładysz: W najbliższym czasie wystąpimy 14.04 w Krakowie jako support Kabanosa i Łydki Grubasa w Klubie Kwadrat, 13 kwietnia gramy z Braćmi Figo Fagot w tyskim klubie Underground. Czeka nas również półfinał Emergenzy 21.04 w Klubie Zaścianek w Krakowie. Wszystkie szczegóły wydarzeń znajdują się na naszym FB i gorąco zachęcamy do śledzenia nas i wzięcia udziału w tych wydarzeniach.

Pozdrawiamy,
Transgresja


Zespół występuje w składzie: 

Paweł Gładysz „Gładky”: wokal
Mateusz Kołodziejczyk „Komin”: gitara
Marcin Bula „Bulion”: perkusja
Rajmund Borek „Mund”: bas
Tomasz Wącirz „Wąski”: klawisze\synth&sample


Transgresja na Facebook: https://facebook.com/transgresja

„Nasza muzyka jest od początku do końca cholernie…

Vlad in Tears, to zespół rodem ze słonczej Italii, który wie, jak zagrać mocną nutę. Już 14 kwietnia w klubie Voodoo w Warszawie zagrają w Polsce koncert w ramach swojej europejskiej trasy koncertowej. Przy okazji tego wydarzenia, naszej redakcji udało się zamienić kilka słów z Krisem Vladem, wokalistą i frontmanem zespołu Vlad in Tears.

Z zapisu naszej rozmowy dowiecie się m.in. jak zaczęła się historia zespołu, jakie mają plany na najbliższa przyszłość i z czym przede wszystkim kojarzy im się „Polska”.

Kris Vlad – Vlad in Tears


Vlad in Tears

Vlad… nie wiedzieć czemu, kojarzy mi się z wampirem… Vlad Palownik – tak chyba na prawdę nazywał się Drakula (śmiech). Vlad, to wasze prawdziwe nazwisko, czy raczej pseudonim artystyczny?

Nie, to oczywiście nasza rodzinna spuścizna pochodzimy z tej samej rodziny

Opowiedzcie nam, jak powstał wasz zespół? Z tego co wiemy, wasza kapela to tzw. “rodzinny biznes”.

Zaczęliśmy 10 lat temu, ponieważ nasz wokalista Kris Vlad chciał czegoś wyjątkowego lub dlatego, że był naprawdę znudzony na śmierć,. W tej chwili  jest nas pięciu w zespole, a trzech z nas to rzeczywiście  prawdziwi bracia.

Pytanie z gatunku koniecznych: jaką muzykę gra zespół Vlad In Tears?

Korzenie naszej muzyki sięgają oczywiście rocka, dodajmy rocka bardzo ekspresyjnego i silnego ale także z ogromną domieszką tajemniczości

Gracie mocną muzykę – nie każdy ją lubi. Nie baliście się, że wasz projekt nie “zaskoczy”?

Nasza muzyka jest od początku do końca cholernie szczera, nie udajemy, zawsze gramy na sto procent swoich możliwości, ale też nie oczekujemy, ze wszyscy nas polubią.

Jak to się stało, że przyjechałeś z Włoch i piszesz o „berlińskim zespole”? Twoja ojczyzna cię nie interesowała?

Wiesz, to nie tak. Zostaliśmy zaadoptowani przez Niemców, naszymi największymi fanami są Niemcy, nawet jeśli uwielbiamy uważać się za obywateli świata. Nasze korzenie to oczywiście Włochy i nie zaprzeczamy tego faktu, że po prostu jesteśmy obywatelami świata. Teraz nasz dom jest w Berlinie.

Twój drapieżny wizerunek jest stylem bycia, a raczej koniecznością wynikającą z gatunku muzycznego, który uprawiasz? Jakiej muzyki słuchasz prywatnie?

Wyglądamy tak, jak jesteśmy naprawdę, w ogóle nie udajemy nikogo innego.
Słuchamy bardzo dużo różnej muzyki, naprawdę, staramy się docierać do nowych trendów i nie mamy oporów by je adoptować do swoich pomysłów. Dlaczego? Uważamy, że dobra muzyka jest po prostu dobra i to jest to.

Które zespoły są dla Ciebie największą inspiracją?

Cóż, myślimy, że HIM,  Manson, Sister of Mercy 69 Eyes Queen i cała scena z lat 80., ale także lubimy grać muzykę z lat 60 i 70 s, szczególnie gdy gramy na żywo.

Na rynku istniejecie już jakiś czas, ale do Polski przejeżdżacie po raz pierwszy. Trema jest?

Graliśmy już w Polsce, gdy byliśmy w trasie z 69 Eyes i był to niewiarygodny czas. Coś do zapamiętania i wierzymy również, że Est UE jest przyszłością sceny rockowej.

Jakie są twoje skojarzenia, gdy słyszysz nazwę „Polska”?

Wódka, dobre wibracje, dobrzy ludzie i mnóstwo historii.


Znalezione obrazy dla zapytania vlad in tears


Macie czas na zwiedzanie między koncertami?

Ahahahahah dobre pytanie: niestety NIE, smutne to, ale taka jest prawda. Zwykle tuż po koncercie pakowanie i rano wyjazd w inne miejsce.

Przed wami trasa koncertowa, a co potem? Urlop, nowa płyta?

Pracujemy w zasadzie cały czas, wymyślamy nowe kompozycje i już pracujemy nad naszym kolejnym albumem, właściwie produkujemy nasze albumy w Rumunii. Podoba nam się tam bardzo…

Wasza pozycja na rynku jest coraz silniejsza. Co byś poradził wszystkim nowym – młodym zespołom, które tylko marzą, aby podbić świat swoją muzyką?

Miej duże marzenia i  nie wierz w żadną bajkę, która mówi ci, że nie możesz zrobić czegoś szczególnego w swoim życiu.

Bardzo dziękuje za rozmowę.

Karolina Filarczyk


Zespół tworzą Kris Vlad (vocal), Dario Vlad (Bass), Giovanni De Benedetto (Guitar), Cosmo Cadar (Drums).

 

Mirosław Jękot: „Dubbing to magia pracy z mikrofonem”

O graniu w Polsce i za granicą, magii dubbingu, ale także o pasji do gór i paralotniarstwa rozmawiam z aktorem, Panem Mirosławem Jękotem.

Zacznijmy od tego, że nie gra Pan tylko w języku polskim, ale również po angielsku, niemiecku i rosyjsku…

Miałem kilka propozycji zawodowych z zagranicy. W produkcjach zagranicznych są to zawsze role obcokrajowców. Kiedyś grałem w języku francuskim, którego kompletnie nie znam. Była to praca w Teatrze, więc miałem dużo czasu, na przygotowania. Kiedy zajdzie taka potrzeba, aktor zagra nawet po chińsku. (Śmiech.)

Znajduje Pan coś takiego, czym różni się rynek polski od zagranicznego?

Różnic jest wiele. Inny jest sposób pracy na planie, inne są zasady współpracy. To bardzo ciekawe doświadczenie. Cały czas możemy próbować czegoś nowego.

Za granicą filmy realizowane są z większym rozmachem i bardziej prężnie, niż w Polsce. Zgadza się Pan z tym stwierdzeniem?

Wszystko zależy od wymiaru danej produkcji. Trudno to porównywać.

Czuje się Pan lepiej grając w Polsce, czy w projektach zagranicznych? Czy nie ma to dla Pana większego znaczenia, a liczy się przede wszystkim efekt końcowy?

Każdy projekt to nowa przygoda, ale również stres.

Czy logistycznie trudno jest pogodzić pracę nad polskimi i zagranicznymi projektami? Czy obecnie pracuje Pan nad czymś poza Polską?

Nie musiałem godzić pracy nad polskimi, a zagranicznymi projektami, ponieważ propozycje, które dostawałem nigdy się nie nakładały, ale pojawiały się stopniowo. Obecnie pracuję w polskich produkcjach.

Skupmy się jednak na projektach, nad którymi obecnie pracuje Pan w Polsce. Tu nie sposób pominąć serialu, który spośród wszystkich propozycji TVP wywołuje największe emocje. Mowa oczywiście o „Koronie Królów”. W jakiej roli będzie można Pana zobaczyć?

Można powiedzieć, że bohater w którego się wcielam nosi znamiona czarnego charakteru. To Niemsta kuchmistrz królewski, który pojawi się w jesiennych odcinkach serialu. Cieszę się, że zostałem obsadzony w tej roli, bo prywatnie lubię gotować. Może się czegoś nauczę. (Śmiech.)

Czy bardziej lubi Pan wcielać się w czarne charaktery i uważa, że są one większym wyzwaniem aktorskim?

Wydaje mi się, że większość aktorów lubi wcielać się w czarne charaktery, aczkolwiek przychylność widzów zyskują pozytywne postaci. Ludzie je kochają. Jednak zastanawiając się nad tym przez pryzmat pracy nad rolą, ciekawsze są czarne charaktery.

Zdjęcia trwają. Czy zanim trafił Pan do serialu, zdarzało się Panu go oglądać?

Tak. Do serialu wchodziłem w trakcie, miałem więc świadomość, na co się piszę.

Uważa Pan, że może serial pełnić też rolę edukacyjną i udowodnić, że historia jest ciekawa?

Trudno wypowiadać mi się na ten temat. Ma za zadanie przybliżyć historię, ale na pewno nie jest serialem historycznym, czy dokumentalnym. Mój bohater jest postacią fikcyjną, a tych w serialu pojawia się dużo.

Uważa Pan, że wcielanie się w postacie historyczne jest najbardziej wymagającym zadaniem dla aktorów?

Wcielanie się w postać tego rodzaju wymaga dużych przygotowań, zgłębiania historii i zachowań postaci. Ich kreowanie jest tu oparte na wiedzy historycznej oraz naszych wyobrażeniach. Pojawia się tu interpretacja reżyserów i i aktorów, zbudowana w dużym stopniu na domysłach.

Przejdźmy o krok dalej i zatrzymajmy się przy filmie Konrada Niewolskiego – „Labirynt świadomości”. Premiera odbyła się w listopadzie ubiegłego roku. Jak wspomina Pan współpracę z Niewolskim?

Tu też zagrałem w języku niemieckim dość negatywną postać. To bardzo wymagający reżyser, ale współpraca z nim jest bardzo satysfakcjonująca. Daje aktorowi możliwość własnej wizji postaci. Niczego nie narzuca. To kompromis między reżyserem i aktorem.

Co opowiedziałby Pan o filmie od kulis?

To film dla koneserów. Spotyka się z bardzo różnymi opiniami. Od fascynacji, po krytykę. To film, który może być dla niektórych trudny w odbiorze, ale ja lubię takie projekty. Otacza nas przewidywalna rzeczywistość, więc chyba dobrze czasem wziąć udział w czymś, co nie jest do końca oczywiste.

Lubi Pan siebie oglądać na ekranie, czy raczej wtedy wyszukuje coś, co mógłby poprawić?

Nie lubię siebie oglądać. Za każdym razem widzę masę rzeczy, które można byłoby poprawić albo zrobić zupełnie inaczej. To chyba normalne, że aktorzy są tak krytyczni wobec siebie.

Przejdźmy do dubbingu, jest Pan w nim bardzo aktywny, choćby za sprawą bajki “Bob Budowniczy”, w którym Pana głosem do najmłodszej publiczności przemawia Dźwig. Ta przygoda trwa już 18 lat! Czy rola dubbingowa może się znudzić, czy sprawdza się to tylko w kwestii ról telewizyjnych?

Nie. To absolutna magia pracy z mikrofonem, tekstem i obrazem, który mamy przed sobą. Dialoguje się z postaciami, których nie ma fizycznie. To twórcza przygoda, która polega na późniejszym oglądaniu efektów naszej pracy przez dzieci. Mają one z tego niesamowitą radość i przeżywają emocje naszych postaci. Bardzo lubię tę pracę, ponieważ jest kameralna.

Co jest dla Pana w dubbingu najważniejsze?

Najważniejsza jest umiejętność wczucia się w postać. Ważne jest również, by obrazkom dać duszę. Dubbing trzeba ożywić, uczłowieczyć.

Spotkaliśmy się w Cieszynie. Przed rozmową zdradził Pan, że bardzo lubi Pan tu wracać. Dlaczego? Co najbardziej podoba się Panu w tutejszej okolicy? Z tego, co wiem, przy okazji wizyt w Cieszynie lubi Pan także przejść się na czeską stronę. Co najbardziej podoba się Panu w czeskiej kulturze?

Lubię kino czeskie na czele z Miloszem Formanem oraz poczucie humoru Czechów na własny temat.

Jakie są trzy rzeczy, z którymi kojarzą się Panu Czechy?

Cisza, małe urocze miasteczka i piękne pejzaże.

Jako, iż zdradził Pan, że lubi gotować, ma Pan ulubione danie z czeskiej kuchni? Jakie?

Są to pewnie słynne knedliczki z gulaszem.

Kolejne Pana pasje to wędkarstwo, góry, a nawet…paralotniarstwo. Czy za sprawą tego ostatniego można postrzegać Pana jako miłośnika sportów ekstremalnych?

Nie nazwałbym tego aż tak. W górach i powietrzu jest przestrzeń, którą bardzo lubię. Nie znoszę ciasnoty.

Najbliższe plany zawodowe.

Mają to do siebie, że pojawiają się nagle, a te, które miały wypalić, nie wypalają. Mówię o nich wtedy, kiedy jestem już jedną nogą na planie.

Fot. z archiwum prywatnego Mirosława Jękota

Rozmawiała Mariola Morcinková