Anna Gzyra „Podróż marzeń jest jeszcze przede mną“

Anna Gzyra, aktorka, miłośniczka zdrowego stylu życia, biegania i podróży. Do Jastrzębia – Zdroju przyjechała ze spektaklem „MayDay2“, o którym także rozmawiamy. To moja druga rozmowa z nią.

Pani Aniu, spotykamy się przed spektaklem „MayDay 2“ w Jastrzębiu – Zdroju. Jak opisałaby Pani swoją postać?

-To kobieta – wulkan. Ma w sobie całą masę dobrej energii. Do wielu rzeczy podchodzi z dystansem, lubi dobrze się bawić i jest zadowolona, kiedy dużo się dzieje.

Wasz spektakl odnosi ogromny sukces. Co Pani zdaniem sprawia, że widownia za każdym razem wypełniona jest po brzegi?

-Wiele rzeczy składa się na ten sukces. Obsada, ale także świetny scenariusz. I tekst MayDay 2, który jest wspaniały. To świetna farsa.

Prawdą jest, że spektakle komediowe cieszą się największym powodzeniem i zainteresowaniem wśród widzów?

-W dzisiejszych czasach to dość częste. Ludzie chcą oderwać się od rzeczywistości, od codziennych problemów. A śmiech jest najlepszym lekarstwem.

W jakich jednak rolach Pani najlepiej się czuje? Komediowych, czy dramatycznych?

-Role komediowe, wbrew pozorom, wcale nie są prostsze do zagrania. Jeśli chodzi o role dramatyczne, trudnością może być dla aktora to, że nie jest łatwo z nich „wyjść“. Uważam więc, że najlepszy jest złoty środek.

Uważa Pani, że częścią składową wiarygodnego odgrywania swojej postaci jest jej polubienie oraz zaakceptowanie wszystkich jej zachowań? Lubi Pani wszystkie swoje postaci?

-Nie wiem, czy lubię wszystkie swoje postaci, ale na pewno próbuję je zrozumieć. To podstawa, by wiarygodnie postać kreować i być przekaźnikiem dla widza.

Jedną z postaci, w którą się Pani wciela, jest Tola w serialu „Pierwsza miłość“. To postać „z rysą“. Czy taką rolę można polubić?

-Tak. To rola, która jest potrzebna naszemu serialowi, ale przecież tacy ludzie też istnieją. Oczywiście, w „PM“ są role, które odgrywa się na pewno przyjemniej, ale od strony aktorskiej moja postać jest bardzo interesująca.

To ewidentnie czarny charakter. Czy ta rola jest dla Pani wyzwaniem?

-Oczywiście. Miałam dużo trudnych scen, które były bardzo ciekawym doświadczeniem.

Właśnie kilka dni temu został wyemitowany 2. 500 odcinek serialu. W czym, Pani zdaniem tkwi jego sukces, że jest tak lubiany przez widzów?

-To życiowy serial, z dynamicznymi wątkami.

Czy częścią składową tego sukcesu można nazwać m.in to, że toczy się u Was wiele zaskakujących wątków i trzymających w napięciu relacji?

-Dokładnie tak.

Może Pani ma ulubiony wątek w „PM“? Zdarza się Pani oglądać serial?

-Oglądam serial, ale skupiam się wtedy przede wszystkim na swoim wątku.

Jeśli chodzi o oglądanie siebie na ekranie, lubi Pani oceniać efekty swojej pracy? Patrzy Pani wtedy na swoją postać łaskawym, czy raczej krytycznym okiem?

-Zdecydowanie patrzę na siebie krytycznym okiem. Szukam, co można byłoby zrobić lepiej i zawsze coś znajduję.

Rozmawiamy o spektaklu i serialu „Pierwsza miłość“, ale warto też moim zdaniem porozmawiać o Pani pasjach. Jest Pani osobą bardzo wysportowaną, bardzo często Pani biega. Co daje Pani aktywność fizyczna? Czy bieganie jest dla Pani także sposobem na relaks?

-Bieganie jest dla mnie sposobem na relaks i chwilą tylko dla siebie. Jestem ambasadorką cyklu biegów City Trail. Moi trenerzy, Piotr i Justyna, na bieżąco układają mi plan treningowy, którego muszę się trzymać. Za każdym razem muszę się mocno spocić. To bieganie nakierowane na wysiłek, ale uwielbiam to!

W roku 2016 wzięła Pani udział w sportowej akcji charytatywnej „Bieg po Nowe Życie“ w Wiśle. Czy uczestniczy Pani również w innych sportowych imprezach charytatywnych?

-Oczywiście. Ostatnio wspierałam akcję w ramach Światowego Dnia Walki z Nadciśnieniem Płucnym. Jeśli tylko mogę wspierać jakąś charytatywną inicjatywę, zawsze to robię. W momencie gdy aktywność dobroczynna połączona jest ze sportem – wtedy jest to idealne połączenie dla mne.

Jakie sporty, oprócz biegania Pani jeszcze uprawia?

-Pływam i tańczę.

Warto wspomnieć też o Pani drugiej pasji – podróżach. Jakie miejsce zachwyciło Panią ostatnio?

-Właśnie wróciłam z majówki, którą spędziłam w Hiszpanii. Było wspaniale, podróżowaliśmy z naszymi przyjaciółmi, wynajęliśmy sobie domek nad brzegiem morza. Było bardzo przyjemnie i relaksująco.

Czy ma Pani coś takiego, co można określić mianem podróży marzeń?

-Podróż marzeń jest jeszcze przede mną. Jest mnóstwo miejsc, do których chciałabym pojechać. Na pewno chciałabym odwiedzić Hawaje i Chiny, choć są to zupełnie różne destynacje.

Fot. BlogStar

Rozmawiała Mariola Morcinková

Ireneusz Czop: „Mundur mnie lubi“

Z Ireneuszem Czopem spotkałam się w ramach 19. Przeglądu Filmowego Kino na Granicy/Kino na  Hranici w Cieszynie. Rozmawialiśmy po przedpremierowej projekcji filmu „Miłość w mieście ogrodów“, gdzie aktor wciela się w rolę główną. To nasza druga rozmowa. 

Pierwszy raz rozmawialiśmy w 2013 roku, więc minęło od tego momentu sporo czasu. W Pana życiu zawodowym działo się bardzo wiele. Czy w kilku słowach mógłby Pan opowiedzieć o największych, bądź najważniejszych zmianach, które nastąpiły u Pana w tym czasie?

-Każdy rok przynosił nowe wyzwania. Na małym i dużym ekranie pojawiłem się wiele razy. W niektórych serialach występuję od kilku sezonów. W tym czasie pojawiły się również propozycje, które były bardzo ciekawe.

Mam wrażenie, że dalej nie przekonała Pana tzw.  „moc portali społecznościowych“. Na próżno było mi szukać Pana fanpage na Facebooku, profilu na Instagramie lub Twitterze. Nie wierzy Pan w siłę internetu?

-(Śmiech.) Wierzę w siłę internetu, ale to miecz obosieczny. Prywatność jest ważniejsza niż wirtualne istnienie. Ale jeśli już jest się w sieci, trzeba to traktować  poważnie i porządnie. To zabiera  sporo czasu, którego ciągle mi brak.

Chciałabym jednak przejść do ról telewizyjnych. Nie sposób tu pominąć „Komisarza Aleksa“ i Pana postać Rysia Puchały. Wciela się Pan w swojego bohatera już 7 lat, to szmat czasu. Co trzeba robić, by przez tak długi czas postać nie znudziła się ani widzom, ani Panu?

-(Śmiech.) Nie można się nudzić. Trzeba ustawiać sobie poprzeczkę, która pozwoli zaskakiwać siebie i widza. To postać, którą ludzie polubili. Nie wiem dlaczego, bo to przecież nie James Bond. (Śmiech.) Puchała jest raczej pantoflarzem, który łapie łobuzów. Cieszę się, że również ta postać, wybrana z mojej palety zawodowej, podoba się widzom.

Czy jeśli stwierdzę, że Puchała jest postacią, z którą jest Pan najczęściej kojarzony przez widzów, to się nie pomylę?

-Z tym bywa różnie. Miałem poczucie, że dziewięć sezonów „Komisarza Aleksa“, które zostały nakręcone, daje przewagę nad innymi rolami, ale okazuje się, że ludzie dzielą się na widzów różnych stacji i gatunków, a co za tym idzie, każdy z sympatyków kojarzy mnie z czymś innym. Tak samo jest mi miło kiedy ktoś gratuluje mi roli telewizyjnej, czy teatralnej. Zgodzę się jednak z tym, że ostatnio najczęściej jestem łączony z Puchałą. To sprawdza się zwłaszcza u młodych widzów. 

Jednak jeśli chodzi o obserwowanie Pana ról na przestrzeni lat, zauważyłam pewną prawidłowość. Otóż, bardzo często jest Pan obsadzany w rolach mundurowych – policjanci, lekarze. Można nazwać to działaniem zamierzonym, czy raczej zbiegiem okoliczności?

-Mundur mnie lubi. Widocznie twarz mi tężeje. (Śmiech.) Osoby, z którymi pracuję uważają, że mógłbym nosić mundur, kitel, czy habit. Myślę, że w  pewnym wieku postać dostaje kolorytu przez to, że wykonuje określony zawód przez wiele lat. Dorosłem do takich ról. 

Role osób duchownych też nie są Panu obce. W spektaklu telewizyjnym „Totus Tuus“ został Pan obsadzony w roli Świętego Jana Pawła II.   Papież Polak to ikona polskiej historii.  Jak wyglądały przygotowania do roli? Odczuwał Pan presję, związaną z powagą osobowości, w którą miał się Pan wcielić?

-Oczywiście, że tak. Jest parę postaci, z którymi aktor chętnie zmierzyłby się.

Historia w roli głównej z Karolem Wojtyłą to spektakl, który skupia się na okresie jego pontyfikatu, w którym został postrzelony. Rola dała mi szansę być bliżej niego, bliżej jego światopoglądów,  wiary. Spektakl „Totus Tuus“ był dla mnie piękną prywatną podróżą.

Kolejną postacią duchowną, w którą Pan się wcielił, jest ksiądz, który pada ofiarą bestialskiego mordu. Mowa oczywiście o filmie „Wołyń“. Wojciech Smarzowski to reżyser ogromnego formatu. Jak trafił Pan do jego ekipy?

– Wojtek Smarzowski ma grupę sprawdzonych ludzi, z którymi pracuje. Niezmiernie mi miło, że to zapraszanie do współpracy również mnie dotyczy. 

W Cieszynie pojawia się Pan z okazji 19. Przeglądu Filmowego Kino na Granicy. Nie jest to ani Pana pierwsza wizyta w tym mieście, ani pierwsza wizyta na Festiwalu. Z tego, co wiem, na KNG pojawił się Pan również w roku 2013.  Jaki jest Pana stosunek do tego typu imprez? 

-Bardzo lubię ten festiwal. W Cieszynie panuje sympatyczna, ciepła, rodzinna atmosfera. Na Festiwalu nie ma napięcia, które towarzyszy na ściankach i czerwonych dywanach. Tu można pięknie rozmawiać i to nie tylko o kinie. 

W tym roku na KNG zosały wyświetlowne aż cztery filmy z Pana udziałem. Chciałabym się jednak zatrzymać przy filmach „Konwój“ i  „Miłość w mieście ogrodów“. W pierwszym wciela się Pan w rolę  Kulesza „Nauczyciel“, a w  drugim występuje Pan jako Michał. Rola w którym z tych filmów była dla Pana bardziej wymagająca?

-Nie powiem, która rola była bardziej wymagająca. Filmy dotyczą różnych przestrzeni życia ludzkiego, są więc przy nich używane inne narzędzia artystyczne. Bardzo trudno porównać te postaci. W filmie „Konwój“ to mężczyzna oskarżony i osądzony, ale powstaje pytanie o granicę kary. Natomiast „Miłość w mieście ogrodów“ to powieść wewnętrzna, historia o zdradzie,  z początkiem dramatycznych zmian. Nie umiem określić, która rola jest trudniejsza. Uważam, że obie mnie dopełniają. 

Naszym głównym tematem jest Festiwal KNG, więc nasuwa mi się oczywiste pytanie. Jakie filmy najbardziej lubi Pan oglądać z perspektywy widza?

-(Śmiech.) To zależy od tego, z kim te filmy oglądam. Lubię oglądać takie, które mnie inspirują. 

Czy wśród filmów prezentowanych na Festiwalu wybrał Pan pozycje, które zechce zobaczyć?

-Na pewno znajdę coś dla siebie. 

Znajdzie Pan również czas, by zwiedzić miasto? 

-Mam nadzieję, że tak. Chciałbym również przejść się na czeską stronę. 

Pytanie na koniec. Bardzo ciekawi mnie tu Pana odpowiedź. Lubi Pan oglądać siebie na ekranie, czy jednak tak, jak wielu aktorów, doszukuje się Pan wtedy czegoś, co mógłby poprawić, zagrać lepiej?

– Staram się patrzeć na siebie jak na kogoś zupełnie innego. 

Fot. I.Czopa

Rozmawiała Mariola Morcinková

Mateusz Rzeźniczak: „Nie mam konkretnego hobby“

Przy okazji 19. Przeglądu Filmowego Kino na Granicy/ Kino na Hranici miałam przyjemność rozmawiać z aktorem młodego pokolenia, Mateuszem Rzeźniczakiem, który wspominał współpracę z Andrzejem Wajdą na planie filmu „Powidoki“.

W Cieszynie pojawia się Pan z okazji 19. Przeglądu Filmowego Kino na Granicy. To Pana druga wizyta na tym Festiwalu. Jaki jest Pana stosunek do tego typu imprez?

-Bardzo lubię festiwale filmowe, ponieważ jest to dla mnie idealny pretekst do nadrobienia filmowych zaległości, dodatkowo mamy szansę zobaczyć w kinie filmy, których dzisiaj nie ma w repertuarach.

Co, według Pana uznania, dla uczestników Kina na Granicy, jest najważniejsze?

-Moim zdaniem bardzo ważne jest to, że to przegląd filmów, a nie konkurs. Ten fakt ma bardzo dobry wpływ na atmosferę całego przedsięwzięcia.

Właśnie skończyła się projekcja filmu „Powidoki“ z Pana udziałem. To ostatni film, którego reżyserem był Pan Andrzej Wajda. Czy możliwość pracy z nim, była dla Pana szczególnym wyróżnieniem?

-Oczywiście. Andrzej Wajda jest mistrzem dla wielu z nas. Praca z nim była dla mnie ogromnym wyróżnieniem. Szczególnie, że była to niestety ostatnia szansa pracy z panem Andrzejem.

Jak wspomina Pan współpracę z Andrzejem Wajdą?

-Był wyjątkową osobą. Do każdego odnosił się z szacunkiem, był osobą bardzo miłą i kreatywną. Ogromnie był zaangażowany w to, co robił.

Film opowiada o wybitnym polskim malarzu, Władysławie Strzemińskim. Uważa Pan, że film jest przybliżeniem Jego osoby i twórczości?

-Jego twórczość w filmie nie jest pominięta, ale tu chodzi przede wszystkim o to, by pokazać, bohatera, który walczy z systemem w którym się znalazł.

Z jakimi opiniami na temat filmu „Powidoki“ Pan się spotkał?

-Jak to w sztuce opinie były pozytywne i negatywne. Wszystko jest kwestią gustu.

Naszym głównym tematem jest Festiwal KNG, więc nasuwa mi się oczywiste pytanie. Jakie filmy najbardziej lubi Pan oglądać z perspektywy widza?

-Na festiwalach nie ograniczam się do konkretnych gatunków.

Czy wśród filmów prezentowanych na Festiwalu wybrał Pan pozycje, które zechce zobaczyć?

-Widziałem m.in dokument Anny Zameckiej „Komunia“ i film w reżyserii Andrzeja Wajdy, „Smuga Cienia“.

Który z tych filmów zrobił na Panu największe wrażenie?

-Zdecydowanie film „Komunia“.

Znalazł Pan również czas, by zwiedzić miasto?

-Raczej spaceruję, Cieszyn jest przepięknym miastem, niestety jeszcze jeszcze nie znalazłem chwili by dokładnie zaznajomić się z jego historią oraz atrakcjami turystycznymi. Na festiwalach zawsze staram się zobaczyć jak najwięcej z repertuaru.

Odnoszę wrażenie, że to z perspektywy zawodowej barzdo dobry czas dla Pana. Oprócz filmu o którym rozmawialiśmy, można oglądać Pana również obecnie w dwóch serialach telewizyjnych. Mowa oczywiście o „Barwach szczęścia“ i stosunkowo nowej produkcji Polsatu – „Niania w wielkim mieście“. Pana pierwszy bohater, Paweł („BSZ“) jest pasjonatem filmu. Mariusz w „Niani…“ interesuje się fotografią. Co Pana pasjonuje w wolnych chwilach?

-Nie mam jednego konretnego hobby, które donminowałoby w moim życiu. Jako aktor bardzo lubię oglądać filmy, ale lubię też pojechać z kolegami na ryby. Lubię też czytać. Swego czasu zajomowałem się tańcem, teraz powoli do tego wracam.

Porozmawiajmy jednak przez chwilę o właśnie o tych serialach. „Barwy szczęścia“ są obecnie najchętniej oglądanym serialem codziennym w Polsce. Czy Panu zdarzało się oglądać serial, zanim trafił do obsady?

-Na „Barwy szczęścia“ natrafiałem oglądając telewizję, ale nie oglądałem tego serialu regularnie.

Mam wrażenie, że Pana bohater jest obecnie jedną z obecnie najciekawszych postaci w serialu. Nie ma łatwego charakteru, wszystko musi być tak, jak sobie zaplanuje. Czy jego odgrywanie jest dla Pana wyzwaniem?

-Tak, kreowanie tej postaci jest wyzwaniem. Paweł bardzo reaguje i myśli zupełnie inaczej niż ja, często muszę zacisnąć zęby i robić swoje. Praca na planie serialu jest specyficzna.

Czy może Pan opowiedzieć coś o jego najbliższych losach?

-Dużo się dzieje. Ciężko mi się wypowiedzieć konkretnie.

Przejdźmy jednak do serialu „Niania w wielkim mieście“. To stosunkowo nowy serial, ale bardzo podoba się widzom. Co Pana zdaniem jest jego sukcesem?

-To serial o ludziach mądrych, a jednocześnie dorastających emocjonalnie. Bohaterowie próbują bez histerii poradzić sobie z sytuacją, w którą po prostu wepchnął ich los, każdego z nas to spotyka na co dzień pytanie jak my sobie z tym poradzimy.

Czy jest szansa na drugą transzę?

-Niestety tego jeszcze nie wiem.

W jakich jeszcze serialach, filmach lub innych projektach będzie można Pana oglądać w najbliższym czasie?

-W najbliższym czasie będę dalej grał w „Barwach“ oraz w „serialu „Niania w wielkim mieście”

Fot. M.Rzeźniczaka

Rozmawiała Mariola Morcinková

Urszula Grabowska: „Czekam na okazje spotkań z publicznością“

Z Panią Urszulą Grabowską spotkałam się w ramach 19. Przeglądu Filmowego Kino na Granicy/Kino na Hranici w Cieszynie. Rozmawiałyśmy na krótko przed przedpremierową projekcją filmu „Miłość w mieście ogrodów“, gdzie aktorka wcieliła się w jedną z głównych ról.

W Cieszynie pojawia się Pani z okazji 19. Przeglądu Filmowego Kino na Granicy. Jaki jest Pani stosunek do tego typu imprez?

-Mój stosunek do tego rodzaju imprez jest bardzo otwarty. Tym bardziej, że ten Festiwal cieszy się dużym uznaniem, co wynika z różnych względów, m.in z miłości do kina czeskiego i z powodu atmosfery Cieszyna. Moja miłość do tego miasta rośnie, chociażby ze względu na to, że są wyświetlane dwa filmy z moim udziałem, co daje mi powód do spotkania z tutejszą publicznością. Jestem zaprzyjaźniona z dyrektorem artystycznym całego przedsięwzięcia Łukaszem Maciejewskim, więc to również sprowadza się do pozytywnych odczuć.

„Kino na granicy“ jest jednym z najbardziej znanych w Polsce przeglądów filmowych. W jaki sposób dowiedziała się o nim Pani?

-Dowiedziałam się o tym przeglądzie co najmniej piętnaście lat temu. Siostra mojego męża studiowała w Cieszynie, byliśmy więc bywalcami tego miasta i sympatykami Festiwalu.

„Kino na granicy“ zrzesza fanów i sympatyków filmu. W czym, Pani zdaniem tkwi siła tej imprezy?

-Myślę, że ma to związek z tym, że jesteśmy nakierowani przede wszystkim na kino polskie i czeskie. Uważam to za wymianę dwóch sposobów portretowania rzeczywistości. Kino czeskie ma swój styl, bardzo przez nas ceniony i lubiany. Ubolewam, że w tym momencie jest mniej kina czeskiego w kinach polskich. Wydaje mi się, że podczas „KNG“ napływa do Cieszyna bardzo wiele ludzi. Impreza jest oczywiście kierowana również do lokalnej społeczności, ale Cieszyn w tym okresie staje się jednym z najważniejszych filmowych miast Polski. Przegląd jest okazją do ciekawej wymiany poglądów, a także do ciekawych spotkań branżowych.

Za kilka chwil wyświetlony zostanie film z Pani udziałem z roku 2016 – „Miłość w mieście ogrodów“. To połączenie kilku gatunków filmowych – kina romantycznego, społecznego i political fiction. Do jakich widzów film jest skierowany?

-Od czasu realizacji filmu upłynęło półtora roku. W Cieszynie będzie to pierwszy pokaz przedpremierowy. Nie widziałam filmu w ostatecznym kształcie, więc jestem ciekawa, co zostało z założeń scenariusza po montażu. Towarzyszy mi w związku z tym pewien rodzaj napięcia i ekscytacji. Według naszych pierwotnych założeń jest to film adresowany do szerokiego grona publiczności. Niesie uniwersalne przesłania, dotyczące naszej samorealizacji, potrzeby bliskości i tajemnic w realacjach, w których żyjemy i w które wchodzimy. Film porusza się też w różnych obszarach sztuki. Zatem mam wrażenie,że każdy widz może znaleźć swój punkt odniesienia.

Jaka jest Pani bohaterka Marta?

-Gram kobietę zrealizowaną zawodowo. Marta jest kuratorem sztuki. W wieloletnim związku, którego owocem jest pełnoletni syn. Parę lat wstecz w życiu jej rodziny wydarzyła się traumatyczna historia. Coś, co na stałe odcisnęło ślad na jej relacji małżeńskiej. Marta to kobieta nostalgiczna, niosąca w sobie dużą tesknotę za bliskością, do tworzenia czegoś istotnego. A jednocześnie, tak jak jej mąż, poszukująca nowych dróg i fascynacji.

Spotkała się już Pani z pierwszymi opiniami na temat filmu?

-Nie, ponieważ jest to nasza pierwsza publiczna projekcja tego filmu. Towarzyszy mi w tej chwili naprawdę duże napięcie, jestem bardzo ciekawa tego co zobaczę, jak i tego z jakim odbiorem spotka się „Miłość w mieście ogrodów“.

Drugim filmem, z którym przyjechałam do Cieszyna jest „Wspomnienie lata“, film, który też nie miał jeszcze premiery kinowej, ale pokazywaliśmy go już na kilku festiwalach. W jego przypadku spotykamy się z bardzo dobrym odbiorem.

„KNG“ jest także okazją do spotkań z publicznością. Lubi Pani okazje do wymiany zdań z sympatykami?

-Tak. Zawsze czekam na okazje spotkań z publicznością, bo weryfikują i często potwierdzają sens mojej pracy. Dowiaduję się wtedy, na ile przekaz mojej roli trafia do ludzi i jaki ma oddźwięk. Sprawdzam skalę swojej skuteczności. Czasem na takich spotkaniach można się również pospierać o swojego bohatera. To też bywa bardzo interesujące.

Mogłaby Pani przytoczyć jedno, najciekawsze pytanie, które padło podczas projekcji filmu „Wspomnienie lata“?

-Pojawiło się pytanie o to, co urzeka mnie w scenariuszu filmu „Wspomnienie lata“. Bardzo cieszy mnie to, że nie próbuje się potępiać granej przeze mnie postaci, mimo, że jej moralność stawia się często pod znakiem zapytania.

Czy w ramach „KNG“ oglądała Pani jakieś filmy?

-Niestety, podczas 19. edycji „KNG“ nie udało mi się, ponieważ przyjechałam tu tylko na dwa dni. Zobaczę na pewno „Miłość w mieście ogrodów“. (Śmiech.) Wiele z filmów, które są tu teraz prezentowane, widziałam przy innych okazjach.

Jakie filmy lubi Pani oglądać z perspektywy widza?

-Nie wiem, czy jestem poszukiwaczem kina gatunkowego. Bardzo lubię oglądać dokumenty oraz kino społeczno- psychologiczne.

Bardzo ciekawi mnie tu Pani odpowiedź. Lubi Pani oglądać siebie na ekranie, czy jednak tak, jak wielu aktorów, doszukuje się wtedy Pani tego, co mogłaby poprawić, zagrać lepiej?

-Kiedy spoglądam z dystansu, zawsze widzę coś, co można by poprawić. Uodporniłam się już jednak przez lata praktyki zawodowej na swój wizerunek na ekranie. (Śmiech.) Podchodzę do tego w sposób zawodowy, sprawdzam poziom swojej skuteczności i tego, na ile moje założenia przełożą się na ekran filmowy. Jestem już spokojniejsza. Ufam sobie bardziej.

Proszę opowiedzieć coś o swoich planach zawodowych na czas najbliższy.

-Moje plany zawodowe związane są z Teatrem Bagatela i Teatrem STU w Krakowie. Czeka mnie wznowienie tytułu „Cesarz Kaligula“. Zaczęłam próby do spektaklu „Czego nie widać“, a w czerwcu rozpocznę próby do spektaklu „Wiedźmy“. Moją drugą linią zawodową jest PWST im. Ludwika Solskiego w Krakowie, gdzie od dwóch lat jestem w gronie pedagogów i uczę młodych ludzi mówić wierszem.

Fot: Anna Ciupryk

Rozmawiała Mariola Morcinková

Andżelika Piechowiak: „Jestem realistką“

Przed spektaklem „Jak się kochają w niższych sferach“ miałam przyjemność rozmawiać z Panią Andżeliką Piechowiak. O pogodnym nastawieniu do życia, Agencji PALMA i miłości do kotów oraz do…jedzenia.

Przygotowując się do naszej rozmowy przezczytałam, że nie jest Pani życiową optymistką. Chyba jednak nie mogę zgodzić się z tym stwierdzeniem. Jest w Pani przecież wiele pozytywnej energii. Jak jest naprawdę?

-Nie wiem, czy jestem optymistką. Na pewno jestem realistką. Mam dobrą energię i dobry humor. Towarzyszy mi nadzieja, że wszystko się ułoży, ale nie mam parcia na to, że zawsze musi być świetnie. Dlatego nie określam siebie mianem typowej optymistki.

Podziela Pani moją opinię, że w dzisiejszych czasach ludzie nie umieją cieszyć się ze zwykłych, małych rzeczy? Co zrobić, by zmienić ten stereotyp?

-Uważam, że czasami tak bywa. Sama się na tym „łapię“. Trzeba umieć sobie uświadomić, że z tych małych rzeczy składa się życie i tak naprawdę nie warto ich nie dostrzegać, marnować okazji by zachwycać sie drobnostkami, czerpać radość z drobiazgów. Często po czasie okazuje się, że te detale były istotniejsze niż wielkie, wyczekiwane sukucesy.

Jaki jest Pani przepis na udany dzień? Uważa Pani, że każdy dzień może być dobrym, bo wszystko zależy tylko od nas?

-Niestety, nie wszystko zależy tylko od nas, ale nastawienie do życia tak. Nawet, jak się coś nie układa, nie warto się tym przejmować. Każdego dnia można zrobić coś fajnego, co poprawi nam humor.

Dzisiejszy dzień również świetnie się dla Pani zapowiada, choć może i nie ma ładnej pogody, to zaraz zostaną odegrane dwa spektakle „Jak się kochają w niższych sferach“. Czy tak, jak dla wielu aktorów, Teatr jest dla Pani ważnym miejscem?

-Tak. Bez Teatru nie ma aktorów. Cieszę się, że mogę grać w Teatrze. Każde granie spektaklu , w tym również te wyjazdowe sprawia mi dużo frajdy. Chociażby dlatego, że mogę robić to co kocham dzisiejszy dzień jest fajny.

Jak w kilku słowach opisałaby Pani swoją postać, którą kreuje w dzisiejszym spektaklu?

-To postać, która ma w sobie coś z zołzy. Jest apodyktyczna i nie zwraca uwagi na swojego męża. Ma swoje życie na boku. Nie jest to najsympatyczniejsza żona na świecie. (Śmiech.) Ma wiele energii, jest impulsywna, więc jest co grać, ale nie chciałabym być taka prywatnie. (Śmiech.)

Zdążyła już Pani polubić swoją bohaterkę?

-Lubię wszystkie swoje bohaterki.

W których rolach czuje się Pani lepiej na scenie? Komediowych, czy dramatycznych?

-Ostatnio gram więcej ról komediowych, sprawiają mi dużo frajdy. Staram się, by były to role prawdziwe. Nie skupiam się na tym, że musi być śmiesznie.

Czy na chwilę obecną ma Pani coś takiego, co można nazwać Pani rolą marzeń?

-Nigdy nie miałam czegoś takiego.

U boku jakich aktorów, bądź u jakiego reżysera chciałaby Pani zagrać? Ma Pani takie nazwiska?

-Nigdy nie zastanawiałam się nad tym. Wszyscy aktorzy, których spotykam na swojej drodze, są wyjątkowymi ludźmi. Cieszę się z każdego takiego spotkania.

Warto wspomnieć też o tym, że bycie aktorką nie jest Pani jedyną życiową rolą, albowiem jest Pani również właścicielką Agencji Produkcyjnej PALMA. Czy na dłuższą metę pogodzenie tych dwu zawodów nie jest trudne?

Połączenie bywa trudne. Szczególnie, kiedy gram w spektaklu, którego jestem producentką, bo i tak bywa, choć są to sporadyczne sytuacje. Staram się jednak albo grać, albo produkować, tak jest prościej dla wszystkich. Oba zajęcie sprawiają mi mnóstwo sadysfakcji i radości.

Gdyby musiała Pani zrezygnować z jednej z tych aktywności zawodowych na rzecz drugiej, to rezygnacja z czego byłaby dla Pani łatwiejsza, bądź bardziej oczywista?

-Nie umiałabym, poza tym nie wydaje mi się żeby zaszła konieczność takiego wyboru. Te dwie sytuacje są z sobą bardzo połączone, więc nawet nie myślę o takich dylematach, tylko po prostu robię swoje. (Śmiech.)

Cały czas rozmawiamy o zawodzie, ale nie sposób też nie porozmawiać o Pani zamiłowaniach i pasjach. Ma Pani „łatkę“ Kociej Mamy. Czy od najmłodszych lat koty były obecne w Pani życiu?

-Nie. Kiedy byłam dzieckiem, w moim domu nie było czworonogów. Koty pojawiły się dopiero w moim dorosłym życiu. Lubię wszystkie zwierzaki, ale koty są odrobinę mniej wymagające niż psy, dzięki temu łatwiej znoszą rytm mojej pracy.

Ile kotów ma Pani w domu obecnie? Chyba się nie pomylę, jeśli stwierdzę, że nie wyobraża Pani sobie bez nich życia, prawda?

-W chwili obecnej mam jednego kota. Tak, to prawda, nie wyobrażam sobie życia bez niego. Potwierdzi to każdy, kto ma kota. (Śmiech.)

Kocha Pani koty, ale obok psów też nie przechodzi obojętnie. W roku 2015 wzięła Pani udział w sesji zdjęciowej do kalendarza „MOON FOR PAKA DLA BEZDOMNIAKA“. Czy w tym momencie również wspiera Pani jakieś konkretne schronisko?

-Cały czas wspieram różne fundacje. Mam potrzebę pomagania zwierzętom, bo im trudno mówić we własnym imieniu, a ludzie na prawdę bywają okrutni i bezmyślni.

Pani drugą pasją z tego, co wiem, jest gotowanie. Lubi Pani odkrywać nowe smaki?

-Pasję do gotowania ma mój mąż. Moją pasją jest jedzenie. Gotowanie, a jedzenie to dwie zupełnie różne rzeczy.

Na koniec chciałabym zapytać o Pani danie popisowe.

-Nie mam dania powisowego, bo nie gotuję. Nie mam nawet ulubionego dania, lubię jeść wszystko.

Fot: nadesłane przez aktorkę.

Rozmawiała Mariola Morcinková

Justyna Sobolewska: „Wszyscy jesteśmy czytelnikami“

Czy wyniki czytelnictwa faktycznie spadają? Co myśli o inicjatywach promujących czytanie? Które popiera, a które omija? Na te i wiele innych pytań odpowiedziała autorka „Książki o czytaniu“, Justyna Sobolewska.

Kiedy pojawił się u Pani pomysł na „analizę czytania“ i powstanie książki?

-Kilka lat temu zauważyłam, że wszyscy zajmują się tym, co czytają, nie zwracając uwagi na sam proces czytania, który jest bardzo ciekawy. Spostrzegłam, że kiedy zaczynam rozmawiać o tym ze znajomymi, wszyscy są zainteresowani i zaczynają opowiadać jak i gdzie czytają. Chętnie opowiadają o swoich książkowych przyzwyczajeniach. Zauważyłam, że to temat, który jest dla czytelników bardzo emocjonujący i pomyślałam wtedy, że warto o tym napisać. Pierwszą książką o takiej tematyce był „Ex libris“ autorstwa Anne Fadiman. Zajęła się anatomią czytania, którą połączyła z rodzinną opowieścią. Ta książka była dla mnie bezpośrednią inspiracją, ale później odkryłam kolejne. Ten temat zgłębia wiele książek. To osobna podgrupa literatury.

Jak wyglądał proces twórczy?

– Zwykle bardzo się męczę przy pisaniu artykułów, a tym razem miałam z pisania wielką przyjemność, Pewnie dlatego , że ja tym żyję. Jedną z głównych czynności w moim życiu jest siedzenie i czytanie, więc myślenie o wszystkim tym, co z czytaniem się wiąże, było dla mnie bardzo miłe. Książka ułożona jest z cytatów, które kolekcjonowałam. Teraz mogłam wreszcie włożyć je do mojej książki. To dla mnie ważne.

Mogłaby więc Pani przytoczyć najważniejszy dla siebie cytat z całej książki?

-To trudne pytanie. Nie przytoczę cytatu, ale pierwsze zdanie, od którego zaczyna się książka. „Wszycy jesteśmy czytelnikami“. Moja książka jest prezentem dla osób, które lubią myśleć o tym, jak z nimi postępować i dla tych, dla których książki są ważne.

Jednym słowem – Pani książka jest dla tych czytelników, dla których książki są ważne.

-Tak, ale także dla osób, które kiedyś czytały, ale później przestały. Istnieje taka grupa czytelników, porzucająca książki. Przykładem tego jest młodzież, która nie ma czasu na czytanie. Spotkałam się też z takimi osobami, które czytanie odkryły dopiero na emeryturze, a to zmieniło ich życie. Czytanie można zgubić. Dla takich czytelników, którzy kiedyś czytali – też zwracam się w tej książce.

Czy można zatem stwierdzić, że do takich rzeczy, jak np. sposób ułożenia książek na półce, czy wybór miejsca do czytania, przywiązuje Pani ogromną wagę?

-Nie do końca sprawdza się to w moim przypadku, ponieważ u mnie na półkach panuje bałagan. Nie jestem czytelnikiem, który układa książki według pewnego klucza. Nie mam na to czasu. Chciałabym mieć go, by móc zrobić porządek na półkach. Miejsce do czytania wybieram według tego, gdzie w chwili obecnej jestem. Najbardziej lubię czytać w domu, w moim fotelu. Czytam też w tramwaju i autobusie. Zdarza mi się czasem również czytać idąc. Potrzeba jest matką wynalazku. Chcę czytać, więc znajduję odpowiednie miejsce.

Jest szansa na kolejny tytuł w dorobku, czy w chwili obecnej skupia się Pani na promocji pozycji, z którą przyjechała do Cieszyna?

-Jesteśmy w kawiarni Kornel i Przyjaciele, a moje myśli są teraz skupione wokół Kornela Filipowicza, ponieważ robię wybór jego opowiadań i będę pracować nad jego biografią.

Jak samopoczucie przed spotkaniem w kawiarni Kornel i Przyjaciele?

– Jestem szczęśliwa, że tu jestem. Wielu pisarzy polecało mi to miejsce, wszyscy je chwalą.

Wyniki czytelnictwa z roku na rok gwałtownie spadają. Jak Pani myśli, co ma na to największy wpływ? Można jakoś to zmienić, jakoś temu zaradzić?

-Wydaje mi się, że każdy na swój własny rachunek, powinien promować czytanie. Jestem zdania, że czytanie ma dużą konkurencję. Jego największą konkurencją jest oczywiście internet. Wszędzie spotykam ludzi czytających, więc nie mogę się chyba do końca zgodzić z tym, że nie czytamy. Są różne sposoby czytania, których badanie nie obejmują. Tak, jak już mówiłam, musimy sami promować czytanie. Trzeba czytać wszędzie. Ważne jest, by czytać dzieciom. Od najmłodszych lat trzeba w dzieciach zaszczepiać potrzebę czytania. Wtedy łatwiej do niego wrócić.

Jest przecież wiele inicjatyw promujących czytanie. Jak np. „W roku 2017 przeczytam 54 książki“. Dlaczego nie jest Pani zwolenniczką takich akcji?

-Wydaje mi się, że nie jest ważna ilość, ale jakość czytania. Nie chciałabym, aby moja książka była jedną z wielu, którą trzeba szybko zaliczyć. Czytanie czasem stawia nam opór. Mamy prawo czytać wolno. Wyścigi nie są tu potrzebne. Czytanie nie jest przedmiotem zawodów sportowych, ale jeżeli sprzyja to czytelnictwu, to bardzo się z tego cieszę.

Jakie książki czyta Pani w wolnych chwilach?

-Te same, które czytam do pracy. Mam ten komfort, że moje życie zawodowe daje mi przyjemność prywatnie. Czytam do recenzji, ale także dla przyjemności. Kiedy wybieram się na wakacje, staram się ze sobą zabierać coś z klasyki, na którą nie mam czasu w ciągu roku.

Czy to, co Pani czyta, jest czasem związane z tym, w jakim jest Pani nastroju?

-Tak. Niektóre książki przychodzą do nas w momentach, w których najbardziej ich potrzebujemy. Nagle pojawia się książka, która opowiada nam o tym momencie, w którym właśnie jesteśmy i pozwala nam pójść dalej. Widzimy w niej czasem również swoje myśli. To taki tajemniczy związek, którego nie można wytłumaczyć. Czasem jest też tak, że coś przeszkadza nam w czytaniu. Jesteśmy przybici albo nie potrafimy się skupić. Wydaje mi się, że w dzisiejszym świecie bardzo trudno jest nam się skoncetrować. Otacza nas wiele atrakcji, które nas rozpraszają. Mnie również. Wtedy jestem zła.

Jak reaguje Pani na panujący obecnie trend, że prawie każda osoba publiczna pisze książkę?

-Nie muszę tego na szczęście wszystkiego czytać. Wydaje mi się, że trudniej teraz książkom znaleźć czytelników. Trochę szkoda, by ludzie czytali tylko książki osób, które znają z ekranu. Warto jednak czytać literaturę, a nie tylko poradniki. Książki celebrytów są często bestselerami, ale moim zdaniem warto szukać swoich autorów, według własnego gustu. Warto iść swoją ścieżką i szukać najważniejszych książek.

Mogłaby Pani podać tytuł książki, która ostatnio Panią zachwyciła jako czytelniczkę?

-To „Niepamięć“ Davida Fostera Wallace. Książka wymagająca, ale jest on autorem, którego warto poznać. Jest wyjątkowym zjawiskiem, nikt nie pisał tak, jak on.

Fot. Oleg Kilijański

Rozmawiała Mariola Morcinková