Justyna Sokołowska: „Media mają moc”

Prezenterka Radia Kolor, prowadząca audycję „Zbawienie w pracy”. Jak sama mówi ze śmiechem, nie przychodzi do pracy za karę, ale po to, by się pośmiać i by było miło. Dodaje również, że zawsze będzie socjologiem, bez względu na to, czy akurat pracuje w radio, czy prowadzi event.

Justyna Sokołowska do swojego zawodu podchodzi z radością, ale również z pasją, a co za tym idzie, ceni ludzi, idących wytyczoną przez siebie drogą i mających swoje zainteresowania. „To kolorowe ptaki!” – przyznaje.

Prezenterka radiowa czy Socjolog? Do którego z tych zawodów jest Pani obecnie najbliżej? 

Socjologiem będę zawsze, czy to pracując jako prezenter w radiu, czy konferansjer. Ostatnio jednak częściej zgłaszają się do mnie ludzie chcący poprawić swój wizerunek  w mediach i social mediach. Miałam przyjemność doradzać lekarzom, artystom, a ostatnio również Misterowi Polski 2016 Jankowi Dratwickiemu. Janek studiuje dziennikarstwo, więc liczę na to, że kiedyś zdecyduje się na pracę w Radiu Kolor.

Co najbardziej Panią w socjologii zaciekawiło? Można powiedzieć, że od zawsze interesował Panią człowiek oraz zmiany w społeczeństwie?

Socjologię wybrałam spontanicznie, ale wkrótce się okazało, że wspaniale wpasowała się w moje zainteresowania i pracę w radiu. Najmniej wdzięczne mogłoby się wydawać bieganie z ankietami po mieście, odwiedzanie miasteczek i mnóstwa ludzi w ich domach. Traktowałam to jednak  jako przygodę i często byłam życzliwie goszczona, częstowana herbatą i stawałam się powiernikiem rodzinnych sekretów. Taka praca pomagała mi poznawać ludzi, ich potrzeby, środowisko, w którym żyją i przełamywać nieśmiałość w kontaktach z ludźmi, co przydaje mi się teraz w pracy w radiu. Nauczyłam się mówić do ludzi, a nie iść w kierunku zadufanego dziennikarstwa. Cenię w ludziach naturalność, dystans do siebie i poczucie humoru na swój temat.

Szybko znalazła Pani  wspólny mianownik  tych zawodów. (Śmiech.) Wszystkie trzy są okazją do spotkania z człowiekiem, tak, jak audycje które prowadziła i prowadzi Pani w Radio Kolor. Obecnie jest to cykl „Zbawienie w pracy“. Co najbardziej lubi Pani w tym paśmie?

Jest to pasmo towarzyszące słuchaczom w godzinach pracy, więc cenię sobie interakcję ze słuchaczem, lekkość formy i możliwość podejmowania różnych tematów. Jestem wdzięczna szefostwu stacji, że daje możliwość realizowania autorskich pomysłów i jeszcze im kibicuje.

Czy jest jakaś rozmowa, którą szczególnie miło Pani wspomina? Dlaczego?

Tych rozmów odbyłam już chyba miliard! Każda była wyzwaniem w sytuacji, kiedy rozmówca jest bardzo zestresowany i zamiast być skupionym na temacie, bardziej przejmuje się tym, czy ma radiowy głos (Śmiech).  Lubię rozmowy z ekspertami w jakiejś dziedzinie, bo dzięki nim codziennie uczę się czegoś nowego. Ot, taka radiowa szkoła życia! Pamiętam łzy wzruszenia Kayah, spontanicznie wypowiedziane, niecenzuralne słowa Edyty Jungowskiej, egzamin jaki ze znajomości swojej książki zrobiła mi Grażyna Szapołowska, klasę księżnej Niderlandów i wiele, wiele innych tego typu sytuacji.  Takie rozmowy ubarwiają redakcyjne życie.

W jakich tematach podczas rozmów najlepiej się Pani czuje? Ma Pani swój ulubiony temat, który najbardziej lubi poruszać?

Najbardziej lubię tematy medyczne,bo mam słabość do lekarzy (Śmiech.) Tematy związane z rozwojem kobiet też są mi bliskie od czasu powstania programu „Liderki Uśmiechu“ i budowania się wokół niego społeczności słuchaczek  naszego radia.

Pani rozmowy są żywe, pełne pozytywnej energii i uśmiechu. Jaka jest Pani recepta na udany wywiad? 

Do każdego rozmówcy podchodzę jak do eksperta, od którego mogę się czegoś ciekawego dowiedzieć. To ważne, żeby stworzyć dobrą atmosferę w studiu, które dla mnie jest naturalnym środowiskiem, ale dla innych niekoniecznie. Skoro zapraszam kogoś, to jest moim gościem, a jak mówi staropolska mądrość: „Gość w dom, Bóg w dom“.

Czym lubi się Pani inspirować w kwestii nowych audycji i rozmów?

Życiem.  Posty znajomych na FB, czy zasłyszane w sklepie rozmowy bywają bardzo inspirujące.  Tych inspiracji nie trzeba daleko szukać 🙂

 Jak Pani radzi sobie ze stresem swoim, bądź rozmówcy przed wywiadem? 
Staram się rozładować napięcie opowiadając coś wesołego, anegdotę, komplement….cokolwiek, co spowoduje, że razem z gościem programu zapominamy przez chwilę o tym, że mamy jakąś pracę do wykonania, „rozgadujemy się“. Kiedy atmosfera staje się luźniejsza, przechodzimy do tematu i powodu naszego spotkania.
Co najbardziej napędza Panią do działania i powoduje u Pani tyle pozytywnych emocji?
Ciekawość świata i ludzi. Lubię, kiedy trafiam w pracy na osoby, które są równie zaangażowane jak ja. Zresztą zawsze powtarzam, że nie przychodzę do pracy za karę, tylko po to, żeby było miło i żeby się pośmiać (Śmiech). 
Jaka jest recepta na udany dzień Justyny Sokołowskiej?
Na początek śniadanie na słodko i dobra kawa. Celebruję nawet moment robienia makijażu (śmiech)! Sprawdza się też ustalony dzień wcześniej plan dnia. Zauważyłam również, że nie ma dnia, żebym nie rozmawiała z przyjaciółkami o życiu i żebyśmy wzajemnie nie dodawały sobie motywacji i wsparcia w trudnych momentach. Poza tym dzień jest udany, kiedy usłyszę od córki, że jestem najpiękniejsza i najbardziej kochana na świecie, a mam szczęście słyszeć to codziennie! (Śmiech). Uwielbiam ją rozpieszczać – nie mylić z „rozpuszczać“ (Śmiech). 
Przeczytałam, że stara się Pani otaczać „ludźmi którym się chce“. Oznacza to, że lubi Pani ludzi z pasją? 
Tak, mam ogromną słabość do pasjonatów,  pozytywnych wariatów, sportowców, lekarzy, trenerów i coachów, podróżników i wszystkich, którzy pokonują trudności w imię idei oraz pasji. To kolorowe ptaki!

Mam wrażenie, że Radia Kolor słuchają przede wszystkim Panie. Czy się mylę? 

 Rzeczywiście, panie stanowią duże grono.  Natomiast cieszy, że od lat mamy stałych słuchaczy także wśród panów, bo przecież bez facetów byłoby w życiu nudno (Śmiech).
Co jest Pani zdaniem największą  siłą Radia Kolor?
Naturalność prezenterów oraz artyści i piosenki, których w żadnej innej stacji nie można usłyszeć. Bardzo często mamy taki feedback od samych słuchaczy. Radio Kolor jest w tej chwili jedyną prywatną rozgłośnią w Warszawie. Panuje tu domowa atmosfera, co zauważają wszyscy, którzy do nas przychodzą. Ta atmosfera przekłada się na antenę, ponieważ my się zwyczajnie lubimy i szanujemy.

Pytanie na koniec. Co najbardziej lubi Pani w tej pracy? Czy wyobraża Pani sobie siebie w innym zawodzie?

20 lat temu nie wyobrażałam sobie, że będę pracować w radiu, a dziś nie wyobrażam sobie, że mogłabym w nim nie pracować! Lubię w swojej pracy to, że mogę dać coś z siebie innym ludziom, zainspirować i w czymś pomóc. Media mają moc i staram się to w umiejętny sposób wykorzystywać.
fot. Great You Photgraphy i Bartosz Maciejewski
Rozmawiała Mariola Morcinková

Monika Wilczak: „Lubię zmiany”

Aktorka, szerszej publiczności znana z roli Ani Rogowskiej w polsatowskim serialu „Pielęgniarki“. Prywatnie miłośniczka zwierząt, aktywnego spędzania wolnego czasu. Kocha jogging i kuchnię wegańską. Oprócz aktorstwa, pracuje także przy produkcji programów zagranicznych. Sama kiedyś chciałaby poprowadzić program o zwierzętach, bądź kulinarny.   

 Aktorstwo od zawsze było tym, czym chciała się Pani zajmować, czy pojawiały się także inne pomysły? Pamięta Pani pierwszy zawód, którym zafascynowała się Pani, będąc małą dziewczynką? 

Oj, tak. Od małego kochałam się przebierać, odgrywać scenki z ukochanych bajek Disneya, potem również z filmów. Pokochałam amerykańskie kino od pierwszego wejrzenia. Ta magia kina mnie urzekła, ale również to, że można choć na chwilę wejść w inny świat. I tak jest do dziś – prawdziwa miłość. 

Choć jest Pani absolwentką Warszawskiej Szkoły Filmowej, swego czasu brała Pani udział w kursach filmowych w NY i Los Angeles. Czy ucząc się tam aktorstwa zauważyła Pani różnice? 

Jeśli chodzi o same zajęcia, między WSF a kursami filmowymi w NY i LA różnic dużych nie było, bo dzięki Pani Eli Słobodzie – aktorki, która uczyła się w NY, te techniki doskonale zostały przeniesione do szkoły w Warszawie. I ta szkoła, choć prywatna, do pracy na planie naprawdę dobrze przygotowuje, jeśli tylko chcemy się zaangażować i wziąć z niej tyle, ile oferuje. 

Największa różnica, która nie ukrywam, że mnie denerwuje to to, że w Polsce nadal poważnie traktowani są aktorzy po szkole teatralnej i oni głównie są brani pod uwagę jeśli chodzi o obsadę. W USA nie liczy się co skończyłeś, tylko ważne jest to, czy masz talent. Dwa – aktorstwo teatralne różni się od filmowego, dlatego nie wiem czemu, nadal aktorzy bez szkoły teatralnej często są dyskredytowani. Zauważam, że powoli się to zmienia, ale niestety zbyt wolno. 

Jak długo trwały te kursy? Co było w nich dla Pani najfajniejsze?

Uczęszczałam na różne kursy praktycznie przez cały pobyt w Stanach, czyli przez półtora roku. Co było najfajniejsze? Mam wrażenie, że…wszystko 🙂 Podejście do każdego indywidualnie, zachęcanie do walki, otwartość ludzi, spotkania z naprawdę interesującymi ludźmi, którzy czynnie uczestniczą w świecie amerykańskiego filmu. I ta niesamowita wiara w każdego – You Can do it! 

Czy to, że była Pani ich uczestniczką, miało jakikolwiek wpływ na Pani pracę w zawodzie? Czy owocowało to dużą ilością ciekawych propozycji zawodowych? 

Tam niestety ze względu na rodzaj wizy którą miałam, nie mogłam pracować, ale pochwalić się mogę że dostałam propozycję zagrania w słynnym amerykańskim serialu, mała rola, ale zawsze i gdyby nie ten rodzaj wizy, kto wie 🙂 Zostałam zaproszona na rozmowę do biura agenta w Beverly Hills, który mnie zauważył na warsztatach. Ale też wtedy wiza wyeliminowała początek współpracy, no i kończył mi się pobyt. A że byłam młoda, miałam 20 lat, (Jezu, to było 10 lat temu!) nie odważyłam się zaryzykować, zostać nielegalnie i „kombinować“. Tęskniłam za domem, bo byłam tam zupełnie sama. Teraz może zrobiłabym inaczej, ale co się odwlecze, to nie uciecze. Zawsze mówię, że wszystko dzieje się po coś. A Stany są głęboko w w moim sercu cały czas. 

Pojawia się Pani w wielu produkcjach, jednak jedną z tych najbardziej znanych z Pani udziałem jest serial paradokumentalny „Pielęgniarki“, emitowany w Polsacie. Pamięta Pani, jak trafiła do produkcji? 

Poszłam na casting i zostałam wybrana do roli Ani Rogowskiej. Jak sama nazwa wskazuje, wciela się Pani w rolę pielęgniarki. 

Czy odgrywając rolę pielęgniarki, musiała się Pani jakoś szczególnie przygotować? Jakich umiejętności musiała Pani nabyć? 

Na pewno podstawowej obsługi sprzętu medycznego. Nie były jakoś bardzo skomplikowane czynności. Najgorsze były pierwsze ujęcia, kiedy miałam grać, że pobieram krew dziewczynce. I to było dla mnie wyzwanie. Sama zawsze od małego, do teraz, słabnę lub mdleję na pobraniu krwi. Igła, strzykawka i żyły to dla mnie najgorszy „zestaw“. Mogę oglądać różne horrory, strzelaniny, ale to… No i ta scena była dla mnie naprawdę ciężka, pierwszy raz byłam tak zdenerwowana, że poleciały mi łzy, a to miało być tylko przyłożenie igły do małej rączki i gdyby nie to, że Leszek Koruszewicz, reżyser jest bardzo wyrozumiały i dał mi chwilę na oswojenie się, to nie wiem, jakbym to zagrała. No ale potem już przywykłam i nie było problemów. 

Co najbardziej podoba się Pani w roli pielęgniarki, a co jest najtrudniejsze? 

Podoba mi się to, że pokazuje jak ważna jest rola pielęgniarek, ich podejścia do pacjenta, bo w szpitalu to one są większość czasu z nimi opiekują się, rozmawiają, wspierają… Najtrudniejsze to właśnie to o czym wspomniałam wcześniej, czyli trudne sceny, jak choćby ta, z pobraniem krwi. 


To tylko moje wrażenie, czy właśnie rola w serialu „Pielęgniarki“ przyniosła Pani największą rozpoznawalność? 

Myślę, że tak. Grałam w wielu produkcjach, lista jest długa, ale to właśnie stała rola w serialu pozwala na to że, ludzie mogą poznać lepiej aktora, zapamiętać, niż po jednorazowym czy kilkukrotnym pokazaniu się na ekranie. 

Pojawia się Pani w wielu serialach, ostatnio wystąpiła Pani w kolejnym serialu medycznym – „Na Sygnale“. Tym razem w roli żony i córki. Lubi Pani seriale o tematyce medycznej? 

Lubię, chociaż nie są moim ulubionym gatunkiem. Czasem ta ilość krwi i strzykawek albo sama atmosfera szpitala, gdzie tyle ludzi choruje i cierpi źle na mnie wpływa. Nie ukrywam, że jestem bardzo wrażliwą i empatyczną osobą. Często płaczę kiedy widzę, że ktoś cierpi, czy w szpitalu, czy na ulicy, wzruszam się i boli mnie ta bezsilność, że czasem po prostu nie da się pomóc. 

Moim zdaniem seriale medyczne są tymi najbardziej lubianymi przez widzów. Dlaczego? 

Może pokazują codzienność z jaką ludzie zmagają się na co dzień, ile ludzi cierpi, zmaga się z chorobami, dają nadzieję, kiedy uda się pokonać chorobę na ekranie, może się udać także w życiu. 

Jeśli jednak spojrzeć na to z perspektywy widza, to jakie produkcje najbardziej się Pani podobają? Wybiera Pani komedie, czy filmy dokumentalne? 

Jestem ogromną romantyczką więc nie ukrywam, że uwielbiam dramaty, komedie romantyczne. Ale uwilelbiam też musicale no i dobre horrory, które wywołują u mnie gęsią skórkę. 

Jakie role preferuje Pani jako aktorka? Lubi bardziej Pani grać role śmieszne, czy skomplikowane, takie, nad którymi trzeba bardziej popracować? 

Typem komika raczej nie jestem, nigdy nie potrafiłam opowiadać dowcipów, więc może nie role śmieszne. Ale w komedii wcale nie trzeba grać śmiesznie bo, tu już bazuje się na niuansach i i czasem im poważniej zagra się śmieszną scenę tym lepiej wychodzi. Lubię pracować nad rolami ciężkimi, są wyzwaniem i zawsze coś wnoszą do naszego życia. Ale też czasem przyjemnie zagrać coś lżejszego w takiej komedii romantycznej i się świetnie bawić. 

Ma Pani coś takiego, jak rola wymarzona? Jak mogłaby wyglądać? 

Tu naprawdę często się zastanawiam bo dramaty, filmy historyczne, komedie romantyczne, a nawet horrory, są czymś, w czym chętnie bym zagrała, ale nie ukrywam, że bardzo chciałabym zagrać też w dramacie pokroju „Dirty Dancing“, „Notebook“, „Bodyguard“, czy „Titanic“ to jest coś, w czym na pewno czułabym się dobrze 🙂 Ach, i jakaś ekranizacja bajki Disneya … spełnienie dziecięcych marzeń. Bo mimo, że praca przy filmie to ciężka praca sprawia, że jeżeli na 100% wejdziesz w buty postaci, możesz przenieść się do innego świata, nierzadko do krainy marzeń… jeśli nie mówimy teraz o horrorze (Śmiech.) 

Dlatego tak kocham film. Bo grasz w „autentycznych“ miejscach a nie jak w teatrze, na scenie w jednym miejscu, które odgrywa wszystko, co często pięknie się udaje, ale dla mnie to jednak ta magia kamery to jest to. 

Z jakimi aktorami chciałaby Pani wystąpić w jednej produkcji? Czy ma Pani nazwisko reżysera, u kogo chciałaby Pani zagrać?

Och, od młodych lat James Cameron, Martin Scorsese, Steven Spielberg… wielkie marzenia ale mówię z głębi serca jak jest 🙂 Jeśli chodzi o twórców z Polski, marzeniem było zagrać u św. pamięci Pana Andrzeja Wajdy, to się już nie spełni, ale przynajmniej miałam przyjemność poznać go osobiście, niesamowity człowiek. Chciałabym zagrać w filmie Agnieszki Holland i ponownie popracować z Magdaleną Łazarekiewicz. Zagrać u boku Meryl Streep, to królowa! Mogłabym nawet statystować u jej boku i podpatrywać jak tworzy! A potem lista już jest długa 🙂 (Śmiech.)

Opowie Pani coś o najbliższych planach zawodowych?

Obecnie łączę dwa zawody gram sporadycznie w serialach i pracuję w redakcji przy programach zagranicznych. Może to przerodzi się w prowadzenie jakiegoś programu, np. zagranicznego. Tym zaraziła mnie Martyna Wojciechowska, z którą byłam kilkanaście dni w Maroku w Misja Martyna II. Ona przekonała mnie, by walczyć o swoje, więc po powrocie z wyprawy rzuciłam studia zarządzania, byłam na nich raptem trzy miesiące i wyjechałam do USA. Fajnie byłoby połączyć dwie pasje – aktorstwo z podróżowaniem. Kto wie, może się uda. Mogłabym też prowadzić program o zwierzętach lub związany z kuchnią wegańską. Bo to jest coś, czym żyję na co dzień 🙂 Co przyniesie przyszłość? Nie wiem, ale jestem otwarta na to, co los mi da 🙂 Lubię zmiany. 

Motto

„Everything happens for a reason” tłum. „Wszystko dzieje się po coś“; „Nic nie dzieje się bez przyczyny“.

fot. z archiwum prywatnego Moniki Wilczak

Rozmawiała Mariola Morcinková

Wywiad z Tomaszem Ciachorowskim

Dwie gimnazjalistki ze Szkoły Podstawowej w Pogwizdowie: Patrycja Kłoda oraz Maria Pieczonka w ramach zadania z języka polskiego przygotowały oraz przeprowadziły wywiad z Tomaszem Ciachorowskim, znanym polskim aktorem. 

Przed spektaklem „Ranny ptaszek” w Ustroniu z Tomaszem Ciachorowskim rozmawiała Marynia Pieczonka.

Czy od najmłodszych lat chciał Pan zostać aktorem?

Nie chciałem zostać aktorem od samego początku. Będąc w wieku szkolnym myślałem o tym, by być stolarzem, a nawet…papieżem. (Śmiech.) W kierunku sceny zaczęło mnie ciągnąć stosunkowo późno. Kiedy studiowałem na Politechnice Gdańskiej, odkryłem swoje zamiłowanie do sceny i literatury. Uświadomiłem sobie, że kręci mnie to bardziej niż projektowanie napędów okrętowych.

Czy rodzina zaakceptowała wybór Pana zawodu?

Rodzina nie miała wiele do powiedzenia. Nie pytałem nikogo o zgodę. Kiedy podjąłem tę decyzję, miałem 25 lat. To był mój suwerenny wybór. Mimo, że rodzice na początku byli sceptyczni i nie do końca zadowleni z mojej decyzji, nie próbowali mnie od niej odwieść.

Jak wygląda i jak długo trwa u Pana proces przygotowania się do roli?

Jeśli chodzi o spektakle, zazwyczaj premiera teatralna poprzedzona jest kilkoma tygodniami intensywnych prób. To długi proces, którego końcowy efekt można obejrzeć choćby dzisiaj w Domu Kultury w Ustroniu , gdzie gramy przedstawienie „Ranny Ptaszek”. Jeśli chodzi o telenowele, ma się zazwyczaj zdecydowanie mniej czasu na przygotowanie i zainscenizowanie opisanej w scenariuszu sytuacji. Wygląda to z reguły tak, że dzień wcześniej aktorzy uczą się swoich kwestii i na planie nagrywają scenę za sceną – to wręcz robota taśmowa. Trudno porównywać to, co robimy przed kamerą, grając w serialu, do pracy teatralnej, która jest jednak dużo bardziej pogłębiona i wymaga większego zaangażowania.

Praca w filmie łączy się z przyjaźniami, ale też zabawnymi momentami. Czy pamięta Pan jakąś śmieszną scenę?

Oczywiście. W pracy przed kamerą zdarzają się różne nieoczekiwane sytuacje. Ostatnio kiedy na planie „M jak miłość” wraz z Mikołajem Roznerskim kręciliśmy scenę bójki poprzedzoną wielogodzinnymi próbami kaskaderskimi, finalnie, w tej całej szamotaninie Mikołaj przypadkiem kopnął mnie kolanem w podbrzusze, przez co spędziłem pół nocy na SOR. To może nie była zabawna sytuacja, ale takie również się zdarzają.

Czy zachęcałby Pan młodzież do wybrania aktorstwa?

Oczywiście. Gdybym miał dzieci, nie starałbym się ich odwodzić od takiej drogi. Jeżeli ktoś uważa, że sprawdziłby się w roli aktora, to jestem za. Realizujmy swoje marzenia. Nie jest to prosty zawód, jest okupiony wieloma trudami, ale jeśli ktoś kocha scenę, to na pewno warto stawić tym trudom czoła.

Jak radzi Pan sobie z hejterami i negatywnymi opiniami?

W ogóle sobie nie radzę, bo nie czytam takich komentarzy i staram się być pod tym względem konsekwentny. Kiedy otrzymuję choćby na Instagramie szkalujące mnie opinie, kasuję je bez czytania.
Natomiast inaczej podchodzę do konstruktywnej krytyki. Mogę się do niej odnieść i dzięki niej wykonywać mój zawód lepiej, ale na pewno nie mam zamiaru karmić się komentarzami hejterów.

Gdyby miał Pan taką możliwość, do którego filmu lub serialu chciałby Pan wrócić?

Tęsknię czasem za serialem „Majka”. Praca przy tym serialu była ważnym etapem w moim życiu. Z dużym sentymentem wspominam tamtą ekipę i jej oddanie, dla tego projektu. Ten serial na kilkanaście miesięcy stał się treścią naszego życia.

Podoba się Panu Ustroń?

Przyjechałem godzinę temu i jeszcze nie zdążyłem zwiedzić centrum Ustronia. Mam nadzieję, że uda mi się to zrobić po spektaklu. Słyszałem o Ustroniu dużo dobrego. Zawsze dobrze czuję się w górach, więc na pewno mi się spodoba.

Którą górę zdobył Pan ostatnio?

Wczoraj (prawie) zdobyłem Śnieżkę.

Kogo z aktorów, z którymi zagrał Pan razem w filmie lubi Pan oglądać na ekranie?

Bardzo kibicuję Mariecie Żukowskiej i śledzę z zaciekawieniem jej karierę. Zagrała moją żonę w serialu „Majka”. Uważam, że jest piekielnie utalentowaną aktorką. Cały czas mnie zaskakuje. Każdy projekt z Marietą oglądam i Państwu też polecam.

Co opowiedziałby Pan o spektaklu „Ranny ptaszek”?

To ciekawy spektakl, nie jest to typowa bulwarówka. Spotykają tam się różne gatunki. Na początku mamy do czynienia z komedią, która oscyluje wokół farsy, a w drugim akcie skłaniamy widza do głębszych przemyśleń. Poruszamy tematy, które dotyczą nas wszystkich. To sprawia, że spektakl jest tak ciekawy i żadnego widza jak dotąd nie rozczarował. Przynajmniej nic mi na ten temat nie wiadomo.

Fot. Mariusz Pietrzak

Rozmawiała Marynia Pieczonka

Wywiad z Dariuszem Kordkiem

W dniu 16 marca 2018 r. w MDK „Prażakówka” w Ustroniu podczas XX Edycji Ustrońskich Spektakli Teatralnych został wystawiony wyjątkowy musical, który ukazuje nietuzinkowe spojrzenie na życiorys największej gwiazdy kina i teatru okresu międzywojennego – Eugeniusza Bodo.

Spektakl został ujęty w nietypową formę. Z jednej strony przenosimy się na estradę lat 20-tych i 30-tych, pełną piór, cekinów i zalotnych spojrzeń pań o wątpliwej reputacji, a z drugiej mamy wrażenie, że oglądamy film z tamtych czasów z całą paletą charakterystycznych gestów, słów i układów choreograficznych.

Realizacja: Sylwia Pieczonka, Mariusz Pietrzak

(SP)

Barbara Bursztynowicz: „Lubię fotografować niecodzienne zjawiska i rzeczy”

Barbara Bursztynowicz ( Ela Elżbieta Chojnicka z serialu Klan)

W dniach od 13 do 16 marca odbywały się XX Ustrońskie Spotkania Teatralne. 14 marca z tej okazji został odegrany spektakl „Ranny ptaszek”. Rozmawiałam z Panią Barbarą Bursztynowicz. Teatr nie był naszym jedynym tematem. Porozmawiałyśmy też o serialu „Klan” i książce „Jak w życiu. Felietony”, którą aktorka wydała w 2013 roku.

Naszą rozmowę chciałabym rozpocząć od książki „Jak w życiu. Felietony” którą wydała Pani w 2013 roku. Można się z niej m.in dowiedzieć o Pani pasji do fotografii i podróży. Co najbardziej lubi Pani fotografować?

Najbardziej lubię fotografować to, co niecodzienne, niebanalne i nieoczywiste. Architekturę, pejzaże, ale również drobiazgi, które zauważam tylko ja.

Zdjęcia, które pojawiły się w rozdziale „Album inspiracji” wybierała Pani według specjalnego klucza, czy może ktoś Pani doradzał, które wybrać do książki?

Moja córka z zawodu jest plastykiem, więc wyręcza mnie w takich rzeczach. Mam bardzo dużo zdjęć, więc wybór był trudny. Pomogła mi również w skomentowaniu zdjęć.

Najpiękniejsze zdjęcia powstają w podróży, a Pani jest przecież ich wielką miłośniczką. Jakie miejsce zachwyciło Panią ostatnio?

Ostatnio byliśmy w Izraelu. To przepiękny kraj. Architektura, krajobraz oraz ludzie zrobili na nas duże wrażenie. Tel Awiw to kosmopolityczne miasto, można w nim spotkać przybyszów z całego świata. Mam też piękne fotografie z Jerozolimy. Dobre śródziemnomorskie światło to duże ułatwienie przy robieniu zdjęć. Kiedy ono sprzyja, nie trzeba być wytrawnym fotografem.

Lubi Pani przede wszystkim dalekie podróże, czy również te po Polsce?

Po Polsce również lubię podróżować. Dochodzę do wniosku, że to jeden z najpiękniejszych krajów Europy środkowej. W związku z tym, że występuję w tylu różnych miejscach, mam okazję poznać tę mniej znaną Polskę. Nie zdawałam sobie sprawy, że istnieją tak przyjazne społeczności, a w małych miasteczkach bywa tak piękna architekrura. To miejsce jest mi szczególnie bliskie, bo pochodzę stąd. Znam tę okolicę. Ustroń również.

Podróż marzeń Barbary Bursztynowicz to…

Brazylia. Chociaż jestem w tym wieku, że będzie mi trudno tę podróż zrealizować. Trochę boję się odległości. Długie loty są bardzo męczące i kłopotliwe ze względu na przesiadki. Wolę docierać bezpośrednio do celu.

Co w pisaniu „Jak w życiu. Felietony” było dla Pani najważniejsze? Na co podczas procesu powstawania zwracała Pani najwięcej uwagi?

Przede wszystkim chciałam być szczera. Skupiałam się na tym, by pisać o rzeczach, które są mi najbliższe, a więc przede wszystkim o sobie. Przepraszam bardzo, jeśli zanudziłam kogoś swoją osobą. (Śmiech.) Mam nadzieję, że moje felietony są uniwersalne i każdy może się w nich odnaleźć. Pisałam o marzeniach, o tym co widzę, co przeżyłam, co mnie boli, ale też o podróżach, rodzinie i teatrze. To tematy uniwersalne, które jednocześnie są mi bardzo bliskie. Wtedy jest uczciwie, kiedy piszemy o czymś, na czym się znamy.

Minie pięć lat od jej wydania. Czy jest szansa na kolejną w Pani dorobku? Tę czyta się z ogromną przyjemnością i ciekawością…

Miałam pisać autobiografię. Nie chciałabym jednak pisać wyłącznie o sobie, ale raczej ująć to w nawias, napisać o kobiecie – aktorce. Zamiast książki, której już w dużej części powstała, napisałam monodram. Mam nadzieję, że niedługo przystąpię do realizacji tego pomysłu i mój tekst zaistnieje na scenie. Pomaga mi mój mąż, którego poetycka wyobraźnia powoduje, że przedstawienie będzie miało nastrój i tajemnicę.

Przejdźmy jednak o krok dalej w naszej rozmowie. Spotykamy się w Ustroniu w ramach XX Ustrońskich Spotkań Teatralnych. O godz. 18:00 odegrany zostanie spektakl „Ranny ptaszek”. Proszę opowiedzieć coś o swojej roli.

Wszystkie role w tej sztuce są ciekawe i inspirujące dla każdego z aktorów. Temat sztuki dotyczy wielu z nas – mowa o starzejącym się małżeństwie, które jest już sobą troszeczkę znudzone. Znają się jak łyse konie. Popadają w rutynę. Wszystko zaczyna ich męczyć. W pewnym momencie, jak grom z jasnego nieba, ktoś nieznany zjawia się w ich domu i robi duże zamieszanie, które powoduje, że w ich życiu nastają wielkie zmiany. Okazuje się, że na nic nigdy nie jest za późno. Role są ciekawe z tego względu, że ta sztuka to pomieszanie gatunków. Znajdziemy tu farsę, komedię, dramat, melodramat, kryminał i tragifarsę. Nasz spektakl nazywany jest czarną komedią. Grając tę sztukę możemy zaprezentowąć całą skalę naszych możliwości aktorskich. Jest ciekawie. Zapraszam.

Teatr to przede wszystkim spotkania z „żywym” widzem. Lubi Pani te momenty?

To są najpiękniejsze momenty w moim życiu zawodowym, kiedy wiem, że widzowie przeżywają te ogromne emocje razem ze mną. Jeżeli udaje mi się zaczarować publiczność, jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Przecież bez publiczności my aktorzy nie istniejemy.

To też pytania od fanów. O co pytana jest Pani najczęściej? Obstawiam, że o Elę z „KLANU”… (Śmiech.)

Tak. Najczęściej pytana jestem o to, czy utożsamiam się z moją postacią i ile mnie jest w Elżbiecie. Przyzwyczaiłam się do tych pytań i najczęściej odpowiadam w ten sposób Mojej postaci daję z siebie bardzo dużo. Przez dwadzieścia lat nie można udawać kogoś całkiem innego. Jeżeli sprzyja mi dialog i okoliczności, które pozwalają mi realizować moją postać w ciekawy sposób to jestem bardzo zadowolona. Jeżeli nie, to wtedy próbuję zagrać tak, jak chciałabym, żeby moja postać myślała i działała.

Ela jest pewnie tą postacia, z którą jest Pani najczęściej kojarzona, prawda?

(Śmiech.) Tak. Nawet ludzie zwracają się do mnie „Pani Elu”. (Śmiech.)

Proszę powiedzieć w czym tkwi według Pani sukces najbardziej znanej polskiej telenoweli.

To jest takie odzwierciedlenie rzeczywistości. Wszyscy lubimy podglądać przez dziurkę od klucza, co dzieje się u sąsiada. To normalne. Porównujemy siebie z postaciami na ekranie. W momencie, kiedy trafi się w serialu postać, która jest bliska naszemu sercu, utożsamiamy się z nią. „KLAN” to telenowela wielopokoleniowa. Możemy znaleźć tu bohaterów młodszych i starszych. Poruszamy ważne problemy społeczne jak np. Alzhaimer, depresja, rak, konflikty rodzinne i wiele innych.

Czy według Pani jednym z czynników składających się na sukces waszego serialu może być to, że tak blisko jesteście codzienności?

Tak. To problemy, które dotyczą nas wszystkich. Każdego z nas mogą spotkać. Widzowie często dziękują nam, że podpowiedzieliśmy im rozwiązanie, które potem mogli zastosować w życiu.

Proszę opowiedzieć o najbliższych planach zawodowych.

. (Śmiech.) Nie mogę zdradzać moich najbliższych planów, żeby nie zapeszyć. Są propozycje kinowe, jest monodram, może wydamy wraz z moim mężem książkę o naszych podróżach. Jej nazwa to „Poetycki przewodnik po Europie i nie tylko”, a ilustrowana będzie moimi zdjęciami.

fot. zdjęcie nadesłane przez Barbarę Bursztynowicz

Rozmawiała Mariola Morcinková

Logo śląskie centrum informacji

Wywiad przeprowadzany z Sylwią Pieczonką, redaktor naczelną SCI24.pl

sylwia-pieczonka-fot.mariusz-pietrzak-sci24.pl

Dwóch sympatycznych gimnazjalistów ze Szkoły Podstawowej w Pogwizdowie : Radosław Gabzdyl oraz Dawid Pieczonka w ramach zadania z języka polskiego przeprowadziło ze mną wywiad. 

Dlaczego pani wybrała tą pracę?

Dziennikarstwo nie jest trudną pracą pod warunkiem, że lubi się pisać. To zawsze sprawiało mi przyjemność, więc dlatego wybrałam dziennikarstwo.

Na czym polega praca dziennikarza fotoreportera?

Większość mojej pracy polega na przygotowywaniu i edycji tekstów, które później zamieszczam na stronie portalu internetowego. W dzisiejszych czasach pracuje się na witrynie WordPress, do którego wrzuca się materiał obrabia się go graficznie oraz robi się w nim korektę błędów dzięki temu taki materiał można potem opublikować na stronie portalu internetowego, bo to co ludzie widzą w Internecie to tylko gotowa strona, a ja mam dojście do panelu administracyjnego, w którym właśnie przygotowuję dany tekst do publikacji. Fotoreporterzy z założenia zajmują się robieniem zdjęć. Ja jako dziennikarka też robię zdjęcia, ale robię ich znacznie mniej niż nasz fotoreporter, który przygotowuje tylko zdjęcia do zamieszczenia na stronie. Ja przede wszystkim przygotowuje teksty, chodzę na konferencje prasowe, zdobywam informacje i później taką informację opisuję, przygotowuję i zamieszczam.

Jakie są emocje przed wywiadem?

To zależy z kim przeprowadzam wywiad. Jeżeli jest to wywiad z gwiazdą, która ma miliony odsłon na YouTube, tak jak np. Sławomir, to są duże emocje dlatego, że jest to też ogromny stres, ale też potem fajne są odczucia w kontakcie z nim, bo wydaje się że Sławomir to taka wielka gwiazda, ale w rzeczywistości to bardzo fajny i sympatyczny człowiek, z którym się bardzo dobrze rozmawia, nie stwarza w kontakcie dystansu. Kiedy robię wywiad z miejscową gwiazdą, to nie czuję zbyt mocnego stresu, ponieważ nie mam wcale żadnego problemu w nawiązaniu osobistego kontaktu.

Z kim był pani pierwszy wywiad?

Mój pierwszy wywiad był z zespołem Pudelsi. Na dzień dzisiejszy w zespole już nie śpiewa Maciej Maleńczuk. Obecnie śpiewa tam wokalista o pseudonimie Foreman (Piotr Foryś).

Jakie były pani emocje przed pierwszym wywiadem?

Pamiętam ten wywiad doskonale, bo wpadłam prosto z uczelni do piwnicy przy Browarze Zamkowym w Cieszynie, tam już na mnie czekali Pudelsi. Prowadziłam z nimi wywiad przysłowiowo tak ,,prosto z buta”. Ja im zadawałam pytania, a oni zupełnie na coś innego odpowiadali. Po tym wywiadzie w naszej redakcji doszliśmy do wniosku, że jest tak „odjechany”, że go nie puściliśmy nigdzie. To było tak straszne przeżycie dla mnie, że będę je bardzo długo pamiętała.

Co się pani podoba w tej pracy?

Najbardziej podoba mi się kontakt z drugim człowiekiem, że można bardzo często spotykać się z ludźmi i z nimi rozmawiać, próbować rozwiązać ich problemy. Zdarza się czasami że są podrzucane mi informacje, o których warto napisać. Prawo prasowe pozwala mi chronić taką osobę. Nie podaję i nie publikuję jej danych, ale mogę jej pomóc rozwiązać problem, który związany jest np. z życiem społecznym.

Jaka była najciekawsza sytuacja w której prowadziła pani relacje?

No to na pewno był wywiad z zespołem Ich Troje. Wprowadzono nas za kulisy, a tam był tam ogromny bałagan. Bałagan to nawet za mało powiedziane. Były tam także wąskie korytarze, chodziliśmy sobie z kamerzystą pomiędzy małymi, ciasnymi pomieszczeniami. Oprowadzała nas menadżerka zespołu, pani Kinga. Zaprowadziła nas najpierw do Jacka Łągwy, jest to drugi frontman, oprócz Michała Wiśniewskiego. Potem natrafiliśmy na Michała Wiśniewskiego i dla mnie ta rozmowa była o tyle trudna, ponieważ moja koleżanka dała mi kartkę z pytaniami. Ja podczas wywiadów kartki zazwyczaj nie używam, ponieważ lubię zadawać pytania z głowy, to jest bardziej profesjonalne i wtedy mniej się stresuję. W pewnym momencie powtórzyłam to samo pytanie drugi raz i Michał to niestety wyłapał i zwrócił mi uwagę, że już wcześniej na to pytanie odpowiadał. Zrobiło mi się bardzo głupio… Podczas tego wywiadu cały czas myślałam tylko o jednym, o białych, idealnych zębach Michała, którymi mnie rozpraszał. (Śmiech…)

Czy lepiej pracować samemu czy z kimś?

Dziennikarstwo jest w zasadzie grą zespołową. Jeżeli ktoś mówi że chce być samotnikiem to w pewnym sensie też da się to zrobić, ale to nie jest dobre rozwiązanie.

Dlaczego lepiej pracować z kimś?

Dziennikarstwo to powinna być porządna redakcja, którą teraz budujemy pod nazwą Śląskie Centrum Informacji – SCI24.pl, w którym jest grupa fajnych ludzi, którzy są nastawieni na określony cel, czyli sukces portalu. Wszyscy muszą ciężko i wspólnie pracować, by to udało się osiągnąć.

Jakie wydarzenie związane z tą pracą najlepiej pani pamięta?

W zawodzie dziennikarza wydarzeń jest bardzo dużo, dlatego że dziennikarze pracują w różnych portalach, my nie współzawodniczymy ze sobą w takim sensie że ,,podkładamy sobie nogę” by zdobyć jakąś informację, newsa, tylko czasami nawzajem sobie pomagamy. Była kiedyś taka sytuacja że poszłam na konferencję prasową, wydawało mi się, że nagrałam całą konferencję na swój dyktafon, po tym zdarzeniu zreflektowałam się, że plik z nagraniem uszkodził się. Koleżanka z konkurencyjnej redakcji udostępniła mi swój plik, chociaż nie musiała. Potem była podobna sytuacja, że tamtej redakcji plik z koncertu się uszkodził, wtedy to my udostępniliśmy im nasze materiały.

Fot. Mariusz Pietrzak

Rozmawiali:

Radosław Gabzdyl i Dawid Pieczonka

„Zachęcamy do zapoznania się ze śląską kulturą” Wywiad…

Miałam przyjemność rozmawiać z wokalistami, które tworzą zespół Frele: Marta Skiba, Marcelina Bednarska i Magdalena Janoszka. W lutym 2017 roku wydały śląską wersję utworu „Hello” Adele, którą w dwa dni w internecie zobaczyło ponad 200 tys. osób. Piosenka powstała spontanicznie, w jeden wieczór. Frele opowiadają w niej o Achimie, który obiecał wrócić na obiad, ale słowa nie dotrzymuje. „Achim, kaj żeś jest? Jo tu siedza już za długo. (…) Ty gorolu z Sosnowca, ……………. ci”.

Skąd pomysł na zespół Frele i śpiewanie po śląsku?

To był nasz wybryk i nasze poczucie humoru. Pewnego wieczoru w Krakowie podczas prób jazzowego standartu poczyniłyśmy „Achima”. (cover „Hello” z repertuaru Adele, przyp. red.) Utwór został wrzucony do sieci i w ten sposób powstał zespół Frele. Kontynuujemy śląskość w tych utworach.

Co dał Wam ten szlagier muzyki światowej?

Przerabiamy wielkie przeboje i to sprawia nam ogromną frajdę.

Jak się poznałyście?

Poznałyśmy się na studiach, zaprzyjaźniłyśmy się i od siedmiu lat śpiewamy razem przy okazji różnych projektów.

Wszystkie jesteście po studiach wokalnych…

Tak, studiowałyśmy razem w Katowicach.

Cytując jeden z utworów, „Achim, kaj żeś jest, ja tu siedzę już za długo, ty gorolu ze Sosnowca…” Rozumiem, że wy nie jesteście ze Sosnowca. (Śmiech.)

Nie, nie jesteśmy ze Sosnowca, ale lubimy wszystkich mieszkańców tego miasta i chętnie tam zagramy koncert.

Chciałabym porozmawiać jeszcze o piosence „Królowa zup”. Czy zachęcie poprzez swoją twórczość do zapoznania się ze śląską kulturą i promujecie ją?

Celem naszej twórczości jest zachęcanie ludzi do zainteresowania się śląską kulturą. Śpiewamy o stereotypach, kobiecości i męskości, ale zawsze z żartem w tle. Wszystko sprawia nam wiele radości.

Planujecie też swoje piosenki?

Tak.

Fot. Mariusz Pietrzak

Rozmawiała Marta Cieślar

Maciej Cymorek:”Kreowanie postaci rzeczywistej jest czymś szczególnym”

Miałam przyjemność spotkać się z aktorem młodego pokolenia, Maciejem Cymorkiem. Rozmawialiśmy m.in o pracy na planie filmu „Dywizjon 303” i postaci Františka Jozefa, w która w filmie się wcielił. Premiera w tym roku.

Długo zastanawiałam się od czego zacząć naszą rozmowę. Może zaczniemy po prostu od…początku. Pamięta Pan swoje pierwsze poważne spotkanie z aktorstwem? Kiedy to było?

Moje pierwsze większe spotkanie z tym zawodem nastapiło kiedy miałem 13 lat. Zagrałem w spektaklu „Historia żółtej ciżemki”, w reżyserii Karola Suszki. Grałem też wtedy w innych spektaklach, (m.in bajkach), ale to właśnie wymieniony tytuł był początkiem.

Czy tak, jak dla wielu Aktorów, również dla Pana Teatr jest miejscem szczególnym, czy jednak nie rozgranicza Pan tego w ten sposób?

Żeby zachować higienę pomiędzy swoim życiem, a zawodem, który się uprawia, trzeba to rozgraniczać,chociaż różnie mi to wychodzi. W Teatrze spędzam wiele czasu, dlatego siłą rzeczy, jest dla mnie miejscem szczególnym i ważnym.

Uważa Pan, że rola tetaralna wymaga więcej skupienia i pracy, niż rola przed kamerą telewizyjną?

Mam wrażenie, że te role różnią się sposobem przygotowania. W Teatrze jest okres prób, kiedy cały zespół pracuję nad tym, co zostanie później przedstawione widzom. Przy filmie wszscy zazwyczaj spotykają się dopiero na planie. W przypadku filmu liczy się indywidualne przygotowanie. Owszem, są też czasami próby, ale nie są tak intensywne, jak w Teatrze.

Która z ról zagranych w Teatrze była dla Pana szczególna i dlaczego?

To trudne pytanie, ponieważ nie mam aż takiego doświadczenia w rolach teatralnych. W chwili obecnej w Warszawie gram w spektaklu „Triatlon”. To jednoaktówka. Rzecz dzieje się w garderobie. Sztuka jest pojedynkiem starszego z młodszym aktorem. Na scenie towarzyszy mi Pan Janusz Nowicki. Reżyserem spektaklu jest Igor Gorzkowski. To pierwszy spektakl po ukończeniu szkoły, który gram w Warszawie. Dlatego jest dla mnie szczególny.

Przejdźmy jednak do konkretów. Porozmawiajmy o rolach telewizyjnych. Wróćmy na moment do Pana głośnej i znaczącej roli Miłosza w „Na dobre i na złe“. Mimo, że pojawił się Pan tylko w odcinkach 623-625, Pana bohater miał duży wpływ na losy głównych bohaterów. Co było dla Pana najtrudniejsze w tej roli?

Było to zabawne doświadczenie, które wywoływało uśmiech na planie. To nastolatek z problemami. Objawy buntu młodzieńczego można pokazywać na różne sposoby.

Postać Miłosza można definiować w dwojaki sposób. Można stwierdzić, że był to czarny charakter, ale również jego zachowanie można usprawiedliwiać przez pryzmat problemów zdrowotnych. Jak na to nie patrzeć, w bilansie końcowym i tak wychodzi, że to postać z rysą, z pewnym złamaniem. Czy kreowanie takich właśnie bohaterów jest dla Pana dużym wyzwaniem aktorskim?

Aktorzy mają różne warunki fizyczne, dzięki którym obsadzani są w takich, a nie innych rolach. Tak się składa, że mnie wybierają często do kreowania ról tajemniczych, dziwnych, wręcz problematycznych. Nie wiem, czy takie granie jest trudne.

Od jednego z moich rozmówców usłyszałam nie tak dawno, że zło jest atrakcyjne dla sztuki. Zgodzi się Pan z tym stwierdzeniem?

Zdecydowanie tak, ale mam też okazję do kreowania postaci pozytywnych, więc cieszę się, że mogę doświadczać jednego i drugiego. Nie muszę brnąć w jedna stronę. Jest równowaga.

Jest Pan zdania, że częścią wiarygodnego wcielenia się w postać jest jej zrozumienie i zaakceptowanie wszystkich zachowań?

Mam wrażenie, że zawsze jest to kompromis – pomiędzy mną, a rolą, którą mam do zagrania. Zrozumienie postaci jest istotne.

Nie brakuje Panu czasem grania w tzw. „repertuarze lekkim“? Nie marzy Pan o zagraniu w komedii?

Nie wiem, czy sprawdziłbym się w tym gatunku. Wydaje mi się, że mam poczucie humoru, ale może trochę specyficzne. (Śmiech.) W typowo komediowym repertuarze nie miałem jeszcze okazji spróbować swoich sił, ale mam nadzieję, że przyjdzie taki czas.

Dla wielu aktorów jednak marzeniem jest zagranie w filmie, obrazującym wydarzenia hisotryczne. Pan miał okazję w takim filmie zagrać. Mowa oczywiście o „Dywizjon 303“. Kiedy premiera?

Nie znam na ten moment daty premiery.

W filmie wciela się Pan w rolę Josefa Františka, czeskiego i polskiego lotnika wojskowego, (as myśliwski lotnicwa polskiego; okresu II wojny światowej. W ramach przygotowania do roli zgłębiał Pan jego losy? Udało się Panu czegoś ciekawego dowiedzieć na jego temat?

Tak. Szukałem informacji na jego temat u wielu źródeł. Chciałem znaleźć coś, co będzie miało znaczny wpływ na to, jak będę zachowywał się na planie. Josef František był postacią bardzo tajemnicza, co rozpoczyna się od daty jego urodzenia. W kilku źródłach pojawiają się mocno zróżnicowane informacje na ten temat. Nawet okoliczności jego śmierci są owiane tajemnicą. Wyzwaniem było dla mnie, by pokazać go w niejednoznaczny sposób. Był wycofany, można powiedzieć, że był samotnym wilkiem. Oddzielał się od swojego szyku.

Co było dla Pana w tej roli najważniejsze? Bo chyba nie mylę się stwierdzając, że to rola dla Pana szczególna…

Było to duże wyzwanie i odpowiedzialność. Kreowanie postaci rzeczywistej jest czymś szczególnym. Wydaje mi się nawet, że mamy wspólne cechy. Cieszę się, że mogłem tego doświadczyć.

Mógłby opowiedzieć Pan coś o kulisach „Dywizjonu“. Jak pracowało się Panu w towarzystwie takich aktorów jak Maciej Zakościelny, Krzysztof Kwiatkowski, czy Jan Wieczorkowski? Zdarza się Panu, że dostaje Pan wskazówki zawodowe od „kolegów po fachu“? Wskazówki bywają lekcją. Co dla Pana w tych lekcjach jest najważniejsze?

Ja tam się im nie wtrącałem do tego co robią. (Śmiech.) Każdy zajmował się sobą. Staraliśmy się indywidualnie, by wszystko zrobić tak, jak można najlepiej.

fot. z archiwum prywatnego Macieja Cymorka

rozmawiała Mariola Morcinková