Mateusz Rzeźniczak: „Nie mam konkretnego hobby“

Przy okazji 19. Przeglądu Filmowego Kino na Granicy/ Kino na Hranici miałam przyjemność rozmawiać z aktorem młodego pokolenia, Mateuszem Rzeźniczakiem, który wspominał współpracę z Andrzejem Wajdą na planie filmu „Powidoki“.

W Cieszynie pojawia się Pan z okazji 19. Przeglądu Filmowego Kino na Granicy. To Pana druga wizyta na tym Festiwalu. Jaki jest Pana stosunek do tego typu imprez?

-Bardzo lubię festiwale filmowe, ponieważ jest to dla mnie idealny pretekst do nadrobienia filmowych zaległości, dodatkowo mamy szansę zobaczyć w kinie filmy, których dzisiaj nie ma w repertuarach.

Co, według Pana uznania, dla uczestników Kina na Granicy, jest najważniejsze?

-Moim zdaniem bardzo ważne jest to, że to przegląd filmów, a nie konkurs. Ten fakt ma bardzo dobry wpływ na atmosferę całego przedsięwzięcia.

Właśnie skończyła się projekcja filmu „Powidoki“ z Pana udziałem. To ostatni film, którego reżyserem był Pan Andrzej Wajda. Czy możliwość pracy z nim, była dla Pana szczególnym wyróżnieniem?

-Oczywiście. Andrzej Wajda jest mistrzem dla wielu z nas. Praca z nim była dla mnie ogromnym wyróżnieniem. Szczególnie, że była to niestety ostatnia szansa pracy z panem Andrzejem.

Jak wspomina Pan współpracę z Andrzejem Wajdą?

-Był wyjątkową osobą. Do każdego odnosił się z szacunkiem, był osobą bardzo miłą i kreatywną. Ogromnie był zaangażowany w to, co robił.

Film opowiada o wybitnym polskim malarzu, Władysławie Strzemińskim. Uważa Pan, że film jest przybliżeniem Jego osoby i twórczości?

-Jego twórczość w filmie nie jest pominięta, ale tu chodzi przede wszystkim o to, by pokazać, bohatera, który walczy z systemem w którym się znalazł.

Z jakimi opiniami na temat filmu „Powidoki“ Pan się spotkał?

-Jak to w sztuce opinie były pozytywne i negatywne. Wszystko jest kwestią gustu.

Naszym głównym tematem jest Festiwal KNG, więc nasuwa mi się oczywiste pytanie. Jakie filmy najbardziej lubi Pan oglądać z perspektywy widza?

-Na festiwalach nie ograniczam się do konkretnych gatunków.

Czy wśród filmów prezentowanych na Festiwalu wybrał Pan pozycje, które zechce zobaczyć?

-Widziałem m.in dokument Anny Zameckiej „Komunia“ i film w reżyserii Andrzeja Wajdy, „Smuga Cienia“.

Który z tych filmów zrobił na Panu największe wrażenie?

-Zdecydowanie film „Komunia“.

Znalazł Pan również czas, by zwiedzić miasto?

-Raczej spaceruję, Cieszyn jest przepięknym miastem, niestety jeszcze jeszcze nie znalazłem chwili by dokładnie zaznajomić się z jego historią oraz atrakcjami turystycznymi. Na festiwalach zawsze staram się zobaczyć jak najwięcej z repertuaru.

Odnoszę wrażenie, że to z perspektywy zawodowej barzdo dobry czas dla Pana. Oprócz filmu o którym rozmawialiśmy, można oglądać Pana również obecnie w dwóch serialach telewizyjnych. Mowa oczywiście o „Barwach szczęścia“ i stosunkowo nowej produkcji Polsatu – „Niania w wielkim mieście“. Pana pierwszy bohater, Paweł („BSZ“) jest pasjonatem filmu. Mariusz w „Niani…“ interesuje się fotografią. Co Pana pasjonuje w wolnych chwilach?

-Nie mam jednego konretnego hobby, które donminowałoby w moim życiu. Jako aktor bardzo lubię oglądać filmy, ale lubię też pojechać z kolegami na ryby. Lubię też czytać. Swego czasu zajomowałem się tańcem, teraz powoli do tego wracam.

Porozmawiajmy jednak przez chwilę o właśnie o tych serialach. „Barwy szczęścia“ są obecnie najchętniej oglądanym serialem codziennym w Polsce. Czy Panu zdarzało się oglądać serial, zanim trafił do obsady?

-Na „Barwy szczęścia“ natrafiałem oglądając telewizję, ale nie oglądałem tego serialu regularnie.

Mam wrażenie, że Pana bohater jest obecnie jedną z obecnie najciekawszych postaci w serialu. Nie ma łatwego charakteru, wszystko musi być tak, jak sobie zaplanuje. Czy jego odgrywanie jest dla Pana wyzwaniem?

-Tak, kreowanie tej postaci jest wyzwaniem. Paweł bardzo reaguje i myśli zupełnie inaczej niż ja, często muszę zacisnąć zęby i robić swoje. Praca na planie serialu jest specyficzna.

Czy może Pan opowiedzieć coś o jego najbliższych losach?

-Dużo się dzieje. Ciężko mi się wypowiedzieć konkretnie.

Przejdźmy jednak do serialu „Niania w wielkim mieście“. To stosunkowo nowy serial, ale bardzo podoba się widzom. Co Pana zdaniem jest jego sukcesem?

-To serial o ludziach mądrych, a jednocześnie dorastających emocjonalnie. Bohaterowie próbują bez histerii poradzić sobie z sytuacją, w którą po prostu wepchnął ich los, każdego z nas to spotyka na co dzień pytanie jak my sobie z tym poradzimy.

Czy jest szansa na drugą transzę?

-Niestety tego jeszcze nie wiem.

W jakich jeszcze serialach, filmach lub innych projektach będzie można Pana oglądać w najbliższym czasie?

-W najbliższym czasie będę dalej grał w „Barwach“ oraz w „serialu „Niania w wielkim mieście”

Fot. M.Rzeźniczaka

Rozmawiała Mariola Morcinková

Urszula Grabowska: „Czekam na okazje spotkań z publicznością“

Z Panią Urszulą Grabowską spotkałam się w ramach 19. Przeglądu Filmowego Kino na Granicy/Kino na Hranici w Cieszynie. Rozmawiałyśmy na krótko przed przedpremierową projekcją filmu „Miłość w mieście ogrodów“, gdzie aktorka wcieliła się w jedną z głównych ról.

W Cieszynie pojawia się Pani z okazji 19. Przeglądu Filmowego Kino na Granicy. Jaki jest Pani stosunek do tego typu imprez?

-Mój stosunek do tego rodzaju imprez jest bardzo otwarty. Tym bardziej, że ten Festiwal cieszy się dużym uznaniem, co wynika z różnych względów, m.in z miłości do kina czeskiego i z powodu atmosfery Cieszyna. Moja miłość do tego miasta rośnie, chociażby ze względu na to, że są wyświetlane dwa filmy z moim udziałem, co daje mi powód do spotkania z tutejszą publicznością. Jestem zaprzyjaźniona z dyrektorem artystycznym całego przedsięwzięcia Łukaszem Maciejewskim, więc to również sprowadza się do pozytywnych odczuć.

„Kino na granicy“ jest jednym z najbardziej znanych w Polsce przeglądów filmowych. W jaki sposób dowiedziała się o nim Pani?

-Dowiedziałam się o tym przeglądzie co najmniej piętnaście lat temu. Siostra mojego męża studiowała w Cieszynie, byliśmy więc bywalcami tego miasta i sympatykami Festiwalu.

„Kino na granicy“ zrzesza fanów i sympatyków filmu. W czym, Pani zdaniem tkwi siła tej imprezy?

-Myślę, że ma to związek z tym, że jesteśmy nakierowani przede wszystkim na kino polskie i czeskie. Uważam to za wymianę dwóch sposobów portretowania rzeczywistości. Kino czeskie ma swój styl, bardzo przez nas ceniony i lubiany. Ubolewam, że w tym momencie jest mniej kina czeskiego w kinach polskich. Wydaje mi się, że podczas „KNG“ napływa do Cieszyna bardzo wiele ludzi. Impreza jest oczywiście kierowana również do lokalnej społeczności, ale Cieszyn w tym okresie staje się jednym z najważniejszych filmowych miast Polski. Przegląd jest okazją do ciekawej wymiany poglądów, a także do ciekawych spotkań branżowych.

Za kilka chwil wyświetlony zostanie film z Pani udziałem z roku 2016 – „Miłość w mieście ogrodów“. To połączenie kilku gatunków filmowych – kina romantycznego, społecznego i political fiction. Do jakich widzów film jest skierowany?

-Od czasu realizacji filmu upłynęło półtora roku. W Cieszynie będzie to pierwszy pokaz przedpremierowy. Nie widziałam filmu w ostatecznym kształcie, więc jestem ciekawa, co zostało z założeń scenariusza po montażu. Towarzyszy mi w związku z tym pewien rodzaj napięcia i ekscytacji. Według naszych pierwotnych założeń jest to film adresowany do szerokiego grona publiczności. Niesie uniwersalne przesłania, dotyczące naszej samorealizacji, potrzeby bliskości i tajemnic w realacjach, w których żyjemy i w które wchodzimy. Film porusza się też w różnych obszarach sztuki. Zatem mam wrażenie,że każdy widz może znaleźć swój punkt odniesienia.

Jaka jest Pani bohaterka Marta?

-Gram kobietę zrealizowaną zawodowo. Marta jest kuratorem sztuki. W wieloletnim związku, którego owocem jest pełnoletni syn. Parę lat wstecz w życiu jej rodziny wydarzyła się traumatyczna historia. Coś, co na stałe odcisnęło ślad na jej relacji małżeńskiej. Marta to kobieta nostalgiczna, niosąca w sobie dużą tesknotę za bliskością, do tworzenia czegoś istotnego. A jednocześnie, tak jak jej mąż, poszukująca nowych dróg i fascynacji.

Spotkała się już Pani z pierwszymi opiniami na temat filmu?

-Nie, ponieważ jest to nasza pierwsza publiczna projekcja tego filmu. Towarzyszy mi w tej chwili naprawdę duże napięcie, jestem bardzo ciekawa tego co zobaczę, jak i tego z jakim odbiorem spotka się „Miłość w mieście ogrodów“.

Drugim filmem, z którym przyjechałam do Cieszyna jest „Wspomnienie lata“, film, który też nie miał jeszcze premiery kinowej, ale pokazywaliśmy go już na kilku festiwalach. W jego przypadku spotykamy się z bardzo dobrym odbiorem.

„KNG“ jest także okazją do spotkań z publicznością. Lubi Pani okazje do wymiany zdań z sympatykami?

-Tak. Zawsze czekam na okazje spotkań z publicznością, bo weryfikują i często potwierdzają sens mojej pracy. Dowiaduję się wtedy, na ile przekaz mojej roli trafia do ludzi i jaki ma oddźwięk. Sprawdzam skalę swojej skuteczności. Czasem na takich spotkaniach można się również pospierać o swojego bohatera. To też bywa bardzo interesujące.

Mogłaby Pani przytoczyć jedno, najciekawsze pytanie, które padło podczas projekcji filmu „Wspomnienie lata“?

-Pojawiło się pytanie o to, co urzeka mnie w scenariuszu filmu „Wspomnienie lata“. Bardzo cieszy mnie to, że nie próbuje się potępiać granej przeze mnie postaci, mimo, że jej moralność stawia się często pod znakiem zapytania.

Czy w ramach „KNG“ oglądała Pani jakieś filmy?

-Niestety, podczas 19. edycji „KNG“ nie udało mi się, ponieważ przyjechałam tu tylko na dwa dni. Zobaczę na pewno „Miłość w mieście ogrodów“. (Śmiech.) Wiele z filmów, które są tu teraz prezentowane, widziałam przy innych okazjach.

Jakie filmy lubi Pani oglądać z perspektywy widza?

-Nie wiem, czy jestem poszukiwaczem kina gatunkowego. Bardzo lubię oglądać dokumenty oraz kino społeczno- psychologiczne.

Bardzo ciekawi mnie tu Pani odpowiedź. Lubi Pani oglądać siebie na ekranie, czy jednak tak, jak wielu aktorów, doszukuje się wtedy Pani tego, co mogłaby poprawić, zagrać lepiej?

-Kiedy spoglądam z dystansu, zawsze widzę coś, co można by poprawić. Uodporniłam się już jednak przez lata praktyki zawodowej na swój wizerunek na ekranie. (Śmiech.) Podchodzę do tego w sposób zawodowy, sprawdzam poziom swojej skuteczności i tego, na ile moje założenia przełożą się na ekran filmowy. Jestem już spokojniejsza. Ufam sobie bardziej.

Proszę opowiedzieć coś o swoich planach zawodowych na czas najbliższy.

-Moje plany zawodowe związane są z Teatrem Bagatela i Teatrem STU w Krakowie. Czeka mnie wznowienie tytułu „Cesarz Kaligula“. Zaczęłam próby do spektaklu „Czego nie widać“, a w czerwcu rozpocznę próby do spektaklu „Wiedźmy“. Moją drugą linią zawodową jest PWST im. Ludwika Solskiego w Krakowie, gdzie od dwóch lat jestem w gronie pedagogów i uczę młodych ludzi mówić wierszem.

Fot: Anna Ciupryk

Rozmawiała Mariola Morcinková

Andżelika Piechowiak: „Jestem realistką“

Przed spektaklem „Jak się kochają w niższych sferach“ miałam przyjemność rozmawiać z Panią Andżeliką Piechowiak. O pogodnym nastawieniu do życia, Agencji PALMA i miłości do kotów oraz do…jedzenia.

Przygotowując się do naszej rozmowy przezczytałam, że nie jest Pani życiową optymistką. Chyba jednak nie mogę zgodzić się z tym stwierdzeniem. Jest w Pani przecież wiele pozytywnej energii. Jak jest naprawdę?

-Nie wiem, czy jestem optymistką. Na pewno jestem realistką. Mam dobrą energię i dobry humor. Towarzyszy mi nadzieja, że wszystko się ułoży, ale nie mam parcia na to, że zawsze musi być świetnie. Dlatego nie określam siebie mianem typowej optymistki.

Podziela Pani moją opinię, że w dzisiejszych czasach ludzie nie umieją cieszyć się ze zwykłych, małych rzeczy? Co zrobić, by zmienić ten stereotyp?

-Uważam, że czasami tak bywa. Sama się na tym „łapię“. Trzeba umieć sobie uświadomić, że z tych małych rzeczy składa się życie i tak naprawdę nie warto ich nie dostrzegać, marnować okazji by zachwycać sie drobnostkami, czerpać radość z drobiazgów. Często po czasie okazuje się, że te detale były istotniejsze niż wielkie, wyczekiwane sukucesy.

Jaki jest Pani przepis na udany dzień? Uważa Pani, że każdy dzień może być dobrym, bo wszystko zależy tylko od nas?

-Niestety, nie wszystko zależy tylko od nas, ale nastawienie do życia tak. Nawet, jak się coś nie układa, nie warto się tym przejmować. Każdego dnia można zrobić coś fajnego, co poprawi nam humor.

Dzisiejszy dzień również świetnie się dla Pani zapowiada, choć może i nie ma ładnej pogody, to zaraz zostaną odegrane dwa spektakle „Jak się kochają w niższych sferach“. Czy tak, jak dla wielu aktorów, Teatr jest dla Pani ważnym miejscem?

-Tak. Bez Teatru nie ma aktorów. Cieszę się, że mogę grać w Teatrze. Każde granie spektaklu , w tym również te wyjazdowe sprawia mi dużo frajdy. Chociażby dlatego, że mogę robić to co kocham dzisiejszy dzień jest fajny.

Jak w kilku słowach opisałaby Pani swoją postać, którą kreuje w dzisiejszym spektaklu?

-To postać, która ma w sobie coś z zołzy. Jest apodyktyczna i nie zwraca uwagi na swojego męża. Ma swoje życie na boku. Nie jest to najsympatyczniejsza żona na świecie. (Śmiech.) Ma wiele energii, jest impulsywna, więc jest co grać, ale nie chciałabym być taka prywatnie. (Śmiech.)

Zdążyła już Pani polubić swoją bohaterkę?

-Lubię wszystkie swoje bohaterki.

W których rolach czuje się Pani lepiej na scenie? Komediowych, czy dramatycznych?

-Ostatnio gram więcej ról komediowych, sprawiają mi dużo frajdy. Staram się, by były to role prawdziwe. Nie skupiam się na tym, że musi być śmiesznie.

Czy na chwilę obecną ma Pani coś takiego, co można nazwać Pani rolą marzeń?

-Nigdy nie miałam czegoś takiego.

U boku jakich aktorów, bądź u jakiego reżysera chciałaby Pani zagrać? Ma Pani takie nazwiska?

-Nigdy nie zastanawiałam się nad tym. Wszyscy aktorzy, których spotykam na swojej drodze, są wyjątkowymi ludźmi. Cieszę się z każdego takiego spotkania.

Warto wspomnieć też o tym, że bycie aktorką nie jest Pani jedyną życiową rolą, albowiem jest Pani również właścicielką Agencji Produkcyjnej PALMA. Czy na dłuższą metę pogodzenie tych dwu zawodów nie jest trudne?

Połączenie bywa trudne. Szczególnie, kiedy gram w spektaklu, którego jestem producentką, bo i tak bywa, choć są to sporadyczne sytuacje. Staram się jednak albo grać, albo produkować, tak jest prościej dla wszystkich. Oba zajęcie sprawiają mi mnóstwo sadysfakcji i radości.

Gdyby musiała Pani zrezygnować z jednej z tych aktywności zawodowych na rzecz drugiej, to rezygnacja z czego byłaby dla Pani łatwiejsza, bądź bardziej oczywista?

-Nie umiałabym, poza tym nie wydaje mi się żeby zaszła konieczność takiego wyboru. Te dwie sytuacje są z sobą bardzo połączone, więc nawet nie myślę o takich dylematach, tylko po prostu robię swoje. (Śmiech.)

Cały czas rozmawiamy o zawodzie, ale nie sposób też nie porozmawiać o Pani zamiłowaniach i pasjach. Ma Pani „łatkę“ Kociej Mamy. Czy od najmłodszych lat koty były obecne w Pani życiu?

-Nie. Kiedy byłam dzieckiem, w moim domu nie było czworonogów. Koty pojawiły się dopiero w moim dorosłym życiu. Lubię wszystkie zwierzaki, ale koty są odrobinę mniej wymagające niż psy, dzięki temu łatwiej znoszą rytm mojej pracy.

Ile kotów ma Pani w domu obecnie? Chyba się nie pomylę, jeśli stwierdzę, że nie wyobraża Pani sobie bez nich życia, prawda?

-W chwili obecnej mam jednego kota. Tak, to prawda, nie wyobrażam sobie życia bez niego. Potwierdzi to każdy, kto ma kota. (Śmiech.)

Kocha Pani koty, ale obok psów też nie przechodzi obojętnie. W roku 2015 wzięła Pani udział w sesji zdjęciowej do kalendarza „MOON FOR PAKA DLA BEZDOMNIAKA“. Czy w tym momencie również wspiera Pani jakieś konkretne schronisko?

-Cały czas wspieram różne fundacje. Mam potrzebę pomagania zwierzętom, bo im trudno mówić we własnym imieniu, a ludzie na prawdę bywają okrutni i bezmyślni.

Pani drugą pasją z tego, co wiem, jest gotowanie. Lubi Pani odkrywać nowe smaki?

-Pasję do gotowania ma mój mąż. Moją pasją jest jedzenie. Gotowanie, a jedzenie to dwie zupełnie różne rzeczy.

Na koniec chciałabym zapytać o Pani danie popisowe.

-Nie mam dania powisowego, bo nie gotuję. Nie mam nawet ulubionego dania, lubię jeść wszystko.

Fot: nadesłane przez aktorkę.

Rozmawiała Mariola Morcinková

Justyna Sobolewska: „Wszyscy jesteśmy czytelnikami“

Czy wyniki czytelnictwa faktycznie spadają? Co myśli o inicjatywach promujących czytanie? Które popiera, a które omija? Na te i wiele innych pytań odpowiedziała autorka „Książki o czytaniu“, Justyna Sobolewska.

Kiedy pojawił się u Pani pomysł na „analizę czytania“ i powstanie książki?

-Kilka lat temu zauważyłam, że wszyscy zajmują się tym, co czytają, nie zwracając uwagi na sam proces czytania, który jest bardzo ciekawy. Spostrzegłam, że kiedy zaczynam rozmawiać o tym ze znajomymi, wszyscy są zainteresowani i zaczynają opowiadać jak i gdzie czytają. Chętnie opowiadają o swoich książkowych przyzwyczajeniach. Zauważyłam, że to temat, który jest dla czytelników bardzo emocjonujący i pomyślałam wtedy, że warto o tym napisać. Pierwszą książką o takiej tematyce był „Ex libris“ autorstwa Anne Fadiman. Zajęła się anatomią czytania, którą połączyła z rodzinną opowieścią. Ta książka była dla mnie bezpośrednią inspiracją, ale później odkryłam kolejne. Ten temat zgłębia wiele książek. To osobna podgrupa literatury.

Jak wyglądał proces twórczy?

– Zwykle bardzo się męczę przy pisaniu artykułów, a tym razem miałam z pisania wielką przyjemność, Pewnie dlatego , że ja tym żyję. Jedną z głównych czynności w moim życiu jest siedzenie i czytanie, więc myślenie o wszystkim tym, co z czytaniem się wiąże, było dla mnie bardzo miłe. Książka ułożona jest z cytatów, które kolekcjonowałam. Teraz mogłam wreszcie włożyć je do mojej książki. To dla mnie ważne.

Mogłaby więc Pani przytoczyć najważniejszy dla siebie cytat z całej książki?

-To trudne pytanie. Nie przytoczę cytatu, ale pierwsze zdanie, od którego zaczyna się książka. „Wszycy jesteśmy czytelnikami“. Moja książka jest prezentem dla osób, które lubią myśleć o tym, jak z nimi postępować i dla tych, dla których książki są ważne.

Jednym słowem – Pani książka jest dla tych czytelników, dla których książki są ważne.

-Tak, ale także dla osób, które kiedyś czytały, ale później przestały. Istnieje taka grupa czytelników, porzucająca książki. Przykładem tego jest młodzież, która nie ma czasu na czytanie. Spotkałam się też z takimi osobami, które czytanie odkryły dopiero na emeryturze, a to zmieniło ich życie. Czytanie można zgubić. Dla takich czytelników, którzy kiedyś czytali – też zwracam się w tej książce.

Czy można zatem stwierdzić, że do takich rzeczy, jak np. sposób ułożenia książek na półce, czy wybór miejsca do czytania, przywiązuje Pani ogromną wagę?

-Nie do końca sprawdza się to w moim przypadku, ponieważ u mnie na półkach panuje bałagan. Nie jestem czytelnikiem, który układa książki według pewnego klucza. Nie mam na to czasu. Chciałabym mieć go, by móc zrobić porządek na półkach. Miejsce do czytania wybieram według tego, gdzie w chwili obecnej jestem. Najbardziej lubię czytać w domu, w moim fotelu. Czytam też w tramwaju i autobusie. Zdarza mi się czasem również czytać idąc. Potrzeba jest matką wynalazku. Chcę czytać, więc znajduję odpowiednie miejsce.

Jest szansa na kolejny tytuł w dorobku, czy w chwili obecnej skupia się Pani na promocji pozycji, z którą przyjechała do Cieszyna?

-Jesteśmy w kawiarni Kornel i Przyjaciele, a moje myśli są teraz skupione wokół Kornela Filipowicza, ponieważ robię wybór jego opowiadań i będę pracować nad jego biografią.

Jak samopoczucie przed spotkaniem w kawiarni Kornel i Przyjaciele?

– Jestem szczęśliwa, że tu jestem. Wielu pisarzy polecało mi to miejsce, wszyscy je chwalą.

Wyniki czytelnictwa z roku na rok gwałtownie spadają. Jak Pani myśli, co ma na to największy wpływ? Można jakoś to zmienić, jakoś temu zaradzić?

-Wydaje mi się, że każdy na swój własny rachunek, powinien promować czytanie. Jestem zdania, że czytanie ma dużą konkurencję. Jego największą konkurencją jest oczywiście internet. Wszędzie spotykam ludzi czytających, więc nie mogę się chyba do końca zgodzić z tym, że nie czytamy. Są różne sposoby czytania, których badanie nie obejmują. Tak, jak już mówiłam, musimy sami promować czytanie. Trzeba czytać wszędzie. Ważne jest, by czytać dzieciom. Od najmłodszych lat trzeba w dzieciach zaszczepiać potrzebę czytania. Wtedy łatwiej do niego wrócić.

Jest przecież wiele inicjatyw promujących czytanie. Jak np. „W roku 2017 przeczytam 54 książki“. Dlaczego nie jest Pani zwolenniczką takich akcji?

-Wydaje mi się, że nie jest ważna ilość, ale jakość czytania. Nie chciałabym, aby moja książka była jedną z wielu, którą trzeba szybko zaliczyć. Czytanie czasem stawia nam opór. Mamy prawo czytać wolno. Wyścigi nie są tu potrzebne. Czytanie nie jest przedmiotem zawodów sportowych, ale jeżeli sprzyja to czytelnictwu, to bardzo się z tego cieszę.

Jakie książki czyta Pani w wolnych chwilach?

-Te same, które czytam do pracy. Mam ten komfort, że moje życie zawodowe daje mi przyjemność prywatnie. Czytam do recenzji, ale także dla przyjemności. Kiedy wybieram się na wakacje, staram się ze sobą zabierać coś z klasyki, na którą nie mam czasu w ciągu roku.

Czy to, co Pani czyta, jest czasem związane z tym, w jakim jest Pani nastroju?

-Tak. Niektóre książki przychodzą do nas w momentach, w których najbardziej ich potrzebujemy. Nagle pojawia się książka, która opowiada nam o tym momencie, w którym właśnie jesteśmy i pozwala nam pójść dalej. Widzimy w niej czasem również swoje myśli. To taki tajemniczy związek, którego nie można wytłumaczyć. Czasem jest też tak, że coś przeszkadza nam w czytaniu. Jesteśmy przybici albo nie potrafimy się skupić. Wydaje mi się, że w dzisiejszym świecie bardzo trudno jest nam się skoncetrować. Otacza nas wiele atrakcji, które nas rozpraszają. Mnie również. Wtedy jestem zła.

Jak reaguje Pani na panujący obecnie trend, że prawie każda osoba publiczna pisze książkę?

-Nie muszę tego na szczęście wszystkiego czytać. Wydaje mi się, że trudniej teraz książkom znaleźć czytelników. Trochę szkoda, by ludzie czytali tylko książki osób, które znają z ekranu. Warto jednak czytać literaturę, a nie tylko poradniki. Książki celebrytów są często bestselerami, ale moim zdaniem warto szukać swoich autorów, według własnego gustu. Warto iść swoją ścieżką i szukać najważniejszych książek.

Mogłaby Pani podać tytuł książki, która ostatnio Panią zachwyciła jako czytelniczkę?

-To „Niepamięć“ Davida Fostera Wallace. Książka wymagająca, ale jest on autorem, którego warto poznać. Jest wyjątkowym zjawiskiem, nikt nie pisał tak, jak on.

Fot. Oleg Kilijański

Rozmawiała Mariola Morcinková

Rafał Bryndal: „Powinniśmy sobie pomagać“

Przed 10. Biegiem po Nowe Życie w Wiśle rozmawiałam z Panem Rafałem Bryndalem. Nie tylko o pomaganiu innym, ale również o Hokejowej Reprezentacji Artystów Polskich i o pogodnych stronach życia.

Emanuje Pan dobrą energią. Mam wrażenie, że uśmiech nie schodzi z Pana twarzy. Co daje Panu w życiu największą siłę?

Potrafię znaleźć radość w małych rzeczach, które utwierdzają mnie w przekonaniu, że warto być otwartym na świat i ludzi. To daje mi siłę. Pogoda ducha może mieć wpływ na zachowanie innych ludzi. Ojciec mnie tego nauczył. Niczego nie udaję. Jestem taki z natury. Sprawiam wrażenie osoby pogodnej, ale oczywiście, miewam też, jak każdy, gorsze dni.

Podziela Pan moją opinię, że w dzisiejszych czasach ludzie nie umieją cieszyć się z drobiazgów? Co zrobić, by to się zmieniło? 

Ma Pani rację. Ludzie boją się być sami ze sobą. Nie są przyzwyczajeni do samotności i stąd pewnie potrzeba posiadania różnego rodzaju gadżetów. Społeczeństwo coraz rzadziej zwraca uwagę na rzeczy ważne. Nasze życie duchowe ograniczyło się do oglądania telewizji. Coraz mniej czytamy, a to niesamowicie rozwija. To nas wzbogaca. Nie trzeba jechać do Afryki, by przeżyć świetną podróż. Można iść do kuchni. Dla tego, kto ma wyobraźnię, wszystko może być atrakcyjne.

Jaki jest Pana przepis na udany dzień? Wychodzi Pan z założenia, że każdy dzień może być dobry, bo wszystko zależy tylko od nas? 

Tak, wszystko zależy od naszego nastawienia. Ja zaliczam dzień do udanych, kiedy uczę się czegoś nowego. To mogą być rozmaite rzeczy. Dobra książka, świetny film albo po prostu interesująca rozmowa. Wszystko nas buduje, wszystko może dawać radość a to, co kogo uszczęśliwia, zależy już od indywidualnych potrzeb.

Dzisiejszy dzień też bardzo dobrze się zapowiada. Jest słonecznie, a my spotykamy się w Wiśle, przy okazji imprezy Bieg po Nowe Życie. Nie jest to Pana pierwszy start. Startował Pan jeszcze na biegówkach. Pamięta Pan moment, w którym dowiedział się o całej inicjatywie? 

Bardzo cenię Przemka Saletę. Jestem pod wrażeniem całej akcji. Kiedy po raz pierwszy dostałem zaproszenie, przyjechałem tu z wielkim animuszem. Potem jednak moje obowiązki zawodowe sprawiły, że nie mogłem uczestniczyć w kolejnych edycjach tego szlachetnego wydarzenia. Bardzo żałowałem. Cieszę się jednak, że biorę udział w jubileuszowej edycji Biegu po Nowe życie. Cieszę się, że w ten sposób mogę pomóc propagować transplantologię.

Moim zdaniem udział osób publicznych w całym wydarzeniu bardzo pomaga w budowaniu tej świadomości. Zgodzi się Pan z tym stwierdzeniem?

Oczywiście, że tak. Wiele gwiazd promuje tę ideę, dzięki czemu cała akcja ma szansę dotarcia do większej grupy odbiorców. Kiedy znane osoby utożsamiają się z tematem transplantacji przynosi to dobry skutek.

W jaki sposób przygotowywał się Pan do dzisiejszego startu?

Nie przygotowywałem się jakoś szczególnie, ponieważ regularnie uprawiam sport. Nie uprawiałem nigdy nordic walking, więc ten bieg będzie dla mnie nowym doświadczeniem.

Jest Pan jednym z zawodników Hokejowej Reprezentacji Artystów Polskich. Pamięta Pan, jak trafił do HRAP-u?

Kiedy dowiedziałem się o tej drużynie to sam zgłosiłem się do nich i po kilku meczach zostałem przyjęty.

Mam wrażenie, że jesteście na lodowisku niezwykle zgranym teamem. W czym Pana zdaniem tkwi sukces waszej drużyny?

W tym, że hokej na lodzie jest naszą pasja. Gra w tak dobrym towarzystwie jest wielką przyjemnością. Traktujemy nasze granie na luzie. Mamy świadomość, że pomagamy ludziom, ponieważ nasze mecze są przede wszystkim charytatywne. Granie w drużynie HRAP-u jest swego rodzaju powrotem do chłopięcych marzeń. Mamy dobry sprzęt. Gramy na zawodowych lodowiskach. Wszystko sprawia nam dużo radości.

26 marca zagraliście mecz charytatywny na rzecz podopiecznych Fundacji Herosi. Może Pan opowiedzieć coś więcej na temat tego niezwykłego wydarzenia?

To wydarzenie było dla mnie bardzo ważne, ponieważ byłem poniekąd inicjatorem tego meczu. Zagraliśmy z drużyną ambasady kanadyjskiej. Spotkanie odbyło się w ramach obchodów 150-lecia Kanady. To była świetne spotkanie. Prawdziwe święto hokeja. Na imprezie pojawiło się bardzo dużo ludzi. Podeszliśmy do tego bardzo poważnie. Już myślimy o zorganizowaniu kolejnej imprezy.

Każdy może pomóc Fundacji Herosi? Jak to zrobić?

Fundacji Herosi można pomóc poprzez przekazanie 1% podatku. Można również wejść na stronę internetową Herosów i z szeregu inicjatyw, które organizują można wybrać dowolną i ją wesprzeć. To wspaniała fundacja. Podopieczni mogą być szczęśliwi, że ktoś taki się nimi opiekuje.

Właśnie. Jest Pan bardzo aktywny społecznie, zawsze chętny do pomocy. Co jest dla Pana najważniejsze w pomaganiu innym?

Staram się pomagać tam, gdzie tylko mogę. Traktuję to jako miły obowiązek. Powinniśmy sobie wzajemnie pomagać. Gdyby tak zawsze było, świat byłby lepszy.

 Pomaganie w życiu jest ważne. A co dla Pana jest najważniejsze?

Najważniejsze jest dla mnie zdrowie, ale również spotykanie ludzi, z których czerpię inspirację do bycia sobą i pisania tekstów.  

Fot: Rafał Bryndal 

Rozmawiała Mariola Morcinková

Sprawca rozboju w policyjnym areszcie

Kryminalni z chorzowskiej komendy zatrzymali 31-letniego rozbojarza. Mężczyzna wraz z kolegami napadł na mieszkańca Chorzowa, dotkliwie go pobił, a następnie ukradł poszkodowanemu znaczną sumę pieniędzy oraz telefon komórkowy. Został zatrzymany kiedy spał w jednym z pustostanów. Trafił pod dozór policji.

Kryminalni z chorzowskiej komendy ustalili i zatrzymali sprawcę rozboju, do którego doszło na początku lutego w Chorzowie. Po dwóch miesiącach wytężonej pracy policjanci ustalili sprawcę tego przestępstwa. Młody mieszkaniec Chorzowa idąc wraz z kolegami zaatakował swoją ofiarę na ulicy Armii Krajowej. W trakcie szarpaniny poszkodowany został dotkliwie pobity, a następnie okradziony z pieniędzy i telefonu komórkowego. Stróże prawa wytypowali, że głównym sprawcą jest osobą bez stałego miejsca pobytu, która sypia w jednym z pustostanów mieszczących się na terenie miasta. Mężczyzna został zatrzymany wcześnie rano. Nie spodziewał się, że zostanie „namierzony”. Trafił do policyjnego aresztu, usłyszał już zarzut rozboju. O jego dalszym losie zadecyduje sąd. Prokuratur oddał go pod dozór chorzowskiej policji.

mat.pras.

Zatrzymany diler narkotyków

Marihuanę, z której można było przygotować ponad 390 działek dilerskich, znaleźli w mieszkaniu 23-letniego chorzowianina policjanci z wydziału kryminalnego. Mężczyzna usłyszał już zarzut posiadania znacznej ilości narkotyków i nielegalnego przewozu przez terytorium dwóch państw.

Policjanci z wydziału kryminalnego chorzowskiej komendy, zajmujący się zwalczaniem przestępczości narkotykowej, obserwowali młodego mieszkańca miasta, który miał zajmować się handlem substancjami zabronionymi. Stróże prawa zlokalizowali miejsce, w którym przechowywał znaczne ilości narkotyków. W trakcie przeszukania mieszkania chorzowianina, detektywi zabezpieczyli marihuanę, z której można było wydzielić ponad 390 porcji narkotyku, foliowe woreczki, wagę i 15 tysięcy złotych, które najprawdopodobniej pochodziły ze sprzedaży tych środków. Policjanci ustalają teraz komu mężczyzna sprzedawał i od kogo nabywał narkotyki. Zatrzymanemu przedstawiono już zarzuty. 23-latkowi grozi nawet 5 lat więzienia.

mat.pras.

Od głośnej muzyki do napadu na stróżów prawa

Nawet na 3 lata może trafić do więzienia młody sławkowianin, który w przededniu Wielkanocy swoją agresję przeniósł z rodziny na interweniujących mundurowych. Pijany 25-letni mieszkaniec Sławkowa zlekceważył uwagi domowników, dotyczące zbyt głośnej muzyki. Różnica zdań wywołała awanturę, której nie ostudziło nawet przybycie funkcjonariuszy.

W sobotę sławkowski policjant i strażnik miejski interweniowali w jednym z domów, gdzie młody mieszkaniec miasta, mimo zbyt późnej pory, słuchał głośnej muzyki. Awanturujący się 25-latek jeszcze przez przybyciem patrolu wyrzucił przez okno cały sprzęt grający. Młody mężczyzna swoją agresję przeniósł następnie na domowników, którym groził trzymanym w ręce nożem. Widok patrolu nie uspokoił furiata. Wyraźnie pobudzony mężczyzna pod adresem mundurowych skierował wiele wulgaryzmów. Nie pomogło wezwanie do zachowania zgodnego z prawem. W trakcie interwencji mundurowi zmuszeni byli użyć środków przymusu bezpośredniego. 25-latek był pijany. Badanie alkomatem wykazało w jego organizmie prawie promil alkoholu. Mężczyzna przyznał się już do winy i złożył wniosek o dobrowolne poddanie się karze. Za znieważenie i napad na stróżów prawa grożą mu nawet 3 lata więzienia.

mat.pras.