Teraz energię czerpię z widowni

Miałam przyjemność na kilka godzin przed koncertem organizowanym w Cieszynie w ramach trasy „Lato z radiem“, rozmawiać z Urszulą. O płycie „Biała droga“, ale także najbardziej charakterystycznych piosenkach wokalistki i przygotowywanym nowym materiale.

Na początek naszej rozmowy wybrałam temat Pani albumu „Biała droga“ , od którego wydania w 2016 roku minęło 20 lat. Dlaczego ta płyta była dla Pani szczególna?

-Była to w pełni moja autorska płyta, po moim powrocie do Stanów. Był to powrót z nową energią. W tej płycie zawarłam wszystkie moje życiowe doświadczenia. Chciałam na tej płycie pokazać, że wyjazd do Stanów był czymś, co pozwoliło mi się zmienić i otworzyć. Chyba żadna moja płyta nie sprzedała się tak dobrze, jak „Biała droga“.

Czy sentyment do piosenek, które się na niej znajdywały te 20 lat temu, ożył w Pani w pewnym stopniu, kiedy pojawiła się na rynku w nowej, zremasterowanej odsłonie?

-Sentyment zawsze żyje. Tak się składa, że na tej płycie jest bardzo dużo przebojów, które przez cały czas, od momentu powstania płyty gramy podczas koncertów. Żaden koncert nie może obejść się bez piosenki „Konik na biegunach“, czy „Na sen“.

Gdyby miała Pani wskazać jeden utwór z „Białej drogi“, w szczególności dla siebie ważny, to na który mogłoby paść?

-Trudno mi powiedzieć, ale chyba „Mój blues“.

Z jednej z rozmów dowiedziałam się, że były też na tej płycie piosenki, które ciążyły Pani w pewien sposób. To prawda? Które to utwory?

-Nie wiem, nic mi o tym nie wiadomo. (Śmiech.)

Czy wśród 12tu albumów studyjnych, które Pani wydała to właśnie „Biała droga“ jest tym najistotniejszym?

-Tak, ale ważna jest dla mnie również pierwsza płyta, którą wydałam z Budką Suflera. Wtedy w świadomości ludzi zaczęłam istnieć jako wokalistka. Miałam łatwiejszy start, ponieważ pracowałam z zespołem, który ludzie już kochali.

Czyli to, że pierwsza płyta jest najważniejsza, sprawdza się również u Pani?

-Tak. Nie wiem, czy sprawdza się ta teoria u wszystkich, ale u mnie na pewno.

Zmieńmy jednak temat. Podczas kiedy oglądam Pani występy na transmitowanych w TV koncertach lub zapisy z koncertów na YT, za każdym razem jestem pod ogromnym wrażeniem Pani energii, którą emanuje Pani podczas swoich występów. Skąd Pani tę energię czerpie?

-Kiedyś energię czerpałam z młodości, teraz czerpię ją z widowni. (Śmiech.) Emanowanie energią nie jest proste przy dużych upałach. Skupiam się na tym, by dobrze wykonać swoje piosenki, bo po to ludzie przychodzą na koncerty, by posłuchać muzyki. Chcę dobrze zaśpiewać , a ludzie niech tańczą. (Śmiech.) To moja misja.

Czuje się Pani lepiej na koncertach dla małej, czy większej publiczności? Może jest tak, że ilość odbiorców nie ma dla Pani znaczenia?

-Ilość odbiorców nie ma dla mnie znaczenia. Bardzo fajną trasę koncertową zagraliśmy w ramach 20-lecia wydania płyty „Biała droga“. Były to koncerty w klubach dla młodzieży. Grało się świetnie, ale równie ciekawie gra się z kwartetem smyczkowym w miejscach bardziej eleganckich. Każdy koncert jest inny, ale każdy jest fajny.

Ostatnio jedna z wokalistek powiedziała mi, że nie ma dwóch takich samych koncertów. Czy zgodzi się Pani z tym stwierdzeniem?

-Nie ma. Nie mylą nam się koncerty. (Śmiech.) Na każdy koncert przychodzą inni ludzie, każdy jest z inną energią i w innym miejscu.

Właśnie.  Sezon koncertowy dopiero się rozpoczął, więc to może trudne pytanie, ale czy zagrała Pani w  tym roku koncert, który z jakiś względów szczególnie zapadł Pani w pamięć?

-Nie myślałam o tym w ten sposób. Zazwyczaj ten ostatni koncert najintensywniej wspominam.

Idąc za ciosem, kolejne trudne pytanie. Zastanawiała się Pani, ile mniej więcej kilometrów udaje się Pani pokonać w czasie jednego sezonu w drodze na koncerty?

-Wydaje mi się, że tygodniowo pokonujemy dystans do 1-2 tysięcy kilometrów, ale dokładnie nie jestem w stanie policzyć.

Wczoraj zagrała Pani we Włoszczowej, dzisiaj spotykamy się w Cieszynie. Co przygotowała Pani na dzisiejszy koncert? Czy repertuar koncertowy jest zazwyczaj taki sam, czy zmienia Pani czasami niektóre pozycje?

-Zmieniam czasami utwory, które gram, ale to bardzo trudne, ponieważ tak wiele jest piosenek, które ludzie chcą usłyszeć.

Jest taka jedna piosenka, bez której Pani nie wyobraża sobie występu? Dla mnie to „Rysa na szkle“ lub „Dziś już wiem“ oraz oczywiście „Konik na biegunach“.

-Zgadzam się z wybranymi piosenkami. „Konika na biegunach“ wybrali słuchacze, ja mogłabym się bez niego obejść. (Śmiech.)

Lato jest dla Pani bardzo pracowite. Już 9 lipca pojawi się Pani w Kołobrzegu w ramach koncertu „Przebojowe lato Radia ZET i POLSATU. Czy na tę okoliczność szykuje Pani  coś specjalnego?

-Nie wiem jeszcze, co zagramy, ale myślę że na pewno pojawią się dwa utwory. „Konik…“ na pewno się załapie. (Śmiech.)

Proszę na koniec sprecyzować resztę najbliższych planów.

-Cały czas myślimy o nowym singlu, by zaznaczyć się w świadomości słuchaczy stacji radiowych, ale poprzeczka po wielu moich przebojach jest wysoko postawiona. Radiowcy oczekują czegoś w klimacie „Rysy na szkle“, czy „Niebo dla Ciebie“, a przecież czasy się zmieniły :))))

Chciałabym, by późnym latem piosenka trafiła do rozgłośni. Myślimy też o płycie. Takie życie. Granie i myślenie o tym, co można nagrać. (Śmiech.)

Rozmawiała Mariola Morcinková

Pierwszy rok z CKS PIAST

Fot. mat.pras.

Podsumowaniem piłkarskiego sezonu w Cieszyńskim Klubie Sportowym PIAST były ostatnio dwa wydarzenia: w dniu 10.06.2017 r. odbył się turniej CKS PIAST CUP współorganizowany z Wydzialem Sportu Urzędu Miejskiego w Cieszynie w ramach sportowej atrakcji z okazji Święta Trzech Braci. W turnieju wzięło udział 21 drużyn i ponad 230 zawodników. Rozgrywki prowadzone były w trzech kategoriach wiekowych: żak (2008), Orlik (2006/2007 ) i Młodzik (2004/2005). Na boiskach „Pod Wałką” CKS Piast gościło 7 drużyn, kluby z Zebrzydowic, Istebnej, Ustronia, Moszczenicy, Brennej, Dębowca, Kończyc Małych i Goleszowa. Emocji nie brakowało, pomimo deszczowej pogody wszyscy zawodnicy wykazali się zaangażowaniem i walką, najważniejsza jednak była świetna zabawa i dobry humor, który dopisywał na boisku.

Okazją do wymiany spostrzeżeń na temat 12 miesięcy działalności CKS Piast oraz wspólnej zabawy dzieci, rodziców i sympatyków klubu był festyn który został zorganizowany w dniu 16 czerwca br. na boiskach „Pod Wałką”. W ramach atrakcji odbyły się mecze dzieci kontra rodzice i pokazowe treningi najmłodszych adeptów Piłkarskiego Startu. Podczas festynu prowadzona była zbiórka charytatywna na rehabilitację Oliwki – podopiecznej Fundacji Dzieciom (program „Zdążyć z pomocą”). Na zaproszenie Ireneusza Jelenia – Prezesa CKS Piast – odpowiedziała Kadra Śląska, która udziałem w meczu charytatywnym sprawiła obecnym nie lada atrakcję. Byli zawodnicy Ekstraklasy i reprezentacji Polski zmierzyli się z drużyną złożoną m.in. z trenerów, działaczy i rodziców.

Finałem zbiórki charytatywnej będą licytacje internetowe koszulek z autografami zawodników:

Zagłębia Lubin, Górnika Zabrze, Podbeskidzia Bielsko-Biała, Wigry Suwałki, Wisły Kraków, GKS Katowice. Szczegóły dotyczące licytacji podane zostaną wkrótce na stornie www.ckspiast.cieszyn.pl

Obecnie w Klubie trenuje około 250 dzieci i młodzieży. Cały czas prowadzimy nabór.

mat.pras.

Energię czerpię z publiczności

Fot. mat.pras.

Piosenkarka, której nie trzeba przedstawiać. Jej piosenki na koncertach już od pierwszych nut porywają do znakomitej zabawy. My jednak nie rozmawiałyśmy tylko o tym, ale także o najnowszym singlu i zamiłowaniu Eweliny do…kickboxingu.

Zastanawiałam się, jak rozpocząć naszą rozmowę. Postanowiłam, że zapytam o to, skąd bierze Pani energię, która towarzyszy Pani w koncertach? Jest niesamowita!

-Energię czerpię przede wszystkim z publiczności. Kiedy widzę ludzi, którzy chętnie ze mną śpiewają i dobrze się bawią, jest to dla mnie niezwykła przyjemność. Nawet, gdybym była bardzo zmęczona, ta siła zawsze się znajdzie.

Zauważam, że u aktorów sprawdza się teoria, że nie ma dwóch takich samych spektakli. Czy ta teoria sprawdza się również odnośnie koncertów? W czym dzisiejszy koncert był dla Pani wyjątkowy?

-Każdy koncert jest wyjątkowy, ale każdy, mimo tego, że gra się te same utwory, jest inny. Nawet kontakt z publicznością nie jest ten sam. Dzisiaj było dość kameralnie, miałam odczucie, że jestem blisko z ludźmi. To było świetne!

Lubi Pani bardziej grać koncerty dla mniejszej, czy większej?

-Nie ma to dla mnie znaczenia. Lubię grać dla dużej publiczności, ale też dla kilku osób.

Który z utworów granych na koncertach w chwili obecnej spotyka się z największym aplauzem wśród fanów?

-Według mnie takim utworem jest „W stronę słońca“. Mam wrażenie, że publiczność wariuje od pierwszych dźwięków. (Śmiech.)

W którym utworze to Pani czuje się najlepiej od strony wokalnej?

-Trudne pytanie. Każda piosenka jest inna. To moje utwory, więc czuję się dobrze we wszystkich.

„W sercu miasta“ to tytuł Pani najnowszego singla. Oglądając teledysk na YT, mam nieodparte wrażenie, że całość musiała być bardzo trudna do zrealizowania. Czy się nie mylę?

-Miałam bardzo proste zadanie – stanąć przed kamerą i się powygłupiać. (Śmiech.) Nie ukrywam jednak, że taniec był dla mnie wyzwaniem, bo dawno nie tańczyłam.

Co było dla Pani inspiracją do realizacji obrazu do piosenki w ten sposób?

-Inspiracją było dla mnie oświetlone miasto nocą. Podczas pisania tej piosenki miałam przed oczami oświetlony Nowy Jork.

Z jakimi pierwszymi opiniami na temat teledysku się Pani spotkała?

-Z tego, co widzę, klip się wszystkim podoba i bardzo się z tego powodu cieszę. (Śmiech.)

Czy można to nazwać klipem z przesłaniem? Co chciała przekazać Pani fanom poprzez obraz?

-W piosence chciałam przekazać, że każda para ma trudne chwile, ale każdy problem można rozwiązać. Piosenka jest chwilą zapomnienia, dwójka ludzi rusza w miasto i zapomina o wszystkim, co złe.

Piosenkę można traktować jako zapowiedź Pani płyty?

-Tak. Jest to zapowiedź mojej płyty, którą mam nadzieję, że uda mi się wydać jesienią. Na ten moment zbieram materiał.

W jakim będzie klimacie?

-Jeszcze nie wiem, pewnie dla mnie samej też będzie to niespodzianką.

Czy latem jest jeszcze szansa na nowy singiel?

-Jeśli uda mi się coś fajnego napisać, wtedy będzie szansa.

Czas wolny poświęca Pani na taniec, który pokochała Pani podczas jednej z edycji „TzG“, którą Pani wygrała. Ma Pani okazję do regularnych treningów?

-Nie tańczę już. Lekcje tańca zastąpiłam lekcjami kickboxingu.

To bardziej Panią teraz interesuje?

-W tym momencie tak.

Utrzymuje Pani kontakt z uczestnikami „TzG“?

-Z Tomkiem Barańskim udało mi się zobaczyć kilka dni temu. Myślę, że to taka przyjaźń, która przetrwa długo.

Czy muzyka i kickboxing to czynniki, bez których nie wyobraża Pani sobie życia w tym momencie?

-Tak. Bez muzyki nie wyobrażam sobie życia, a kickboxing stał się moją drugą pasją.

Co spowodowało, że zainteresowała się Pani kickboxingiem?

-Wszystko zaczęło się od mojego klipu „Zrób to“, do którego musiałam nauczyć się walczyć. (Śmiech.) Zapisałam się na zajęcia i…tak mi zostało. (Śmiech.)

Rozmawiała Mariola Morcinková

 

 

 

LUNATYP „Czujemy naszą muzykę“

LUNATYP, to zespół z Cieszyna. W kwietniu wydali swoją debiutancką EPkę „Czarownicą chcę być“ , a we Wrocławiu nagrali pierwszy teledysk. Na moje pytania odpowiedzieli założyciele zespołu LUNATYP – Dagmara Dorda i Michał Kasztura.

Odpowiadają: Dagmara Dorda i Michał Kasztura

Zespół Lunatyp tworzycie w 5-cio osobowym składzie. Pierwsze pytanie, które mi się jednak nasuwa, dotyczy nazwy zespołu. Skąd się wzięła? Dlaczego akurat Lunatyp?

Michał Kasztura: To pytanie zadali nam dzisiaj również nasi znajomi. (Śmiech.)

Dagmara Dorda: Stworzyliśmy neologizm od słowa Luna (księżyc, przyp.red.), gdyż jest nam ono bliskie.

MK: Nasza muzyka pasuje do wieczornych klimatów – akustyczne granie, połączone z lekką nostalgią. Jednym z powodów wybrania takiej nazwy jest to, że nie jesteśmy rannymi ptaszkami, wolimy życie nocne. (Śmiech.)

Wasza muzyka oscyluje między takimi gatunkami jak jazz, pop, soul, czy poezja śpiewana. Czy któryś z tych gatunków przeważa w Waszej twórczości?

DD: Próba zaszufladkowania naszej muzyki w jakikolwiek gatunek jest trudna. Nie ma jednego nurtu, który przeważa w naszych kompozycjach. Najlepiej posłuchać naszej muzyki. (śmiech)

Wykonujecie także wspominaną już wcześniej poezję śpiewaną. Na Waszej debiutanckiej EPce znajduje się sześć waszych autorskich kompozycji. Zostały napisane one do tekstów Danuty Niwińskiej. Jaki jest w chwili obecnej odbiór poezji śpiewanej wśród słuchaczy? Ludzi ciągnnie też do klimatów nowoczesnych, rockowych i popowych…

MK: Oczywiście. Nas jednak ciągnie w tą drugą stronę. (Śmiech.) Poezja śpiewana nie jest najbardziej popularnym gatunkiem, jednak nam zależy aby być spójnym z samym sobą.

DD: Robimy to, co czujemy, co podpowiadają nam nasze emocje i w naszych utworach jesteśmy autentyczni. Ludzie to czują i doceniają, dzięki temu mamy swoją grupę odbiorców, do których trafia nasza muzyka.

Premiera EPki miała miejsce w kwietniu. Z jakimi opiniami na temat płyty spotkaliście się do tej pory?

DD: Do tej pory spotkaliśmy się z bardzo pozytywnym odbiorem naszej płyty. Usłyszeliśmy wiele ciepłych słów, otrzymaliśmy sporo gratulacji, poprostu ludziom podoba się nasza płyta. Osobiście dla mnie potwierdzeniem tych przychylnych opinii jest fakt, że przybywa nam fanów na portalach społecznościowych coraz więcej mamy zapytań o zagranie koncertu a nasze płyty się sprzedają.

MK: Nasi bliscy, znajomi oraz osoby zupełnie nam obce mówią nam wpsrot, że nagraliśmy dobry materiał. Myślę, że jest duże zapotrzebowanie na taką muzykę. Zespołów grających w podobnej stylizacji do naszej jest mało, a ludzie potrzebują wyciszenia. Życie nie składa się przecież z samej imprezy. (śmiech)

DD: Przy naszej muzyce trzeba się na chwilę zatrzymać. Myślę, że to dlatego ludzie lubią słuchać naszej płyty. Dajemy im chwilę wytchnienia co jest bezcenne w dzisiejszym zabieganym świecie.

Jesteśmy w Domu Narodowym, gdzie za kilka chwil zagracie. Jak Wasze samopoczucie przed koncertem?

MK: Jest świetnie, wszystko idzie po naszej myśli. Na próbie, którą właśnie skończyliśmy, nastrój był słyszalny w muzyce. Cały zespoł jest w dobrej formie, dziś będzie rewelacyjnie.

DD: Mam takie same odczucia. Pamiętajmy też Cieszyn to nasze rodzinne miasto, jesteśmy u siebie co zawsze dodatkowo napędza. Do tego koncert jest też świetna okazją to stworzenia odpowiedniego klimatu. Zagrania utworu trochę inaczej niż zostały nagrane one w studio. Dla nas jest to przestrzeń aby zaskoczyć słuchacza. Zawsze dbamy aby nasze koncerty zapadały uczestnikom w pamięci i aby chcieli na nie wracać.

To dla Was wyjątkowe wydarzenie z dwu powodów. Po pierwsze – to Wasz drugi koncert w pełnym składzie. Jak długo przygotowywaliście się do dzisiejszego występu?

MK:Cieżko stwierdzić ile przygotowywaliśmy się do dzisiejszego występu. Dla nas jest to nieustająca praca, systematyczne próby, ciągłe ćwiczenia aby zagrać jak najlepiej. Dzisiejszy koncert jest efektem naszej pracy, którą rozpoczeliśmy dwa lata temu wiec może nawet dwa lata.(śmiech)

Po drugie – podczas występu w DN w Cieszynie zaprezentujecie swój debiutancki teledysk do „Czarownicy“ – tytułowego kawałka z płyty. Teledysk realizowaliście we Wrocławiu. Dlaczego akurat tam?

MK: Moi znajomi z Wrocławia zaproponowali nam nagranie teledysku. W tym przypadku dobór miasta był prozaiczny. Poprostu tam mają studio.

Opowiedzcie o teledysku od kulis. Jak długo trwały prace nad nim? Mówi się, że pierwszy teledysk dla zespołu jest najważniejszy. Czy tak jest również w Waszym przypadku?

MK: Pracę nad teledyskiem trwały ponad dwa miesiące. To cieżka praca pomio tego, że samo kręcenie zdjęć zamkneliśmy w jeden dzień.

DD: Cały pomysł tworzył się w połączeniu z ekipą VIREO MEDIA. Oni mieli plan na to, jak klip ma wyglądać jednak dobranie odpowiednich kostiumów, rekwizytów, uzgodnienie scenariusza, wybór make-up oraz organizacja całego przedsięwzięcia trwała około miesiąc. Tak jak mówił Michał praca przy teledysku to ciężka praca. Po nagraniach czekalismy kolejny miesiąc na montaż z VireoMedia.

MK: Ten teledysk jest dla nas ważny i jest bardzo cennym doświadczeniem. Wszystko odbyło się w przyjaznej amosferze, bardzo profesjonalnie a czy będzie dla nas najważniejszy to już czas pokaże.

Jaki przekaz w klipie chcieliście zawrzeć? Można powiedzieć, że to „obraz z przesłaniem“?

DD: Może trochę (Śmiech.) Interpretację zostawiamy widzom i słuchaczom.

Czy przy realizacji następnego teledysku jest szansa, że nagracie go w Cieszynie?

MK: Dlaczego nie (Śmiech.) Na ten moment jest to pieśnią przyszłości, ponieważ nie myślimy jeszcze o kolejnym teledysku. Jednak Cieszyn jest dla nas ważnym miastem, lubimy tu być, więc na pewno weźmiemy nasze miesto pod uwagę.

DD: Cieszyn napawa nas inspiracją. To miasto, w którym nasze drogi się zeszły.

Właśnie, jakie są Wasze najbliższe plany, jeśli chodzi o zespół? Będziecie skupiać się na promocji EPki, czy planujecie nagrywanie nowego materiału?

DD: Jedno i drugie. (Śmiech.)

Jak wyglądają Wasze plany koncertowe? Macie zaplanowane już jakieś koncerty na sezon letni, czy wszystkie daty pojawiać będą się na bieżąco?

MK: Kilka koncertów mamy zaplanowanych, ale są wolne terminy. Zapraszamy do lajkowania naszego fanpage‘a. Z niego dowiecie się gdzie można nas w najbliższym czasie usłyszeć. Również przez facebooka można zamówić naszą płytę oraz zarezerwować nasz zespół na koncert. Zapraszamy do współpracy.

Banalne, ale trudne pytanie na koniec. Wyobrażacie sobie swoje życie bez muzyki?

DD: Oczywiście, że nie. Lunatyp to klimat, który czujemy. Mamy potrzebę dalszego rozwoju w tym kierunku więc życie bez podkładu muzycznego nie wchodzi w grę.

MK: Robimy swoje. Tym czasem cieszymy się, że realizację EPki doprowadziliśmy do końca, a teraz pracujemy nad tym, by jak najwięcej osób dowiedziało się o niej.

Fot.moji.studio

Rozmawiała Mariola Morcinková

3208 zarzutów dla lekarza stomatologa z Raciborza

Raciborscy policjanci zwalczający przestępczość gospodarczą i prokurator zebrali materiał dowodowy, pozwalający na przedstawienie 3208 zarzutów 44-letniemu lekarzowi. Stomatolog, lecząc swoich pacjentów prywatnie, żądał również za nich refundacji z NFZ. W ten sposób wyłudził z funduszu zdrowia ponad 220 tys. zł.

Od października 2016 roku policjanci z wydziału do walki z przestępczością gospodarczą raciborskiej komendy, pod nadzorem miejscowej prokuratury, prowadzili śledztwo w sprawie poświadczenia nieprawdy w comiesięcznych deklaracjach składanych do Narodowego Funduszu Zdrowia. Śledczy ustalili, że w 2011 roku oraz w latach 2013 – 2016, 44-letni stomatolog z Raciborza wykazywał w deklaracjach pacjentów, którym wykonał odpłatną usługę stomatologiczną, jako osoby, za których należne było refundowanie ze środków NFZ. W ten sposób wprowadził on w błąd pracowników funduszu, doprowadzając w ten sposób NFZ do niekorzystnego rozporządzenia mieniem.

W toku prowadzonego śledztwa policjanci ustalili, że lekarz wykazał około 1500 osób, jako pacjentów, którzy korzystali w jego gabinecie z usług refundowanych przez NFZ. W sprawie tej stróże prawa przesłuchali około 1300 osób – byłych pacjentów stomatologa, z których zdecydowana większość zeznała, że nie korzystała w tym gabinecie z refundowanych usług medycznych, gdyż były to wizyty prywatne. Śledczy ustalili również, że wykazywane były świadczenia medyczne, które w rzeczywistości nigdy nie były wykonane. Materiał dowodowy zebrany w tym postępowaniu pozwolił na przedstawienie lekarzowi łącznie 3208 zarzutów poświadczenia nieprawdy i oszustwa na kwotę ponad 220 tys. zł na szkodę NFZ. W trakcie trwania postępowania policjanci ustalili również, że poza funduszem zdrowia pokrzywdzonymi działaniem stomatologa jest także kilkudziesięciu jego pacjentów, a wartość strat na ich szkodę oscyluje w granicach kilkudziesięciu tysięcy złotych.

Za popełnione przestępstwa nieuczciwemu lekarzowi grozi kara nawet do 8 lat więzienia.

mat.pras.

Anna Gzyra „Podróż marzeń jest jeszcze przede mną“

Anna Gzyra, aktorka, miłośniczka zdrowego stylu życia, biegania i podróży. Do Jastrzębia – Zdroju przyjechała ze spektaklem „MayDay2“, o którym także rozmawiamy. To moja druga rozmowa z nią.

Pani Aniu, spotykamy się przed spektaklem „MayDay 2“ w Jastrzębiu – Zdroju. Jak opisałaby Pani swoją postać?

-To kobieta – wulkan. Ma w sobie całą masę dobrej energii. Do wielu rzeczy podchodzi z dystansem, lubi dobrze się bawić i jest zadowolona, kiedy dużo się dzieje.

Wasz spektakl odnosi ogromny sukces. Co Pani zdaniem sprawia, że widownia za każdym razem wypełniona jest po brzegi?

-Wiele rzeczy składa się na ten sukces. Obsada, ale także świetny scenariusz. I tekst MayDay 2, który jest wspaniały. To świetna farsa.

Prawdą jest, że spektakle komediowe cieszą się największym powodzeniem i zainteresowaniem wśród widzów?

-W dzisiejszych czasach to dość częste. Ludzie chcą oderwać się od rzeczywistości, od codziennych problemów. A śmiech jest najlepszym lekarstwem.

W jakich jednak rolach Pani najlepiej się czuje? Komediowych, czy dramatycznych?

-Role komediowe, wbrew pozorom, wcale nie są prostsze do zagrania. Jeśli chodzi o role dramatyczne, trudnością może być dla aktora to, że nie jest łatwo z nich „wyjść“. Uważam więc, że najlepszy jest złoty środek.

Uważa Pani, że częścią składową wiarygodnego odgrywania swojej postaci jest jej polubienie oraz zaakceptowanie wszystkich jej zachowań? Lubi Pani wszystkie swoje postaci?

-Nie wiem, czy lubię wszystkie swoje postaci, ale na pewno próbuję je zrozumieć. To podstawa, by wiarygodnie postać kreować i być przekaźnikiem dla widza.

Jedną z postaci, w którą się Pani wciela, jest Tola w serialu „Pierwsza miłość“. To postać „z rysą“. Czy taką rolę można polubić?

-Tak. To rola, która jest potrzebna naszemu serialowi, ale przecież tacy ludzie też istnieją. Oczywiście, w „PM“ są role, które odgrywa się na pewno przyjemniej, ale od strony aktorskiej moja postać jest bardzo interesująca.

To ewidentnie czarny charakter. Czy ta rola jest dla Pani wyzwaniem?

-Oczywiście. Miałam dużo trudnych scen, które były bardzo ciekawym doświadczeniem.

Właśnie kilka dni temu został wyemitowany 2. 500 odcinek serialu. W czym, Pani zdaniem tkwi jego sukces, że jest tak lubiany przez widzów?

-To życiowy serial, z dynamicznymi wątkami.

Czy częścią składową tego sukcesu można nazwać m.in to, że toczy się u Was wiele zaskakujących wątków i trzymających w napięciu relacji?

-Dokładnie tak.

Może Pani ma ulubiony wątek w „PM“? Zdarza się Pani oglądać serial?

-Oglądam serial, ale skupiam się wtedy przede wszystkim na swoim wątku.

Jeśli chodzi o oglądanie siebie na ekranie, lubi Pani oceniać efekty swojej pracy? Patrzy Pani wtedy na swoją postać łaskawym, czy raczej krytycznym okiem?

-Zdecydowanie patrzę na siebie krytycznym okiem. Szukam, co można byłoby zrobić lepiej i zawsze coś znajduję.

Rozmawiamy o spektaklu i serialu „Pierwsza miłość“, ale warto też moim zdaniem porozmawiać o Pani pasjach. Jest Pani osobą bardzo wysportowaną, bardzo często Pani biega. Co daje Pani aktywność fizyczna? Czy bieganie jest dla Pani także sposobem na relaks?

-Bieganie jest dla mnie sposobem na relaks i chwilą tylko dla siebie. Jestem ambasadorką cyklu biegów City Trail. Moi trenerzy, Piotr i Justyna, na bieżąco układają mi plan treningowy, którego muszę się trzymać. Za każdym razem muszę się mocno spocić. To bieganie nakierowane na wysiłek, ale uwielbiam to!

W roku 2016 wzięła Pani udział w sportowej akcji charytatywnej „Bieg po Nowe Życie“ w Wiśle. Czy uczestniczy Pani również w innych sportowych imprezach charytatywnych?

-Oczywiście. Ostatnio wspierałam akcję w ramach Światowego Dnia Walki z Nadciśnieniem Płucnym. Jeśli tylko mogę wspierać jakąś charytatywną inicjatywę, zawsze to robię. W momencie gdy aktywność dobroczynna połączona jest ze sportem – wtedy jest to idealne połączenie dla mne.

Jakie sporty, oprócz biegania Pani jeszcze uprawia?

-Pływam i tańczę.

Warto wspomnieć też o Pani drugiej pasji – podróżach. Jakie miejsce zachwyciło Panią ostatnio?

-Właśnie wróciłam z majówki, którą spędziłam w Hiszpanii. Było wspaniale, podróżowaliśmy z naszymi przyjaciółmi, wynajęliśmy sobie domek nad brzegiem morza. Było bardzo przyjemnie i relaksująco.

Czy ma Pani coś takiego, co można określić mianem podróży marzeń?

-Podróż marzeń jest jeszcze przede mną. Jest mnóstwo miejsc, do których chciałabym pojechać. Na pewno chciałabym odwiedzić Hawaje i Chiny, choć są to zupełnie różne destynacje.

Fot. BlogStar

Rozmawiała Mariola Morcinková

Ireneusz Czop: „Mundur mnie lubi“

Z Ireneuszem Czopem spotkałam się w ramach 19. Przeglądu Filmowego Kino na Granicy/Kino na  Hranici w Cieszynie. Rozmawialiśmy po przedpremierowej projekcji filmu „Miłość w mieście ogrodów“, gdzie aktor wciela się w rolę główną. To nasza druga rozmowa. 

Pierwszy raz rozmawialiśmy w 2013 roku, więc minęło od tego momentu sporo czasu. W Pana życiu zawodowym działo się bardzo wiele. Czy w kilku słowach mógłby Pan opowiedzieć o największych, bądź najważniejszych zmianach, które nastąpiły u Pana w tym czasie?

-Każdy rok przynosił nowe wyzwania. Na małym i dużym ekranie pojawiłem się wiele razy. W niektórych serialach występuję od kilku sezonów. W tym czasie pojawiły się również propozycje, które były bardzo ciekawe.

Mam wrażenie, że dalej nie przekonała Pana tzw.  „moc portali społecznościowych“. Na próżno było mi szukać Pana fanpage na Facebooku, profilu na Instagramie lub Twitterze. Nie wierzy Pan w siłę internetu?

-(Śmiech.) Wierzę w siłę internetu, ale to miecz obosieczny. Prywatność jest ważniejsza niż wirtualne istnienie. Ale jeśli już jest się w sieci, trzeba to traktować  poważnie i porządnie. To zabiera  sporo czasu, którego ciągle mi brak.

Chciałabym jednak przejść do ról telewizyjnych. Nie sposób tu pominąć „Komisarza Aleksa“ i Pana postać Rysia Puchały. Wciela się Pan w swojego bohatera już 7 lat, to szmat czasu. Co trzeba robić, by przez tak długi czas postać nie znudziła się ani widzom, ani Panu?

-(Śmiech.) Nie można się nudzić. Trzeba ustawiać sobie poprzeczkę, która pozwoli zaskakiwać siebie i widza. To postać, którą ludzie polubili. Nie wiem dlaczego, bo to przecież nie James Bond. (Śmiech.) Puchała jest raczej pantoflarzem, który łapie łobuzów. Cieszę się, że również ta postać, wybrana z mojej palety zawodowej, podoba się widzom.

Czy jeśli stwierdzę, że Puchała jest postacią, z którą jest Pan najczęściej kojarzony przez widzów, to się nie pomylę?

-Z tym bywa różnie. Miałem poczucie, że dziewięć sezonów „Komisarza Aleksa“, które zostały nakręcone, daje przewagę nad innymi rolami, ale okazuje się, że ludzie dzielą się na widzów różnych stacji i gatunków, a co za tym idzie, każdy z sympatyków kojarzy mnie z czymś innym. Tak samo jest mi miło kiedy ktoś gratuluje mi roli telewizyjnej, czy teatralnej. Zgodzę się jednak z tym, że ostatnio najczęściej jestem łączony z Puchałą. To sprawdza się zwłaszcza u młodych widzów. 

Jednak jeśli chodzi o obserwowanie Pana ról na przestrzeni lat, zauważyłam pewną prawidłowość. Otóż, bardzo często jest Pan obsadzany w rolach mundurowych – policjanci, lekarze. Można nazwać to działaniem zamierzonym, czy raczej zbiegiem okoliczności?

-Mundur mnie lubi. Widocznie twarz mi tężeje. (Śmiech.) Osoby, z którymi pracuję uważają, że mógłbym nosić mundur, kitel, czy habit. Myślę, że w  pewnym wieku postać dostaje kolorytu przez to, że wykonuje określony zawód przez wiele lat. Dorosłem do takich ról. 

Role osób duchownych też nie są Panu obce. W spektaklu telewizyjnym „Totus Tuus“ został Pan obsadzony w roli Świętego Jana Pawła II.   Papież Polak to ikona polskiej historii.  Jak wyglądały przygotowania do roli? Odczuwał Pan presję, związaną z powagą osobowości, w którą miał się Pan wcielić?

-Oczywiście, że tak. Jest parę postaci, z którymi aktor chętnie zmierzyłby się.                              

Historia w roli głównej z Karolem Wojtyłą to spektakl, który skupia się na okresie jego pontyfikatu, w którym został postrzelony. Rola dała mi szansę być bliżej niego, bliżej jego światopoglądów,  wiary. Spektakl „Totus Tuus“ był dla mnie piękną prywatną podróżą.  

Kolejną postacią duchowną, w którą Pan się wcielił, jest ksiądz, który pada ofiarą bestialskiego mordu. Mowa oczywiście o filmie „Wołyń“. Wojciech Smarzowski to reżyser ogromnego formatu. Jak trafił Pan do jego ekipy?

– Wojtek Smarzowski ma grupę sprawdzonych ludzi, z którymi pracuje. Niezmiernie mi miło, że to zapraszanie do współpracy również mnie dotyczy. 

W Cieszynie pojawia się Pan z okazji 19. Przeglądu Filmowego Kino na Granicy. Nie jest to ani Pana pierwsza wizyta w tym mieście, ani pierwsza wizyta na Festiwalu. Z tego, co wiem, na KNG pojawił się Pan również w roku 2013.  Jaki jest Pana stosunek do tego typu imprez? 

-Bardzo lubię ten festiwal. W Cieszynie panuje sympatyczna, ciepła, rodzinna atmosfera. Na Festiwalu nie ma napięcia, które towarzyszy na ściankach i czerwonych dywanach. Tu można pięknie rozmawiać i to nie tylko o kinie. 

W tym roku na KNG zosały wyświetlowne aż cztery filmy z Pana udziałem. Chciałabym się jednak zatrzymać przy filmach „Konwój“ i  „Miłość w mieście ogrodów“. W pierwszym wciela się Pan w rolę  Kulesza „Nauczyciel“, a w  drugim występuje Pan jako Michał. Rola w którym z tych filmów była dla Pana bardziej wymagająca?

-Nie powiem, która rola była bardziej wymagająca. Filmy dotyczą różnych przestrzeni życia ludzkiego, są więc przy nich używane inne narzędzia artystyczne. Bardzo trudno porównać te postaci. W filmie „Konwój“ to mężczyzna oskarżony i osądzony, ale powstaje pytanie o granicę kary. Natomiast „Miłość w mieście ogrodów“ to powieść wewnętrzna, historia o zdradzie,  z początkiem dramatycznych zmian. Nie umiem określić, która rola jest trudniejsza. Uważam, że obie mnie dopełniają. 

Naszym głównym tematem jest Festiwal KNG, więc nasuwa mi się oczywiste pytanie. Jakie filmy najbardziej lubi Pan oglądać z perspektywy widza?

-(Śmiech.) To zależy od tego, z kim te filmy oglądam. Lubię oglądać takie, które mnie inspirują. 

Czy wśród filmów prezentowanych na Festiwalu wybrał Pan pozycje, które zechce zobaczyć?

-Na pewno znajdę coś dla siebie. 

Znajdzie Pan również czas, by zwiedzić miasto? 

-Mam nadzieję, że tak. Chciałbym również przejść się na czeską stronę. 

Pytanie na koniec. Bardzo ciekawi mnie tu Pana odpowiedź. Lubi Pan oglądać siebie na ekranie, czy jednak tak, jak wielu aktorów, doszukuje się Pan wtedy czegoś, co mógłby poprawić, zagrać lepiej?

– Staram się patrzeć na siebie jak na kogoś zupełnie innego. 

Fot. I.Czopa

Rozmawiała Mariola Morcinková

Mateusz Rzeźniczak: „Nie mam konkretnego hobby“

Przy okazji 19. Przeglądu Filmowego Kino na Granicy/ Kino na Hranici miałam przyjemność rozmawiać z aktorem młodego pokolenia, Mateuszem Rzeźniczakiem, który wspominał współpracę z Andrzejem Wajdą na planie filmu „Powidoki“.

W Cieszynie pojawia się Pan z okazji 19. Przeglądu Filmowego Kino na Granicy. To Pana druga wizyta na tym Festiwalu. Jaki jest Pana stosunek do tego typu imprez?

-Bardzo lubię festiwale filmowe, ponieważ jest to dla mnie idealny pretekst do nadrobienia filmowych zaległości, dodatkowo mamy szansę zobaczyć w kinie filmy, których dzisiaj nie ma w repertuarach.

Co, według Pana uznania, dla uczestników Kina na Granicy, jest najważniejsze?

-Moim zdaniem bardzo ważne jest to, że to przegląd filmów, a nie konkurs. Ten fakt ma bardzo dobry wpływ na atmosferę całego przedsięwzięcia.

Właśnie skończyła się projekcja filmu „Powidoki“ z Pana udziałem. To ostatni film, którego reżyserem był Pan Andrzej Wajda. Czy możliwość pracy z nim, była dla Pana szczególnym wyróżnieniem?

-Oczywiście. Andrzej Wajda jest mistrzem dla wielu z nas. Praca z nim była dla mnie ogromnym wyróżnieniem. Szczególnie, że była to niestety ostatnia szansa pracy z panem Andrzejem.

Jak wspomina Pan współpracę z Andrzejem Wajdą?

-Był wyjątkową osobą. Do każdego odnosił się z szacunkiem, był osobą bardzo miłą i kreatywną. Ogromnie był zaangażowany w to, co robił.

Film opowiada o wybitnym polskim malarzu, Władysławie Strzemińskim. Uważa Pan, że film jest przybliżeniem Jego osoby i twórczości?

-Jego twórczość w filmie nie jest pominięta, ale tu chodzi przede wszystkim o to, by pokazać, bohatera, który walczy z systemem w którym się znalazł.

Z jakimi opiniami na temat filmu „Powidoki“ Pan się spotkał?

-Jak to w sztuce opinie były pozytywne i negatywne. Wszystko jest kwestią gustu.

Naszym głównym tematem jest Festiwal KNG, więc nasuwa mi się oczywiste pytanie. Jakie filmy najbardziej lubi Pan oglądać z perspektywy widza?

-Na festiwalach nie ograniczam się do konkretnych gatunków.

Czy wśród filmów prezentowanych na Festiwalu wybrał Pan pozycje, które zechce zobaczyć?

-Widziałem m.in dokument Anny Zameckiej „Komunia“ i film w reżyserii Andrzeja Wajdy, „Smuga Cienia“.

Który z tych filmów zrobił na Panu największe wrażenie?

-Zdecydowanie film „Komunia“.

Znalazł Pan również czas, by zwiedzić miasto?

-Raczej spaceruję, Cieszyn jest przepięknym miastem, niestety jeszcze jeszcze nie znalazłem chwili by dokładnie zaznajomić się z jego historią oraz atrakcjami turystycznymi. Na festiwalach zawsze staram się zobaczyć jak najwięcej z repertuaru.

Odnoszę wrażenie, że to z perspektywy zawodowej barzdo dobry czas dla Pana. Oprócz filmu o którym rozmawialiśmy, można oglądać Pana również obecnie w dwóch serialach telewizyjnych. Mowa oczywiście o „Barwach szczęścia“ i stosunkowo nowej produkcji Polsatu – „Niania w wielkim mieście“. Pana pierwszy bohater, Paweł („BSZ“) jest pasjonatem filmu. Mariusz w „Niani…“ interesuje się fotografią. Co Pana pasjonuje w wolnych chwilach?

-Nie mam jednego konretnego hobby, które donminowałoby w moim życiu. Jako aktor bardzo lubię oglądać filmy, ale lubię też pojechać z kolegami na ryby. Lubię też czytać. Swego czasu zajomowałem się tańcem, teraz powoli do tego wracam.

Porozmawiajmy jednak przez chwilę o właśnie o tych serialach. „Barwy szczęścia“ są obecnie najchętniej oglądanym serialem codziennym w Polsce. Czy Panu zdarzało się oglądać serial, zanim trafił do obsady?

-Na „Barwy szczęścia“ natrafiałem oglądając telewizję, ale nie oglądałem tego serialu regularnie.

Mam wrażenie, że Pana bohater jest obecnie jedną z obecnie najciekawszych postaci w serialu. Nie ma łatwego charakteru, wszystko musi być tak, jak sobie zaplanuje. Czy jego odgrywanie jest dla Pana wyzwaniem?

-Tak, kreowanie tej postaci jest wyzwaniem. Paweł bardzo reaguje i myśli zupełnie inaczej niż ja, często muszę zacisnąć zęby i robić swoje. Praca na planie serialu jest specyficzna.

Czy może Pan opowiedzieć coś o jego najbliższych losach?

-Dużo się dzieje. Ciężko mi się wypowiedzieć konkretnie.

Przejdźmy jednak do serialu „Niania w wielkim mieście“. To stosunkowo nowy serial, ale bardzo podoba się widzom. Co Pana zdaniem jest jego sukcesem?

-To serial o ludziach mądrych, a jednocześnie dorastających emocjonalnie. Bohaterowie próbują bez histerii poradzić sobie z sytuacją, w którą po prostu wepchnął ich los, każdego z nas to spotyka na co dzień pytanie jak my sobie z tym poradzimy.

Czy jest szansa na drugą transzę?

-Niestety tego jeszcze nie wiem.

W jakich jeszcze serialach, filmach lub innych projektach będzie można Pana oglądać w najbliższym czasie?

-W najbliższym czasie będę dalej grał w „Barwach“ oraz w „serialu „Niania w wielkim mieście”

Fot. M.Rzeźniczaka

Rozmawiała Mariola Morcinková