/Ania Karczmarczyk: „Dobro mnie wzrusza“

Ania Karczmarczyk: „Dobro mnie wzrusza“

Z Anią Karczmarczyk rozmawiałam po 10. Biegu po Nowe Życie w Wiśle. O tym, co jest dla

niej najważniejsze w pomaganiu potrzebującym, ale też o filmie „Pitbull. Nowe porządki“ i

serialu „Na dobre i na złe“. To moja druga rozmowa z aktorką.

Od naszej pierwszej rozmowy minęło sporo czasu. Co od tego momentu zmieniło się w Pani

życiu zawodowym?

-Od tego czasu bardzo wiele zmieniło się w moim życiu. Brałam udział w wielu ciekawych projektach,

skończyłam studnia i obroniłam pracę magisterską. Wygrałam jeden z programów telewizyjnych.

Krótko mówiąc – działo się bardzo wiele.

Mówiąc o zmianach i nowych wyzwaniach w Pani życiu, warto moim zdaniem wspomnieć o

edycji programu „Taniec z gwiazdam“, którą wygrała Pani w maju 2016 roku. Jak,

z perspektywy czasu ocenia Pani tę przygodę?

-Fantastycznie. Uważam, że każdy, kto będzie miał taką możliwość i dostanie propozycję, powinien

z niej skorzystać. Udział w programie to zupełnie inny sposób przekazywania emocji niż ten, z którym

spotykam się na co dzień w moim zawodzie. Wyciągnęłam z tej przygody wiele dla siebie. Cieszę się,

że mogłam tam być.

Kiedy program się kończy, wielu uczestników deklaruje zawsze, że będą kontynuować swoją

przygodę z tańcem. Jak jest w Pani przypadku? Czy chodzi Pani na lekcje tańca?

-(Śmiech.) Ja tego nie powiedziałam. Chciałabym bardzo, ale nie mam na to czasu.

W momencie, w którym wygrała Pani program, zdecydowaliście z Jackiem Jeschke, że oddacie

nagrodę na cel charytatywny. Statuetka trafiła na aukcję, z której środki zostały przeznaczone

na leczenie Emilka Koryczana. To piękny gest. Wie Pani, w czyje ręce trafiła Wasza Kryształowa

Kula?

-Wiem, jednak nie zdradzę tego czytelnikom. Najważniejsze jest to, że nasza statuetka została

wylicytowana za pokaźną sumę i przyczyniła się do pomocy Emilowi.

„Bieg po Nowe Życie“, na którym spotykamy się dzisiaj jest kolejną akcją charytatywną, którą

Pani wspiera. Jak samopoczucie?

-„BPNŻ“ to fantastyczna przygoda. Na trasie dopingowali nas wspaniali kibice. Byłam w drużynie

składającej się z trzech kobiet. Nie wystartowałyśmy dla wyniku. Zrobiłyśmy to dla przyjemności.

W jaki sposób dowiedziała się Pani o akcji?

– O całej akcji dowiedziałam się od Olgi Kalickiej, która wspiera BPNŻ od samego początku i szukała

nowych ludzi do pomocy. Długo nie myśląc wzięłam wolne w pracy i przyjechałam (Śmiech.)

Głównym zadaniem „BPNŻ“ jest przede wszystkim uświadomienie, jak ważna jest idea

transplantacji. Moim zdaniem udział osób publicznych w całym wydarzeniu bardzo pomaga w

budowaniu tej świadomości. Zgodzi się Pani z tym stwierdzeniem?

-Myślę, że tak. Ludzi bardzo interesuje to, co dzieje się w showbiznesie. Człowiek jest takim

zwierzęciem, które patrzy przez okno, co dzieje się na osiedlu.

Wydaje mi się, że im więcej znanych i lubianych wspiera tego rodzaju akcje, tym więcej ludzi, którzy to

obserwują, chce więcej dowiedzieć się na temat danej inicjatywy.

Sądząc po ilości akcji charytatywnych, które Pani wspiera, śmiało można Panią nazwać

społecznikiem. Co jest dla Pani najważniejsze w pomaganiu potrzebującym?

-Chciałabym pomagać bardziej, niż do tej pory. Mam kilka osób, które wspieram. Są też akcje,

z którymi się utożsamiam. Warto co jakiś czas sprawdzać strony takie jak www.pomagam.pl, śledzić,

co tam się dzieje i wpłacić symboliczne 5 złotych na wybrany cel. Wtedy wzrasta w nas świadomość,

że zrobiliśmy coś dobrego.

Dobro mnie wzrusza. Nie płaczę wtedy, kiedy jest mi smutno, ale w momencie, kiedy dzieje się coś

dobrego. Lubię obserwować dobro i je czynić.

Czy w chwili obecnej jest Pani ambasadorką jednej, konkretnej inicjatywy, czy pomaga Pani po

prostu wtedy, kiedy wymaga tego sytuacja?

-Nie. Pomagam wtedy, kiedy jest potrzeba. Gdy ktoś ma ochotę zaprosić mnie do akcji charytatywnej,

wtedy się zgadzam.

Przejdźmy do aktorstwa. Film z Pani udziałem, o którym warto wspomnieć to „Pitbull. Nowe

porządki“. (2016). Opowie Pani coś o swojej roli?

-To rola krótka, zwięzła i na temat. Niestety, jest to historia autentyczna, oparta na wydarzeniach

z życia pewnej warszawskiej studentki. Historia jest przerażająca. Ja miałam do odegrania tylko kilka

scen. Cała jej historia jest jeszcze bardziej okrutna.

Ciekawi mnie, jak czuła się Pani na planie filmu sensacyjnego?

-Super. Lubię odważne role i wyzwania, ale nie mam często okazji do kreowania takich postaci, gdzie

np. nagrywanie scen jest realizowane z udziałem kaskadera. Może mam za młodą twarz. (Śmiech.)

Uwielbiam filmy kryminalne, sci-fi i fantasy.

Do oglądania, czy do grania?

-I to, i to. (Śmiech.)

Nie chciałam, żeby temat serialu „Na dobre i na złe“ zdominował naszą rozmowę, dlatego

zostawiłam go na koniec. W czym Pani zdaniem tkwi sukces tej produkcji, że jest tak lubiana

przez widzów?

-W normalności. To postacie, które walczą ze swoimi słabościami. To ważne. Widz znajduje coś dla

siebie i potrafi utożsamiać się z bohaterami.

Występuje Pani jako Ola Pietrzak. To moim zdaniem jedna z najbarwniej przedstawionych

postaci w tym serialu. Czy przyzwyczaiła się już Pani do roli lekarki? Jak czuje się Pani w

„kitlu“?

-(Śmiech.) Czuję się świetnie. Nie mam z tym problemu. Ola za każdym razem pozytywnie mnie

zaskakuje. Ma za sobą trudne doświadczenia, ale podchodzi do tego wszystkiego z ogromną gracją.

Jest bardzo waleczna. Jest normalną, ciepłą osobą. Jest świetnym lekarzem.

Zdarzyło się Pani tak, jak wielu kolegom z Pani planu, że fani utożsamiali Panią z lekarką?

Wynikły z tego jakieś zabawne sytuacje?

-Nigdy nikt nie prosił mnie o receptę (Śmiech.)

Pytanie na koniec. Nowych terminów medycznych uczy się Pani z łatwością, czy przychodzi to

Pani z trudem?

-Przy uczeniu się terminów medycznych funkcjonuje u mnie pamięć krótkotrwała. (Śmiech.) Człowiek

się uczy i zapomina. Na początku było trudno, a teraz potrafię mówić już nawet po łacinie. (Śmiech.)

 

Fot: nadesłane przez aktorkę.

Rozmawiała Mariola Morcinková